Nasłuchałam się w przeciągu tych miesięcy i lat spędzonych w Turcji jaka to jestem szczęściara, jakie mam wspaniałe lekkie i przyjemne życie, że od jakiegoś czasu czuję się niemalże w obowiązku (moralnym!) trochę ten sielankowy obraz odczarowywać. To pewnie dlatego w wielu notkach przebija się moje narzekanie: na pogodę (za ciepło), na ludzi (tutaj cała lista cech), szczególnie mężczyzn (lista jeszcze dłuższa), na samą Alanyę i specyfikę pracy tutaj, i tak dalej.
W tym wszystkim kryje się trochę przesady, polskiego malkontenctwa i, nazwijmy to szumnie, „pisarskiej” fantazji. Z drugiej strony jest też sporo prawdy – w końcu jakość życia nie zależy od miejsca zamieszkania li tylko, ale i całego szeregu dodatkowych czynników: znajomych, współlokatorów, pracy, zarobków, stanu zdrowia i tak dalej. Przekonuję się o tym chociażby podczas ostatnich wypadów do Polski, które są ZAWSZE udane, choćby był mróz, błoto, padało i wiało, na koncie brakowało środków, a dodatkowo łapało mnie przeziębienie.

Dzisiaj też będzie narzekanie, bo nie oswoiłam się jeszcze z myślą, że znów jestem w Turcji, znów rozpoczyna się sezon, a z racji, że tym razem będę pracować w innym miejscu i charakterze, dochodzi jeszcze lekkie rozemocjonowanie i (nie bójmy się tego słowa) stres.

Próbując go rozładować wyżywam się więc na Bogu ducha winnych Turkach, albo na całym kraju ogólnie rzecz ujmując.

Malkontentom codzienne życie w Turcji nie bardzo by się podobało. A w Alanyi – to już w ogóle. Kto normalny zniósłby to koszmarne spóźnianie się, albo przedziwny sposób załatwiania interesów, niezdecydowanie, opóźnianie już nie mówiąc o niezniszczalnym, potężnym i wszechobecnym kumoterstwie. Zresztą jeśli w Turcji kumoterstwo pokonać zamierzamy, możemy to zrobić tylko tą samą bronią, czyli kumoterstwem do potęgi drugiej (lub trzeciej, albo ewentualnie kumoterstwem połączonym z dobrą łapówką).

Oto aktualna na 2011 rok, dobrze przemyślana lista rzeczy, które mnie w Turcji i Turkach denerwują (kolejność przypadkowa):

– brak umiejętności mówienia wprost „nie”, czyli brak tak zwanej asertywności. Doprowadza do absurdalnych sytuacji unikania osób, którym musimy coś odmówić, jeśli nie daj boże wcześniej obiecaliśmy – nie odbieranie telefonów i tak dalej. Co mnie najbardziej w tej sytuacji śmieszy: Turcy nie odbierający telefonów strasznie się denerwują, kiedy ktoś inny z kolei ICH telefonu nie odbiera :)

– wyrzucanie papierków i odpadków przez okno – dotyczy szczególnie alanijskich kierowców choć niestety nie tylko. Kiedy my, jako pasażerowie, zachwycamy się widokami błękitnego nieba i lazurowego morza, nasz kierowca bez skrępowania wyrzuca za okno plastikową butelkę, papierek po batoniku, pudełko po papierosach i tak dalej. Kiedyś zwróciłam uwagę dwóm Turkom, którzy ze mną pracowali, w drodze na wycieczkę. Spowodowało to długą dyskusję o ekologii i przyszłości turystyki w kraju zasypanym śmieciami; mam nadzieję, że choć te dwie osoby nawróciłam na dobrą drogę choć na jakiś czas :)

– słowa: „jutro”, „za chwilę”, „za godzinę”, „na pewno” – chyba nie trzeba tłumaczyć… za to mieszkając w Turcji trzeba się nauczyć je ignorować i zwracać uwagę po prostu na zupełnie inne rzeczy (np. własną intuicję).

