No i mamy listopad! Dla mnie jeden z ulubionych miesięcy w roku, raz że urodzinowy, dwa, że robi się posezonowe podsumowania, postanowienia, a jednocześnie jeszcze nie ma tej depresji świąteczno-sylwestrowej i paniki, że robimy się rok starsi :)
Od kilku lat w listopadzie wskakuję na wyżyny swojej produktywności, w tym roku chyba też tak będzie. Głowa już wolna od tych zawodowych stresów (co było, to było, do przodu trzeba patrzeć, panicku!), pora robić to, co lubię najbardziej odkąd się zestarzałam: siedzieć w domu, leniuchować z Królem, jeść, piec, ewentualnie jeździć na rowerze do centrum na kawę z jedną czy drugą koleżanką. Aha, no i pisać. Ot i tyle.

Dzisiejszy wpis to trochę taki miszmasz, bo zawiera kilka różnych tematów:

Deszcz

Po pierwsze, jak można poznać, że rozpoczęliśmy listopad? W tym roku złożyło się idealnie, a mianowicie w nocy 31 października (czyli tej minionej) rozpadał się piękny, rzęsisty deszcz. Nie letnia ulewa czy burza właśnie; tylko prawdziwy deszcz, taki z definicji. I padał chyba z dwie godziny, jak nie więcej. Kiedyś deszcz nie robił na mnie takiego wrażenia (mieszkając w Polsce trudno się dziwić) ale w Alanyi jestem jego największą fanką i zachwycam się jak małe dziecko.
Poza tym zalety deszczu są takie:

  • można wreszcie pojeździć rowerem, bo jest dużo mniejszy ruch na ulicy (ba, dla wielu osób deszcz w zimie w Alanyi to wystarczający powód, żeby przełożyć towarzyskie spotkanie, ale nie o tym miałam ;))
  • pod moimi oknami wreszcie nie drą się te dzieciaki, co to latem grają w piłkę i wskakują na różne siatki i płotki do północy
  • fajnie jest siedzieć w domu i czytać książki (przeczytałam ostatnio „Tam mieszkam” Malwiny Wrotniak; napiszę o tej książce niebawem)
  • można założyć skarpetki, po raz pierwszy od kwietnia (biedaki, znudziło im się na pewno w szufladzie)
  • można zacząć myśleć o tym, że bieganie w sumie całkiem fajne jest, i może warto by do niego wrócić (latem i wiosną w Alanyi bieganie jest dla mnie po prostu niemożliwe).

Oczywiście gdyby ktoś się martwił, po deszczu w Alanyi zawsze (po prostu zawsze!) przychodzi słońce, dlatego ten klimat się nie zmienia:

Święto Zmarłych

Niestety muszę ze wstydem przyznać, że zapomniałam o tym, że dzisiaj mamy Święto Zmarłych a jutro Zaduszki. Atmosfera za oknem zdecydowanie temu nie sprzyja. Rok temu byłam w Polsce wraz z rodziną, tym razem spędzam ten czas przy biurku w Turcji. Natomiast zdradzę ciekawostkę; w Alanyi mamy cmentarz dla obcokrajowców. Cóż, trudno się dziwić, wielu przesiedlających się do Turcji cudzoziemców jest w dość… że tak powiem… podeszłym wieku. Alanya to przecież idealne miejsce na spokojną emeryturę (do portu na tańce chodzić nie trzeba) ;)
Niektórzy już wykupują sobie tam miejsce. Ceny z tego co słyszałam dość wysokie…
Inna sprawa to fakt, że nawet na wakacjach niektórym zdarzają się wypadki. Nie zawsze ciało zmarłego sprowadza się do kraju (tym bardziej, jeśli wypadek/zachorowanie nie mieści się w zakresie standardowego ubezpieczenia).
Mamy nawet jednego Polaka na tym cmentarzu. Zmarł tutaj podczas wakacji i nie miał żadnych bliskich. Nasza alanijska Polonia wybrała się – jak i w ubiegłym roku na cmentarz zapalić znicz na jego grobie.
O tradycjach związanych z cmentarzami pisałam rok temu:

W tureckiej i muzułmańskiej kulturze nie ma tradycji chodzenia na groby zmarłych w takim sensie jak u nas. Nawet jeśli, to nie ma osobnego święta, nie przystraja się grobów w tak bogaty sposób i nie pali lampek. Groby są proste, nagrobki to płyta pionowa oznaczona imieniem, nazwiskiem, datami urodzenia i śmierci i hasłem „Ruhuna Fatiha” (czyli prośba o modlitwę za duszę zmarłego). Pozioma płyta to najczęściej ziemia, w której posadzone są rośliny czy kwiaty.

Więcej przeczytacie w tym wpisie.

Triathlon

A na koniec obiecane kiedyś na Facebooku zdjęcia z zawodów triathlonowych w Alanyi. Przyznam się Wam, że uwielbiam oglądać sportowe wydarzenia w moim miasteczku. Jakoś udziela mi się ten duch rywalizacji, nie wiem. Od razu w każdym razie mam ochotę założyć biegowe gatki i gonić za tymi „ironmanami” :)
Do triathlonu mam szczególną słabość; z tym sportem wiąże się mój jedyny jak dotąd wyjazd do Szwajcarii, kiedy miałam 14 lat i całkiem fajne wspomnienia. Tak się składa, że rodziciel mój jest trenerem sportowym. Jego przyjaciel z pracy, także trener, przygotowywał do startu w Zurychu swoją zawodniczkę, a mój ojciec zaoferował się być ich kierowcą. Jako pasażerkę zabrał też mnie.
Jechaliśmy więc samochodem z Polski do Szwajcarii z rowerami na dachu. Świetna podróż, w połowie lat 90. zobaczyć „prawdziwą Europę” to był dla mnie szok (to był chyba mój drugi wyjazd zagraniczny w życiu po wczasach w Bułgarii). A sam Zurych rewelacja, pamiętam że byłam powalona na kolana odmiennym standardem życia. Same zawody i możliwość oglądania ich organizacji od środka rozbudził moje zainteresowanie triathlonem, pamiętam, że snułam kiedyś marzenia, że będę trenować ten sport. Owszem jako że uprawiałam pływanie mogłam o tym myśleć, ale zdecydowanie jestem za miękka na takie klimaty :)

Jak co roku zawody w Alanyi były finałowymi w ramach Europejskich Pucharów. Oglądałam pojedynek w ramach „elite group” mężczyzn, którzy mieli do pokonania standardowy dystans 1,5 km w wodzie, 40 km na rowerze i do przebiegnięcia 10 km. Było wśród nich dwóch Polaków, którym kibicowałam przeraźliwie piszcząc gdy mnie mijali. Mam nadzieję, że im to nie zaszkodziło w uzyskaniu zadowalających wyników.

Kliknij obrazek, żeby obejrzeć w powiększeniu.

I jak foty, podobały się?