Wiem, że tytuł tego wpisu wygląda cokolwiek zastanawiająco, tak trochę jakbym zaczęła prowadzić blog lifestylowy albo blog o zdrowym odżywianiu. Tymczasem do napisania tego tekstu przymierzałam się od dłuższego czasu. Raz, że różne refleksje mi przez głowę ostatnio przelatują, dwa, że spotykam się często z następującymi pytaniami, zadawanymi głównie przez kobiety:

  • Jak udaje Ci się mieszkać w Turcji i nie przytyć, przecież tyle tu pyszności? Pewnie codziennie jesz baklavę?
  • Jak to możliwe, że jesteś wegetarianką mieszkając w Turcji? Przecież Turcy jedzą tylko mięso! 
  • Jesteś uzależniona od tureckiej herbaty?

i tak dalej.

Postanowiłam więc napisać tekst, który po trochu rozlicza się z tymi stereotypami. Temat: wegetarianizm w Turcji poruszę innym razem, sam w sobie jest też wdzięczny :)
Jestem idealną osobą do zobrazowania tematu zdrowego odżywiania, bowiem przez lata jadłam słodko, tłusto i ciężko. Potem wprowadziwszy Nowe Zdrowe Zasady do swojego życia udowodniłam sobie i światu, że mieszkając w Turcji nie dość, że można schudnąć, to naprawdę (cóż za zaskoczenie!) można jeść zarówno pysznie, jak i zdrowo. Ba, myślę od jakiegoś czasu, że nawet trzeba. W końcu kraj ten oferuje taki wybór świeżych, lokalnych i – co ważne – tanich – owoców i warzyw, strączków, orzechów, nasion i pestek, że byłoby grzechem żywić się fast foodami. Albo nawet i nie tylko kraj tak ogólnie (bo co region, to inne jedzeniowe obyczaje), ale mój region Alanyi, gdzie bazarowe stragany uginają się od sezonowych smakowitości, i gdzie przez większość roku można przebierać w owocach i warzywach.

Tylko, że to nie jest wcale takie proste.

Bo Turcy, tak ogólnie, nie odżywiają się jakoś niesamowicie zdrowo. Wiem, brzmi jak paradoks, których w Turcji pełno.
Owszem, kuchnia turecka to cały wachlarz potraw warzywnych, gotowanych, duszonych, pieczonych, podlanych oliwą z oliwek, sokiem z granatu, doprawionych pysznymi lokalnymi przyprawami, podanych z towarzyszeniem naturalnego jogurtu, i tak dalej.
Szkoda tylko, że w wielu domach przyjęło się, że te zdrowe dania konsumuje się z towarzyszeniem koszyka (koszyka!!) białego chleba pokrojonego w apetyczne kromki, zresztą taki sam koszyk podawany jest w knajpkach do jakiegokolwiek zamówienia (nawet dla 1 osoby). Do picia w tureckich domach często podaje się podrabianą lub oryginalną colę lub inne słodzone paskudztwa. Wiele potraw zamiast dusić na oliwie smaży się na oleju słonecznikowym, a wszelkie kasze czy pilawy przygotowuje się z towarzyszeniem nieodłącznej salçy z puszki (salça to pasta z pomidorów lub papryki, ta najpopularniejsza – kupowana w sklepie – niestety do najzdrowszych nie należy). Sporo tureckich gospodyń gotuje na okrągło 5-6 tych samych potraw, których podstawą są węglowodany, a warzywa pojawiają się gdzieś z boczku, dla ozdoby. Codziennością są także frytki… na śniadanie. Niezrozumiała też dla mnie jest miłość Turków do makaronu, który podaje się w formie rozgotowanej (zapomnijcie o al dente!) najlepiej ze wspomnianą salçą.  Jeśli do tego do zmiatania tłustego sosu z talerza używamy pieczywa (czytaj białej pszennej buły; tak, nawet do makaronu!), brzuch typu bęben, wysoki cukier i cholesterol gwarantowane. A po posiłku – herbata, jakże by inaczej – słodzona! Na deser tureckie słodkości, a jeśli na słono – popularna jest prażona na tłuszczu kukurydza…
Jeśli yabancı mieszkając w Turcji obraca się w środowisku zwyczajnych Turków i Turczynek, siłą rzeczy nasiąknie tymi zwyczajami, i będą wydawały mu się najnormalniejsze pod słońcem.

