saklikent tlos

Do Wąwozu Saklıkent chciałam się wybrać od dłuższego już czasu, ale zawsze było „za daleko”. Bo to w końcu już rejon Morza Egejskiego, w rejonie Muğla, ponad 300 km z samej Alanyi, dobre kilka godzin jazdy. Od jesieni do wiosny Kanion ze względu na wysoki poziom wody jest niemożliwy do przejścia, a latem wciąż jestem w pracy. Ale w końcu udało się w sposób idealny pogodzić przyjemne i pożyteczne – znaleźli się chętni turyści, udało się zebrać kameralną grupę, można było jechać. Dołączyłam do ekipy, nie wyobrażałam sobie nie skorzystać z takiej okazji :)

Wyruszyliśmy z Alanyi po godzinie 4 rano. Wstając przypominałam sobie dlaczego wolałam zawsze bycie rezydentem od pilotowania wycieczek – naprawdę nie cierpię pobudki o takiej porze, mam wtedy ochotę rzucić wszystko i obrócić się na drugi bok :)
Droga do Wąwozu minęła dość gładko, jest to zresztą podobna trasa jak do Pamukkale, także widoki były znajome. Im bliżej celu, tym droga robiła się gorsza, ale najważniejsze, że była pusta – wszyscy urlopujący w okolicy z okazji Święta Ofiarowania Turcy jeszcze zapewne nie wstali. To przed nimi chcieliśmy zdążyć, wiedząc, że na pewno wybiorą się do Wąwozu. I na szczęście się udało.

Imponujący kanion ma długość 18 kilometrów, z czego bez specjalistycznego sprzętu można przejść jedynie określony odcinek. Pośrodku głębokiego na 300 metrów wąwozu płynie strumień, który po 2 km zablokowały kamienie formując wodospad. To miejsce było naszą metą – naturalnie dalej nie dałoby się już iść. Dwa kilometry wydają się być może odcinkiem dość skromnym, ale im dalej – tym trudniej było iść. Ba, bez wynajęcia przewodnika byłoby to przy naszej grupie niemożliwe – wskazywał nam w mętnej wodzie (kilka dni wcześniej padał deszcz) gdzie należy postawić nogę, by przejść, a niekiedy nawet wyciągał za ręce, by można było dalej iść. Bawiliśmy się przy tym niesamowicie, ale nie będę ściemniać, że pewien element ekstremalny również tutaj zaistniał :) Już nie mówiąc o stresie, kiedy przewodnik brał nasze plecaki i aparaty i przeprawiał się dalej, by następnie wrócić i nam pomagać; początkowo byłam pewna że moja lustrzanka i cała zawartość plecaka zamoknie, ale jednak udało się uratować cały dobytek… gdybym szła sama pewnie zrezygnowałabym gdzieś po drodze, jak wielu tureckich turystów kompletnie nieprzygotowanych na takie przejścia: ze skórzanymi torebkami, iphone’ami w rękach, w japonkach, i zwiewnych sukienkach :)
Tymczasem nasza grupka, zmoczona aż po czubek głowy w zimnej, mętnej wodzie, zmęczona ale szczęśliwa, nasycona pięknymi widokami, dotarła do końca odcinka, aż po sam wodospad.
Pamiątkowe zdjęcie – i trzeba było wracać tą samą drogą – co okazało się nawet trudniejsze, bo czasem trzeba było po prostu siadać na wyślizganej przez płynącą wodę skale i pozwolić sobie „wpaść” z impetem do położonego niżej jeziorka :)

Przy wyjściu z Wąwozu przywitały nas dzikie tłumy Turków, którzy po leniwym śniadaniu zaatakowali to miejsce. Ba, do kas stał sznureczek oczekujących. Szybko przebraliśmy się i ewakuowaliśmy stamtąd orientując się, że przejście 4 kilometrów zabrało nam aż 3 godziny!
Obiad zaplanowaliśmy w jednej z najsłynniejszych piknikowych restauracji w okolicy – Yakapark – to coś w stylu alanijskiego Dimçayu, tylko troszkę bardziej pieczołowicie wykończone. Platformy wykładane poduchami są zrobione z drewna, a nie metalowych prętów, ma to więc bardzo fajny naturalny klimat. Najlepszy był bar z blatem, w którego zagłębieniu w zimnej wodzie pływały rybki… Do tego hamaki, sztuczne wodospady, wokół szalona zieleń – doczytałam w broszurce, że można tam nawet przenocować (są w tym celu zbudowane drewniane domki). Jeśli ktokolwiek z Was by tam kiedyś trafił, podpowiem też sposób na uzyskanie darmowego posiłku (broszurkowa reklama nie poszła jak widać na marne): należy w jednym z basenów przy barze zanurzyć się na 15 minut – kto wytrzyma niską temperaturę dostaje obiad gratis :) – dla cieniasów – 5 minut gwarantuje napój gratis) :)

