Są dni, kiedy zastanawiam się na co mi ta cała Turcja, turystyka, a szczególnie Alanya. Mimo początku sezonu i mimo tego, że w tym roku sezon, jak się prognozuje, ma być dużo słabszy niż poprzednie, codziennie pracuję po 10-12 godzin. Jakimś cudem wciąż jest coś do roboty. Od siedzenia przy biurku i stresów boli kark, sam dźwięk klikania w klawiaturę komputera drażni. Jeszcze do tego coś pójdzie nie tak – a takie zdarzenia najwyraźniej poruszają się w grupach, przeplecione dla odmiany przez spokojne, niemal monotonne dni. I dołóżmy do kompletu zmianę pogody – z umiarkowanego ciepła przeszła w tzw. konkretne ciepło, w ciągu dnia jest minimum 25-27 stopni, oczywiście w cieniu. Takie zmiany pogody, choć nie drastyczne (jeszcze) można poznać po tym, że jakoś wszystkim strasznie chce się spać. Wracam do domu po 22.00, ignorując bałagan w mieszkaniu robię tak zwany skok na kanapę przed włączony telewizor (w którym króluje turecki Survivor All Stars, nie pytajcie się dlaczego to oglądamy – nie wiem!), K.P. sadowi się prostopadle na drugiej kanapie, i za pół godziny już nas „nie ma”. Budzimy się o pierwszej tylko po to, aby przenieść się jak tzw. cywilizowani ludzie do łóżka po drodze myjąc twarz (i może nawet zęby).

Myślicie, że rano przynajmniej jestem świeżutka i wypoczęta po takiej dawce snu? Ależ skąd! :)

Ale to minie, kiedy upały już się ustabilizują. Co roku jest dokładnie tak samo.

Są dni, kiedy ma się ochotę rzucić wszystko i po prostu wypasać owce na tureckiej hali (tak wiem, że się powtarzam!), ale okazuje się, że równie szybko znajduje się jakiś powód, który wszystko przywraca do pionu. A powody przywracające do pionu dziwnym trafem też poruszają się w grupach, jak już coś jednego pozytywnego się zdarzy, to zaraz idzie kolejne pozytywne.

Oto spis pozytywów tego tygodnia:

1. Prace nad drugim wydaniem naszej książki, które są coraz bliżej zakończenia. Mamy przepiękną okładkę, a aktualnie nasze materiały są w trakcie przygotowywania do druku. Co więcej wraz z Agatą dorobiłyśmy się strony na Facebooku oraz osobnej strony promującej książkę które polecam odwiedzić i zapisać w zakładkach – ależ z nas nowoczesne blogerki :)

2. Materiał do Pewnego Popularnego Miesięcznika, w którym miałam zaszczyt być konsultantką na tematy tureckie. Wkrótce mam nadzieję pochwalę się efektami, i znów trzeba będzie mnie szukać w kioskach z prasą!

3. Wycieczka do Stambułu zorganizowana zupełnie pod prąd dla jednego z turystów. Oj, gdyby wiedział ile spędziłam czasu nad dopinaniem wszystkiego aby spełnił swoje marzenie i zobaczył to miasto mimo pewnych obiektywnych utrudnień! I bardzo jestem teraz szczęśliwa wiedząc, że cel osiągnął – chyba takie momenty są w turystyce najpiękniejsze. Przy okazji dowiedziałam się czegoś o sobie: że potrafię załatwić sprawy pozornie niemożliwe ;)

4.  Kontakty z kilkoma przesympatycznymi osobami: tureckimi, polskimi, nie ma znaczenia. Kilka spotkań, miłych rozmów, nawet gdzieś tam w przelocie – pozwala utrzymywać wiarę, że ludzie tak zwani „po prostu fajni” są wszędzie wokół, tylko trzeba ich poszukać…

5. I na koniec najważniejsze. Sport. Obśmiałabym kogoś, kto w listopadzie zeszłego roku powiedziałby, że z przyjemnością będę chodzić na wieczorne treningi… biegowe. I że z przyjemnością przebiegnę 8 kilometrów. Tak! Skylar lubi sport, ale z różnych względów przez lata go zaniedbywała. A bieganie było ostatnią rzeczą, o którą kiedykolwiek mogłaby siebie podejrzewać. I nagle wszystko się zmieniło. Po pierwsze: nasze mieszkanie, w którym jesteśmy od ponad roku znajduje się bardzo blisko stadionu treningowego klubu Alanya Spor. Znajduje się tam piękna bieżnia otwarta dla tzw. ludu (halk). Po drugie: K.P. jesienią i zimą zaczął mnie na wieczorne przebieżki wyciągać. Przeklinałam go za to, bo ledwo łapałam oddech biegnąc 200 metrów. Po trzecie: moda na bieganie, to oczywiste. Jako że dotknęła ona większości moich polskich znajomych w tym najbliższą rodzinę, trudno było pozostać obojętnym. Nie należę do osób podążających za trendami, ale widząc jakie wielkie zmiany czyni regularne uprawianie sportu w narodzie, zaczęłam się łamać. I nagle nie wiedzieć kiedy biegałam już dwa razy w tygodniu po kilka kilometrów! Nie marzę o dystansie maratońskim, ale odkrywam obecnie wielką przyjemność jaką jest nocne bieganie w Alanyi. Po powrocie z pracy, nawet po 22.00, wdziewam biegowe buty, dopasowuję muzykę i ruszam. Stadion na którym trenuję ma tą wspaniałą cechę, że jest otwarty całą dobę. I nawet późno wieczorem tętni tam sportowe życie. Jest czysto i porządnie, palą się światła, jest bezpiecznie. Biegając mijam truchtające rodziny, pary i spacerujące kobiety w muzułmańskich płaszczach. I powiem Wam, kochani, tego się nie da opisać! Jest to jedna z dwóch rzeczy, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy całkowicie zmieniły moje życie – tak, nazwę to szumnie. Resetuje mózg, pomaga ciału, odblokowuje stres i daje niesamowite poczucie wolności. A druga rzecz? To joga. Ale o tym może innym razem :)