Wracając do mojej skromnej osoby, faktycznie na początku pobytu w Turcji jadłam wszystko, co dawali. Mi nie trzeba dwa razy mówić :) Moje pierwsze ukochane śniadania w tym kraju to niemalże rytualna poğça (słodka lub słona bułeczka), lub simit (obwarzanek) i słodzony napój wiśniowy w kartoniku lub puszce. Albo ten chrupiący biały chlebek, aż się prosiło, by go maczać w dżemie (słodzonym), miodzie, smarować kajmakiem, a na obiedzie wycierać nim pomidorowe sosy. Jak nie chlebek, to zamawiało się w pracy jakieś tureckie pide – najlepiej z tłustym żółtym serem. Jak nie pide – to szło się na lody z koziego mleka (maraş) i do nich kawałeczek baklavy. Mniam! Palce lizać! Do tego od rana do wieczora milion szklaneczek herbaty tureckiej – oczywiście z cukrem, bo to taka turecka tradycja. A podczas podróży, czy na „szybkiego głoda” zjadało się bardzo tutaj popularne babeczki zwane „dankek” od jednej z firm je produkujących, najczęściej czekoladowe. Zresztą rozdają je stewardzi w autokarach międzymiastowych, żal nie skosztować, prawda? W ogóle wszystko jadło się z apetytem chcąc nacieszyć się „na zapas”, bo przecież na zimę wracało się do Polski!
I potem zaskoczeniem było, że mimo, że pracowałam jak mrówka ganiając od hotelu do hotelu albo od wycieczki do wycieczki, to jednak zamiast chudnąć – tyłam :) Ba, ja nie byłam wyjątkiem –  sporo moich koleżanek podczas pracy w Turcji przybierało na wadze. Tylko że byliśmy młodzi (ach!), zdrowi, nikt nie zawracał sobie tym głowy :)

Uwaga, i teraz nastąpi romantyczny zwrot akcji.

Skylar poznaje Króla Pomarańczy w pamiętnym roku 2008. A ten Król Pomarańczy to typowy „foodie”, smakosz. Wielbiciel kuchni naturalnej, nieskażonej konserwantami. Tłumaczył wtedy, że po przetworzonym jedzeniu źle się czuje, co wtedy dla mnie było abstrakcją, ja po niczym nie czułam się źle :)
I tak Skylar zaczęła się mimochodem nawracać. Trudno się nie nawrócić otrzymując nagle prezent od losu w postaci faceta lubiącego przebywać w kuchni, kochającego dobrze i zdrowo zjeść. Oczywiście posiadanie „foodie” partnera to nie same zalety, ale do tego kiedyś wrócę ;) Jego fascynacja zaczęła się udzielać mnie, stopniowo przestawiałam się na zdrowszy tryb życia i nagle okazało się, że sporo moich wieloletnich problemów zdrowotnych wygasza się, a ja czuję się i wyglądam po prostu lepiej.

Apogeum jednak nastąpiło w lutym tego roku (podczas pobytu w Australii), kiedy zrozumiałam metodą prób i błędów, że na problemy ze skórą które miałam „od zawsze”, szkodzi mi cukier i nabiał. Mimo, że bez mleka i słodkości niegdyś żyć nie mogłam, postanowiłam zmienić swoje nawyki żywieniowe. Nie powiem, ciężko jest żyć bez sernika, sera żółtego i latte, ale człowiek, jak to mówią, do wszystkiego się przyzwyczai, a teraz smakuje mi nawet czarna kawa.

Kolejnym etapem, w lipcu, było nieco spontaniczne i bez specjalnych oczekiwań podjęcie słynnej diety-detoksu dr Dąbrowskiej (to dieta warzywno-owocowa, i totalne czyszczenie organizmu), podczas której przez 3 tygodnie pozbyłam się uporczywych i poważnych migren, nękających mnie od lat. Detoks uświadomił mi, że mimo, że jestem od dziecka wegetarianką, jem bardzo mało warzyw, które przecież są tak pyszne! Ponadto, że prawdopodobnym czynnikiem powodującym u mnie migreny jest gluten. Kolejne 1,5 miesiąca jedząc już wszystko, ale zdrowo, bez glutenu – i bez migren – tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziło.
I udało mi się do dziś utrzymać niezłą wagę, ba, wskoczyłam w ciuchy, których nie mogłam wcisnąć od lat!

