Przyjechałam do Alanyi! Nagle. Plan przewidywał, że znajdę się tu dopiero za jakiś miesiąc, ale sprawy pilne doprowadziły do tego, że w ciągu jednego dnia udało się: kupić bilet lotniczy, zarezerwować transfer do Berlina, zrobić niezbędne zakupy, spakować się, a co najważniejsze przesunąć wszystkie spotkania (w tym blogowe) i wizyty lekarskie na „za tydzień” – kiedy wrócę do Polski.
Przyznam się Wam w zaufaniu, że bardzo mi się spodobał taki nagły wyjazd. Mam tu na myśli fakt, że z powodu szybkiej decyzji nie było czasu na tzw. reisefieber, jakieś tam podróżne stresy czy inne formy użalania się nad moim ciężkim życiem emigrantki (łolaboga!). Mogłoby tak być zawsze: ciach-ciach.
I nagle dzień po kupieniu biletu jestem już w drodze do Berlina, za moment w samolocie (notabene pełnym pijanych Niemców zdążających na jakiś chyba firmowy wyjazd). A za chwilę wysiadam na lotnisku w Antalyi i wdycham styczniowe, popołudniowe powietrze. Nie chłodne, ale też i nie ciepłe, do tego z zapachem, który zawsze, bezwzględnie, kojarzy mi się z Turcją.

Jestem. Po prawie 2-miesięcznej nieobecności na wszystko patrzy się świeższym okiem. Delektuję się brzmieniem samego tureckiego, melodią tego języka. Podoba mi się muzyka w radiu, albo smętne kawałki puszczane w restauracjach, otwartych w Alanyi na zimę. Zresztą Alanya w zimie to inny temat. Jest tak spokojnie, leniwie, a jednocześnie pozytywnie. Brak sezonowej hiperaktywności sprzedawców, brak łupiącej muzyki techno i pijanych skandynawskich nastolatków.

Jest fajnie.

Następnego dnia idziemy z K.P. w ramach świętowania mojego przyjazdu na śniadanie do miasta. I teraz – uwaga, to nie jest tekst sponsorowany (choć nie obraziłabym się, gdyby był, he he): delektujemy się zjawiskiem zwanym „Wiejskie Śniadanie” w kawiarni Mado. Wygląda ono tak:

sniadanie1

 Jest to prawdziwa rozkosz dla podniebienia: co najmniej kilka rodzajów serów, świeże pomidorki i ogórki, miód z kajmakiem, pyszne oliwki, tahin pekmez (czyli coś w rodzaju chałwowej pasty do chleba), kawałek su boreği, pikantna wędlinka czyli pastırma, dżem owocowy, a na środku w zakręconym (jeszcze) słoiczku keçi sütü reçeli, czyli „dżem z koziego mleka”, który przypomniał mi to słodkie, waniliowe mleczko, które wypijało się prosto z tubki w dzieciństwie. Pamiętacie?

Do tego, jakby było mało, po chwili kelnerzy donoszą jeszcze:

sniadanie3
Sucuk, czyli przysmażona kiełbaska (klasyka tureckiego śniadania) i osobno jajko na maśle podane w aluminiowym naczyniu (na zdjęciu już po połączeniu przez nas z powodu braku miejsca na stole :)).
Prawdziwa rozpusta! Nawet ja, tak bardzo niemięsna, z przyjemnością kosztuję sucuk – jest wyborny, lekko pikantny.

Nie zapominajmy też o herbacie, którą z tego wszystkiego zapomniałam umieścić w wąskim kadrze mojej komórki, i dodatkowym wspomaganiu w postaci świeżo wyciskanego soku z pomarańczy. Jak to mówią Turcy „yok-yok” – nic nie zostało pominięte ani zapomniane.
Takie śniadanie celebrować można chyba z dwie godziny, powoli, wystawiając jednocześnie twarz do słońca. Tak też zrobiliśmy.

Trzeba przyznać, że tureckie śniadania nie mają sobie równych. Albo ogólnie: kuchnia. Wydaje mi się, że turecka kuchnia jest najlepszym synonimem tego kraju, z całym bogactwem smaków różnorownych regionów, tradycji, wpływów innych krajów. Do tego duża porcja tureckiej gościnności, tego całego częstowania herbatą… ciężko tak suto zastawiony stół w – paradoksalnie – tak rozsądnej cenie i z eleganckim serwisem (w Mado około 30 złotych za osobę wraz z herbatą!) – znaleźć gdzieś indziej. Poprawcie mnie, jeśli się mylę.

Malta Maltą, inne kraje, innymi krajami. Ale, kurczę – Turcja to Turcja. Jak tu nie tęsknić? :)

lot1