Nawet nie pytajcie jak mijają mi Święta i ostatnie tygodnie. Raz, że w pracy (sezon już rozpoczęty przecież), dwa, że w Wielką Noc z klatki schodowej budynku, w którym mieszkamy skradziono mój ukochany rowerek!

To by było na tyle, jeśli chodzi o naiwne zaufanie, jakim darzyłam turecki naród. Ponieważ jak dotąd, przez blisko 9 lat związków z Turcją nie zginęło mi ani nie zostało ukradzione nic (dla porównania: w Polsce mam wiele traum w kwestii kradzieży), byłam pewna, że jest tu  i n a c z e j. I na pewno jest – w jakiś sposób – inaczej. Społeczna tolerancja dla różnych chamskich zachowań jest dużo niższa, i dlatego generalnie na ulicach można czuć się bezpieczniej niż w Polsce. W sytuacji jakiegoś ewentualnego zagrożenia Turcy od razu interesują się, reagują, pytają co się dzieje, starają się pomóc. Dotyczy to zwykłych przechodniów na ulicy. Byłam tego świadkiem wiele razy (jako obserwatorka), i na tej podstawie wysnułam takie wnioski. W tym kontekście bywa, że śmieję się z nieśmiałych pytań niektórych: „Czy nie boisz się mieszkać w Turcji”?
Nie, nie boję się, i nigdy nie bałam – zarówno mieszkać, pracować, jak i podróżować po Turcji.

Z kradzieżami to w ogóle wydaje mi się jest generalnie inaczej. Zaczynając nawet od samej religii, kradzież cudzej własności w islamie jest bardzo drastycznie piętnowana, abstrahując od tego przysłowiowego obcinania ręki czy palców złodziejowi (które się ponoć kiedyś stosowało w krajach szariatu), jest piętnowana społecznie. Dla Polaków to może nie ma większego problemu (znaczenie słowa „wstyd” nie ma takiej siły jak tureckie „ayıp”), ale dla Turka owszem. Podobnie jak „ahlak” czy „terbiye” (obyczajność, moralność, przyzwoitość). Powiedzieć komuś „wstyd” – to już waży sporo. Może to jedna z moich naiwnych teorii, ale w Turcji być może z tego powodu mniej jest takiego zwykłego chamstwa i ulicznej agresji (Stambułu nie biorę pod uwagę, bo to miasto z samego rozmiaru podpada pod inne psychologiczne i socjologiczne kategorie).
W Alanyi, mieście niewielkim (oficjalnie 100 tys. mieszkańców, dwa razy tyle w sezonie) bądź co bądź narażonym na rozmaite wynaturzenia z powodu napływu „łatwej gotówki” w kieszeniach, rękach i głowach turystów z całego świata, i tak jest nieźle.
Zgubiłam kiedyś telefon w dolmuszu – wysunął mi się z kieszeni spodni (w czasach kiedy telefony jeszcze mieściły się do kieszeni damskich spodni). Zorientowałam się po jakiejś półgodzinie. Dzwoniłam na niego z drugiej komórki i wciąż był sygnał, co dawało nadzieję ;) Po ponad godzinie (dolmusz w tym czasie zrobił jedno kółko przez miasto i wrócił na pętlę) czekałam na niego na przystanku i kierowca przekazał telefon do tak zwanych rąk własnych. Okazało się, że nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że telefon leży na siedzeniu, ale wręczył mu go ktoś z pasażerów, mówiąc że uparcie dzwoni i ktoś chyba zgubił…
Druga sytuacja z telefonem: zostawiłam go w kawiarni, pełnej ludzi, na fotelu. Kiedy cofnęłam się w panice po parunastu minutach telefon czekał na mnie w kasie, przekazał go kelner czy ktoś z następnych klientów – nie wiem. Najważniejsze, że był.
Do tego dochodzą wszystkie inne, pomniejsze sytuacje które dają pełen obraz społecznego zaufania: zostawianie torby czy zakupów w samochodzie (w głowie włącza się wielki migający alarm pod tytułem „ŹLE, ŹLE, ŹLE”), na czas pójścia do restauracji. Zostawianie zakupów przy wejściu do większego sklepu, żeby nie chodzić z torbami (często zauważam to w Alanyi przy drzwiach sklepów odzieżowych). Albo wkładanie zakupów do koszyka mojego ś.p. roweru i pójście np. do banku. I zdziwieni turyści, kiedy na wycieczkach zapominają czapek, telefonów, aparatów, butów, zabawek dziecięcych – i  w wielu przypadkach wszystko się znajduje i spokojnie wraca do właścicieli.
I do tego jeszcze: restauracje na noc zostawiające stoliki i krzesła na ulicy. Wystawianie przed sklepy koszy czy wieszaków z przecenami. Zostawianie straganów bazarowych pod opieką „kolegi obok”, podczas gdy właściciel idzie na przerwę. Właściciele butików, rowerów, motorów – z naszej polskiej perspektywy tak niefrasobliwi, albo raczej głupi – zostawiający tak zwane wszystko na tak zwanym widoku. I polscy turyści, którzy widząc w naszym biurze leżący na fotelu (rzucony niedbale przez K.P.) portfel, kluczyki do auta czy telefon – podpowiadają „niech to Pani gdzieś odłoży, bo zmieni właściciela”. Trudno im wtedy wytłumaczyć że nie, jakoś tej niedbałości u Turków nie można wyplenić, tej niefrasobliwości, tego zaufania jakim obdarzają drugiego człowieka (czy raczej całe „toplum” – społeczeństwo). Oni nie zrozumieją naszej perspektywy, tego strachu żeby „uważać, bo coś ukradną”.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie chcę tu powiedzieć, że w Turcji kradnie się mniej, albo że ludzie są lepsi. Mam bardziej na myśli to, że Turcy nie boją się reagować, bo bardziej ufają sobie nawzajem, a raczej społecznemu ogółowi. Podczas gdy my wciąż oczekujemy złodzieja i czujemy się przez tego złodzieja sterroryzowani (bo zawsze może się pojawić), chowając wszystko i wszędzie zabezpieczając, Turcy zostawiają na widoku i mówią: złodziej? Jak go znajdę to spiorę tak, że pożałuje! – i złodziej to wie :)

Z drugiej strony potwierdza się inna teoria, że zarówno dobrzy ludzie, jak i źli ludzie, na całym świecie są tacy sami. Zło czy dobro nie ma ani koloru skóry, ani narodowości, ani wyznania czy specyficznego kształtu nosa. Grzęźnie i kiełkuje w człowieku jak jakaś bakteria i oto – dzyń dzyń! – w Wielkanocną Niedzielę idąc z K.P. na uroczyste śniadanie przygotowane przez mieszkającą tu Polonię okazuje się, że rowerka, rumaczka mojego, po prostu nie ma.

I ten wpis niech ku pamięci rowerka, rumaczka mojego, będzie.