Jakby jeszcze tego było mało, ograniczenia w diecie spowodowały, że bardzo polubiłam kulinarne eksperymenty. Niegdyś żywiąca się tylko fast foodami, nie potrafiąca ugotować nawet jajka na miękko, zmieniłam się w fankę kulinarnych blogów, kolekcjonerkę przepisów na Pinterest, entuzjastkę zdrowej, nieprzetworzonej żywności, osobę, która z uśmiechem na ustach w pięć minut produkuje „mleko” z nerkowców lub kokosowych wiórek, koktajle i owsianki, a w czasie nieco dłuższym – serniki jaglane, hummusy i inne smakowitości. O pieczywie na zakwasie i bezglutenowych ciastach nie wspominam nawet, to mój osobny konik.
Nigdy nie podejrzewałabym, że kiedyś „tak skończę” :)
Chociaż, na serio, zawsze przecież marzyłam o prowadzeniu „śródziemnomorskiego” życia, jedzeniu świeżych fig, chodzeniu większość roku w pastelowych szortach i wygodnych sandałach lub japonkach, posiadaniu wciąż opalonego nosa i umięśnionych szczupłych łydek. Cóż, można powiedzieć, że idę w dobrym kierunku, chociaż z łydkami najtrudniej :)

A teraz do rzeczy. Nawet jeśli nie mieszkacie w Turcji na stałe, a przebywacie tu na wakacjach, zachęcam Was do przeanalizowania poniższych wskazówek jedzeniowych. Może pomogą Wam przestawić się na zdrowsze tureckie jedzenie, wzmocnić odporność, a przynajmniej nie przytyć na urlopie :)

Jak zdrowo jeść (w Turcji)

…albo jak ja w Turcji jem:

  1. Brak chleba

    Przede wszystkim unikam chleba. Zazwyczaj jest on podawany w każdej knajpie, do każdej potrawy. Także w tureckim domu. Nie sposób od niego uciec. Wygląda apetycznie, jest zawsze świeży, z kuszącą chrupiącą skórką… stop! Po prostu go nie jem, a jak już muszę (no czasem muszę :), ograniczam do jednej celebrowanej kromki dziennie.

  2. Śniadanie

    Dzień zaczynam od pożywnego tureckiego śniadania – nawet jeśli jem pieczywo nie-domowe, wybieram pełnoziarniste, kupione w piekarni, a nie w dyskoncie. Do tego cały talerz pomidorów i ogórków, polanych oliwą z oliwy. Obok garść zieleniny (moja ukochana rukola!), i czarne oliwki (kupowane na wagę w sprawdzonym sklepie, nie jadam oliwek z puszek, pudełek, kupowanych w marketach). Zamiennie pasta z awokado albo hummus (własnej roboty). Żadnych sklepowych dżemów – większość to cukier z owocami. Do picia świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy i niesłodzona herbata turecka. Alternatywnie oczywiście robię sobie rozmaite bezmleczne owsianki (uwielbiam te „nocne” tzw. overnight oats, bo rano nie trzeba nic gotować, tylko dodać owoce i wymieszać :)) albo bezglutenowe pancakes’y.

  3. Domowa piekarnia

    Mieszkające w Turcji osoby łatwo wymawiają się tym, że przytyły mówiąc, że tu nie ma porządnego, razowego chleba. Owszem – nie ma. Żaden jednak problem, żeby upiec go sobie samemu. I mówi to osoba pracująca po 10-12 godzin dziennie. Nie musi to być od razu chleb na zakwasie, może być drożdżowy. Internet kipi od przepisów na szybkie domowe chleby, żadna filozofia. Wrzuca się składniki, miesza, i zostawia do wyrastania, a potem hop – do piekarnika. Skoro ja się nauczyłam, to każdy może :)

  4. Sezonowe zakupy

    Warzywa i owoce kupuję na bazarach. Wybieram to, co w danym momencie jest tanie, czyli sezonowe. Jak czegoś nie ma – to po prostu nie ma na to sezonu, i koniec. To następowanie po sobie sezonów na rozmaite owoce czy warzywa od niedawna szalenie mnie fascynuje. Pewnie jeszcze poświęcę bazarom więcej uwagi na blogusiu.

  5. Woda

    Piję dużo wody. Miałam z tym straszny problem, bo przez lata po prostu zapominałam o wypiciu choćby szklanki dziennie, co kończyło się efektownymi migrenami z finałowymi pobytami z kroplówką na ostrym dyżurze. Od paru dopiero miesięcy po przyjściu do pracy rano stawiam sobie na biurku pełen dzbanek wody i szklankę. To pomaga :) Dla urozmaicenia wrzucam do środka cytrynę albo gałązkę mięty. A na wyjazdy do torby zawsze zabieram butelkę wody, żeby mnie nie kusiło za jakąś colą ;)

  6. Herbata bez cukru

    W maju 2015 roku nastąpiła wiekopomna chwila. Wraz z Królem Pomarańczy rzuciliśmy cukier! I przestaliśmy słodzić herbatę. Na początku było ciężko, ale teraz nie wyobrażam już sobie wypicia słodkiej tureckiej herbaty. Widzę zresztą coraz więcej tureckich znajomych, którzy wprowadzają u siebie podobne zwyczaje. Niniejszym ograniczyłam też trochę ilość wypijanych dziennie szklaneczek, lubię też parzyć herbaty białe i zielone.

