/source: http://www.topraktansofraya.com/

Okazało się, że nie mogę jeść czekolady. I kakao.

A może tylko czekolady, a nie kakao? Chyba jednak odwrotnie. Nie wiem. Wszystko sprowadza się jednak do tego, że jestem póki co na diecie eliminacyjnej, bo niektóre przez lata spożywane przeze mnie pokarmy mi szkodzą. Tych, którzy w tym momencie myślą, jak bardzo mi współczują, bo przecież życie bez czekolady to nie życie, uspokajam – zdecydowanie wolę wyrzec się tej pokusy niż nadal mieć zdrowotne i alergiczne problemy, które męczyły mnie przez lata, i których nie potrafiły pokonać najsilniejsze leki. Przy okazji zrzuciłam też zbędne fałdki ;)

Poza czekoladą jest oczywiście kilka innych produktów, których muszę się na razie wystrzegać, ale nie o tym chciałam. Teoretycznie od kilku tygodni jakoś radziłam sobie bez tej czekolady i kakao, człowiek jest jednak dość prostym urządzeniem, które potrafi się zarówno do wielu rzeczy przyzwyczaić jak i od wielu – odzwyczaić, ale mimo wszystko miałam momenty zwątpienia, które podsycają jeszcze dwie tabliczki czekolady ukryte kiedyś w mojej szafce „na czarną godzinę”. Ach, gdyby tak kawałek… marzę – i za chwilę zatrzaskuję sobie szafkę przed nosem.

Nowe zasady żywieniowe zmusiły mnie więc do kulinarnych eksperymentów, z czego teraz bardzo się cieszę.

Stałam się trochę takim hipsterem z konieczności: budyń z kaszy jaglanej, mleko z ryżu, sernik bez sera, ciasto bez jajka, ciastka bez cukru; pracowicie poszukiwałam pomysłów na ciekawe dania, które nie zawierają żadnych ryzykownych dla mnie składników.

Tym sposobem natrafiłam gdzieś na słowo „karob”.

Karob – zdrowy zamiennik kakao, nie powodujący żadnych alergii. Brzmi dobrze, prawda? Jak głosi Wikipedia: „gatunek zimozielonego drzewa należący do rodziny bobowatych.”  Ze strąków robi się proszek, który nazywamy w Polsce „mączką chleba świętojańskiego”.
Już, już zaczęłam zapisywać sobie w mojej magicznej aplikacji do notatek, że mam to „coś” kupić przy kolejnej wizycie w Polsce, kiedy czytając dalej opis rośliny natknęłam się na zdanie: W rejonie Morza Śródziemnego oraz w Azji Mniejszej występują jego duże plantacje. Nie jest tam jednak powszechnie spożywany, służąc raczej jako roślina pastewna.

Rejon Morza Śródziemnego?
Brązowe suche strąki wiszące na drzewach?
Moment.
Zaraz.

Czy to nie… znane mi keçiboynuzu [czyt. keczi bojnuzu]?
Bingo! Jesteśmy w domu.

Karob, czyli keçiboynuzu w naturze

Okazało się, że ten zdrowy substytut kakao to doskonale znana mi roślina, którą wielokrotnie, prowadząc wycieczki pokazywałam turystom, dokładając do tego niezbyt wysokich lotów żarty o turkish viagrze i afrodyzjaku, zasłyszane od sprzedawców na bazarach.
Rośnie toto w kiściach na drzewach w wielu miejscach w Alanyi i okolicach, pamiętam, że suche brązowe strąki nawet próbowałam kiedyś żuć, namówiona przez tureckich znajomych, ale były dla mnie twarde i bez smaku.

Po latach życia w błogiej nieświadomości okazuje się, że te nieapetycznie wyglądające twory natury to samo zdrowie. Jak radośnie donosi wiele źródeł karob obniża cholesterol, poprawia trawienie (także u osób chorych na refluks), jest antyutleniaczem, pomaga na biegunkę, nie zawiera cukru ani kofeiny, jest bogatym źródłem minerałów, cennym np. przy osteoporozie (ma trzy razy więcej wapnia niż mleko), pomaga nawet przy chorobach płuc, i oskrzeli, działa antybakteryjnie i antywirusowo! Mówiąc krótko – szaleństwo!

Szperając dalej odkryłam także, że nasiona karobu, z racji że mają stałą, niezmienną wagę (0,2 grama), przez wieki Arabowie, Seldżukowie i Turcy Osmańscy używali do odmierzania lekarstw oraz kamieni szlachetnych. 16 ziarenek było ponoć równe jednemu dirhamowi, a jedno ziarenko – to jeden.. karat! (z arabskiego „kirat”, greckiego „keration”, czyli po prostu owoc karobu).
Stąd wzięły się znane nam karaty.

Dłużej nie trzeba było mnie przekonywać…

Przy pierwszej wizycie w jednym z większych supermarketów popędziłam do działu ze zdrową żywnością i tam natrafiłam puszki z karobem w proszku, oraz słoje z karobem w płynie. Ten pierwszy można używać jako zamiennik kakao, ten w płynie – jako „dosładzacz” potraw (melasa czy też raczej turecki pekmez). Za swoją 180-gramową puszkę kakaowego proszku zapłaciłam jedyne 9 tureckich lir (= ok 10 zł), czyli całkiem rozsądna kwota w porównaniu do cen w Polsce.

Moje eksperymenty kuchenne z tymże składnikiem okazały się sukcesem na całej linii. Co prawda karob nie smakuje identycznie jak kakao – z tego trzeba zdać sobie sprawę, ma nieco inny aromat i posmak, ale w niczym mi to nie przeszkadza. Upiekłam przepyszne ciasto karobowe, czarne jak kakaowa smoła, z dodatkiem orzechów i żurawiny, które pałaszowałam ze smakiem nie tylko ja, ale także Król Pomarańczy – dopóki nie zdałam mu sprawy z tego jakiego oryginalnego składnika użyłam, nawet się nie domyślił i sam dziś zaczął domagać się powtórki (co ja, jako prawdziwej krwi blogerka, wykorzystałam jako inspirację do napisania tekstu na blogu, zamiast powędrować do kuchni). Kilka razy zrobiłam już też sobie jaglany budyń z karobem, równie pyszny. W kolejce czekają dalsze pomysły, może jakieś ciastka? ;)

Tym sposobem dokładam kolejny ciekawy punkt do listy: Co warto przywieźć z Turcji do Polski. Jeśli są wśród Was amatorzy zdrowego odżywiania, na pewno karob… wróć – keçiboynuzu – powinien się na niej znaleźć ;)