Na koniec została nam tylko wizyta w antycznym mieście Tlos, położonym nieopodal restauracji. Miasto robi wrażenie, i choć jest dość kiepsko zachowane, jest naprawdę malownicze, szczególnie kiedy patrzy się na ruiny ze szczytu wzgórza.

Poniżej kilka fotek. Robiłam też filmy i na pewno zmontuję materiał i ujrzy on światło dzienne, niestety póki co jestem załamana faktem, że coś mam chyba ze stabilizacją obrazu w aparacie (czyżby zbyt dużo rzucania sprzętem w moim wykonaniu?) i wiele ustawionych na automatyczne ostrzenie ujęć jest niewyraźnych. Filmik pewnie zatem będzie krótki… :)

A na zakończenie morał:

Wróciłam do domu około 21.00 (wycieczka miała leniwe, zupełnie nie-turystyczne tempo). Usiadłam na kanapie w salonie i stwierdziłam, że nie mam siły na nic. Zjadłam coś, co udało mi się wynaleźć w lodówce, wzięłam prysznic.
I poszłam spać.
Spałam od godziny 22.00 do 8.30 rano. Praktycznie bez przerwy…
Obudziłam się następnego dnia z zakwasami w każdym możliwym miejscu, nawet pod pachami :)
Ale takie zmęczenie i tak jest lepsze niż ten codzienny zawodowo-biurowy stres. To był naprawdę niezwykle udany i pełen wrażeń dzień. Powinnam to robić częściej.
Następnym razem ruszam do mojego wymarzonego Ölüdeniz! Odkładam to co roku – po prostu wreszcie muszę!

Z kwestii organizacyjnych:

Wąwóz Saklıkent

Znajduje się 322 km od Alanyi i jedyne 44 km od Fethiye. Jest to park narodowy. Wstęp do Kanionu kosztuje 5 lir.  Zdecydowanie warto wynająć przewodnika, koszt wynosi 20-25 lir za osobę przy 6-8 osobach i rośnie przy mniejszej grupie. Na miejscu są przebieralnie – najlepiej na trekking mieć na sobie kostium i/lub sportowe ciuchy. Buty – najlepsze te raftingowe, możecie kupić najtańsze na miejscu za 10 lir, albo wypożyczyć za 3 liry. Ja szłam w sportowych sandałach, ale super komfort to nie był. Do samego kanionu zabierzcie tylko niezbędne rzeczy – im mniej drobiazgów, tym lepiej – ryzyko zmoczenia na dalszym etapie.
Co do kondycji – nie będąc super sportowcem spokojnie można dojść do samego końca. Ale trzeba się nastawić na odrobinę wspinaczki i przeciskania przez skały :)

Miasto Tlos

Jest jakieś 18 km od Kanionu z powrotem na wschód, 2 km przed restauracją i prowadzi do niego dość kręta droga. Wstęp 5 lir. Jeśli ktoś z Was mieszka w Turcji i posiada ikamet (kartę pobytu) może do tego obiektu wejść na tzw. Muze Kart (o tych kartach pewnie powinnam kiedyś jeszcze napisać).

Mieszkając w Alanyi samodzielne dotarcie do Kanionu jest możliwe tylko i wyłącznie wynajętym samochodem, albo oczywiście z wycieczką z mojego biura :) Polecam tą drugą opcję, super serwis :)

 IMG_9458
IMG_9470
IMG_9527
IMG_9500
IMG_9570
IMG_9561
IMG_9568
IMG_9576
IMG_9582
IMG_9594
sakl2
IMG_9598
IMG_9636
IMG_9630
IMG_9631
IMG_9633
IMG_9656
IMG_9660
IMG_9673