  7. Coś słodkiego

    Zmiana stylu odżywiania automatycznie odzwyczaiła mnie od uzależnienia od słodkości. Kiedy czasem naprawdę „chodzi za mną” coś słodkiego (a chodzi za mną szczególnie wieczorem), stawiam przed sobą talerz owoców i garść niesolonych orzechów. Wiem, że z dietetycznego punktu widzenia nie jest to do końca dobre, ale lepsze niż czekoladki czy chipsy :)

  8. Coś słodkiego, ale w normalnym sensie

    Kocham baklavę, kadayif i künefe. Ubóstwiam czekoladę, desery lodowe z malinowym sosem i pyszne ciasta. Gdybym mogła jeść je bezkarnie, pewnie robiłabym to codziennie. Na szczęście nauczyłam się rozróżniać dobrej jakości słodkości od tych kiepskich. Dlatego kiedy mam zjeść coś „ekstra” słodkiego, robię z tego małe święto: grzeszę, ale w wielkim stylu, wybierając ulubioną kawiarnię, idąc tam z ze znajomymi albo przyjaciółmi czy rodziną z Polski, którzy przecież nie odwiedzają mnie często. Albo robię jakieś super danie we własnej kuchni. Wtedy mogę. Raz, nie zawsze, nie? ;)

  9. Ilość posiłków

    Zauważyłam, że wielu pracujących Turków je maksymalnie dwa, trzy posiłki dziennie. Śniadanie – oczywiście w biegu, dość skromne. Około godziny 13.00 – lunch. I o 19.00-20.00 – sytą, ciepłą kolację. Z tym, że… wiele osób pomija lunch, bo „są w pracy” i „nie mają czasu”. Byłam jedną z nich. Przez kilka lat od momentu założenia firmy z K.P., nie mieliśmy czasu na obiad, i przypominało nam się że jesteśmy głodni, jak już słanialiśmy się na nogach. Wtedy zamawialiśmy jedzenie na telefon. Mój progres polega na tym, że już nie zdarza mi się jeść 2 posiłków dziennie, ale bywa, że jem tylko 3 (podobno zdrowa norma to 5). Wciąż nad tym pracuję.

  10. Umiejętność odmawiania

    Najważniejsze na koniec :) Turcy są gościnni aż do przesady, a najbardziej wyrażają się w tym poprzez karmienie. I to takie do oporu. Same pyszności, kolacja w knajpie, kuchnia mamy albo żony, baklava dla gościa, jak tu nie odmówić? Niestety trzeba, żeby nie zacząć się po paru tygodniach toczyć zamiast chodzić. Wiem, że odmawianie, i to z uśmiechem, by nikogo nie urazić nie jest proste. Słyszałam już wielokrotnie, kiedy nie brałam dokładki albo chleba, że „nic nie jem”, albo że mam dać sobie spokój z tymi „głodówkami”. W ogóle kiedy Turczynki słyszały, że nie jem pieczywa albo nabiału, nie mogły wyjść ze zdziwienia pomieszanego z dezaprobatą. „To co ty jesz??”. Dieta Dąbrowskiej była sensacją wśród tureckiego otoczenia, ale raczej negatywną. Podczas gdy wielu polskich znajomych zafascynowało się jej zdrowotnym działaniem i zapragnęło spróbować, Turcy stwierdzili, że tak się nie da, że to niezdrowe, że się wykończę, że człowiek bez picia mleka będzie chory. Co zastanawiające, zważywszy na ich post w trakcie ramazanu, który często polega na głodzeniu się cały dzień i objadaniu wieczorem!
    Po paru miesiącach już się przyzwyczaili. Ba, moje koleżanki Turczynki też zaczęły niedawno zwracać uwagę na to, co jedzą…

Podsumowując, w Turcji da się jeść zdrowo, smacznie, i do tego zgodnie z zaleceniami dietetyków. Większy problem sprawia mi teraz wstrzemięźliwość podczas pobytów w Polsce… no, ale to już zupełnie inna historia… prawda? :)

PS. A przepisy zbieram sobie na Pinterest, czyli tu: KLIK