– nietypowe rozumienie demokracji. Wielu Turków, kiedy ich zapytać, z zachwytem pieje peany o Ataturku i potędze tureckiego narodu. Zatrzymują się, kiedy nieśmiało pytamy jak to jest z tą przymusową służbą wojskową w kraju, albo dlaczego znów nie możemy korzystać z Google’a i Blogspota. A propos, dziś straciłam kilka godzin walcząc z opornym tureckim systemem w celu odblokowania powyższych serwisów. Powody może i sensowne (ktoś publikuje coś nielegalnie w sieci) ale wykonanie absurdalne i w całym absurdzie bardzo tureckie: blokujemy cały serwis zamiast konkretnego winowajcy. Niniejszym udało mi się przezwyciężyć oporną internetową materię i oto mogę już publikować na blogu z… amerykańskiego adresu IP. Szukając odpowiedniego programu natknęłam się na wiele mówiące porównania do Chin albo taki oto komentarz: „Jeśli interesuje Cię anonimowe przeglądanie internetu, wypróbuj ten program. Niektórzy używają go, by nie trafić do więzienia” :)
Wybierającym się do Turcji blogowiczom polecam przestudiować takie hasła, jak „bramka proxy” albo „maskowanie/zmiana adresu IP” :)
Podobnym absurdem tureckiej demokracji jest na przykład nielegalność politycznych partii z zapleczem religijnym, bo przecież godzą w laickość Państwa… Tutaj też można by dyskutować, ale szybko temat utnę, zanim mnie ktoś utnie głowę ;)

– wybiórcze podejście do prawdomówności i kłamstwa (inni nazywają to hipokryzją albo jeszcze gorzej). Jeśli ktoś nas w Turcji okłamuje, to zasługuje na karę największą. My sami zawsze przedstawiamy się jako osoby szczere i pragnące prawdy a przede wszystkim honorowe i przyzwoite (dwa słowa klucze: şeref i namus). Ale jednocześnie chronimy kłamców i oszustów, uważając, że to nie nasza sprawa. Pewnie dlatego w Turcji tylu mężczyzn bezkarnie zdradza żony, które o niczym nie wiedzą. Nie z powodu jakiejś niesłychanej rozwiązłości panów. Za to być może dlatego, że panuje niepisana społeczna umowa, żeby nie puszczać tak zwanej „pary z ust”… Niniejszym wszyscy stają się niejako „współuzależnionymi”.

– na koniec (bo już sama zaczynam niekomfortowo się czuć z tym wszystkim, co tu tak kawa na ławę wyłożyłam) kwestie formalne. Coś, co idealnie pokazuje znów ten nasz ulubiony turecki absurd. Świeże dla mnie, bo borykałam się przecież z tematem zakładania firmy w Republice Turcji. Pierwsza informacja jest taka, że oczywiście w Turcji obcokrajowcy mogą zakładać działalność gospodarczą. Bez problemu, nawet jednoosobowo! Zajmuje to ledwo jeden dzień!
Rozradowany Europejczyk, z natury swojej nie chcący być z prawem na bakier, zaczyna drążyć wszystkie przepisy. Po kilku godzinach studiowania prawa w internecie i pisania drobiazgowych maili do rozmaitych instytucji w Polsce i w Turcji okazuje się, że owszem, jednoosobowa firma jak najbardziej, ale tylko wtedy, jeśli przebywamy w Turcji co najmniej 5 lat bez przerwy. Jeśli natomiast interesuje nas spółka z Turkiem, to proszę bardzo, bez tego warunku, ale za to nie będziemy w niej mogli legalnie pracować bez specjalnych pozwoleń. Chwileczkę… nie rozumie Europejczyk: we własnej firmie?
Okazuje się, co zrozumiałam dopiero na kilku przykładach, że „bycie właścicielem firmy” według tureckiego systemu nie jest pracą. To najwyraźniej taki przyjemny stan skupienia, kiedy nic nie robiąc zarabia się pieniądze (najlepiej siedząc rozpartym wygodnie przy biurku opatrzonym tabliczką z własnym nazwiskiem i surfując w Internecie). Do tego nie potrzeba pozwolenia na pracę…
Natomiast jeśli w tej samej firmie zajmować się chcemy na przykład obsługą klienta, potrzeba już jest bezwzględnie cała seria dokumentów tłumaczonych notarialnie (wraz z dyplomem studiów), aplikowanie do Ministerstwa Pracy, i oczekiwanie (nawet kilka miesięcy) na oficjalne pozwolenie, które potem możemy sobie powiesić z zadowoleniem na ścianie w pozłacanych ramkach :)

Na szczęście udało się mnie osobiście poradzić ze wszystkim inną (ale równie legalną) drogą. Co tylko potwierdza, że Turcja jest krajem, w którym wszystko jest możliwe. Można legalnie pracować, można korzystać z Blogspota nawet jeśli jest zablokowany, można trafić na Turków punktualnych i konkretnych, zawsze odbierających telefony, i tak dalej.
Ostateczni bilans przemawia więc jednak na korzyść Turcji – przynajmniej na tą chwilę sobotniego przyjemnego wieczoru spędzonego przed blogiem z polskim miodem pitnym w kieliszku, włoską potrawą na talerzu, w tureckim mieszkaniu angielskiego właściciela i z amerykańskim adresem IP w komputerze :)