Zepsuła się pogoda w Alanyi!

Nadeszła długo wyczekiwana jesień, albo zima, bo w moim regionie dużej różnicy pomiędzy tymi porami roku nie ma. W skrócie charakteryzują się one tym, że temperatura oscyluje w granicach 10-20 stopni w ciągu dnia (i 0-10 w nocy), a przeważnie słoneczne dni ustępują miejsca takim kilkudniowym „ciągom” kiedy na zmianę: leje, wieje, kropi, siąpi i, dla urozmaicenia, pada.
Jeśli czytając te słowa myślicie sobie „a dobrze jej tak, za dużo ma słońca, niech trochę teraz pocierpi” odpowiem przytykiem na przytyk: a ja taką pogodę wprost uwielbiam! Raz, że dość już tej suszy, kiedyś musi padać przecież. Dwa, że nie nosi mnie przynajmniej „po świecie”. Zostaję w domu, ubieram moją grubą zimową bluzę z napisem Istanbul, na nogi wdziewam pasiaste skarpetki, owijam się kocem (jak wiecie nie mamy w Alanyi centralnego ogrzewania), i siadam do komputera zaopatrzona w wielki kubas zimowej herbaty. Zimowa herbata zwie się „kış çayı” i składa z suszonych kwiatów lipy (ıhlamur) gotowanych w garnuszku wraz z cynamonem i cytryną, po ostudzeniu dosładzana miodem. Bajka!

Kiedy zrobię sobie następny gar obiecuję, że uwiecznię go na zdjęciu wystylizowanym w instagramowym stylu, wraz z tym kocem i kawałkiem klawiatury komputera, i udostępnię ku Waszej uciesze.

Zanim we wtorek zepsuła się pogoda, w poniedziałek urządziłam sobie piękny i nieco spontaniczny spacer po mieście. Prognozy mówiły jasno, że to ostatni dzień słońca w tym tygodniu ;) trzeba się więc było nacieszyć. Pojechałam rowerem do İskele, czyli portu, miejsca, w którym niegdyś spędzałam długie godziny na tureckiej herbacie. Jest to mój ulubiony sentymentalny zakątek tego miasta, o tak.
Zanim jednak pokażę Wam zdjęcia, oraz osobny rzut z piątkowego bazaru, bo przecież obiecałam ostatnio, że raz w miesiącu będę bazarowe zdjęcia pstrykać, zanim więc to, kwestia ważna.
I to Ważna, przez duże W.

Tur-tur pod patronatem

czyli… w serwisie patronite.pl

Dałam się namówić. Niektórzy z Was prosili mnie o to już od dawna, postanowiłam więc rozpocząć grudzień z przytupem i dziś oficjalnie poinformować, że założyłam profil w serwisie wspierającym internetowych twórców. Możecie go obejrzeć tutaj albo kliknąć w poniższy wesoły obrazek:

turturpatronite

Nie będę ukrywać, że działalność blogowa, popularyzacja Turcji, udzielanie porad, pisanie o podróżach, fotografowanie i pokazywanie, że świat (np. Turcja) warty jest zachwytów, podobnie jak jego mieszkańcy, niezależnie od ich wyznania i kulinarnego menu sprawia mi więcej frajdy niż jakakolwiek praca, jaką kiedykolwiek wykonywałam. Tak, nawet turystyka! Owszem, kocham branżę turystyczną miłością nieustającą, jednak turystyka jest jak zazdrosna żona – nie lubi konkurencji :)
A ja chciałabym ruszyć krok dalej i wyżej – w końcu życie jest tylko jedno, wolę korzystać z niego teraz, kiedy jeszcze mi się chce ;)

Blogowanie to ciężka praca, chociaż na nią nie wygląda.

Godziny spędzone najpierw na szkicowaniu pomysłu na wpis, potem przed komputerem, praca nad tekstem, zdjęciami, i od niedawna zabawa w montowanie filmików, pochłaniają mnóstwo czasu, więcej niż zwykłe hobby. Przez tyle lat nie miałam z blogowania żadnych profitów – nie liczę biura podróży czy książki, bo jednak były to osobne projekty, które wymagały osobnej, też dosyć czasochłonnej, pracy.

Za to z Waszych maili i rozmów z Wami wiem, że blog jest dla Was źródłem inspiracji, wiedzy albo po prostu dobrą lekturą. Wysyłacie mi zdjęcia z tureckich imprez zainspirowanych moim wpisem, zwiedzacie Turcję według moich porad i smakujecie potrawy, o których pisałam, a niektóre niewiasty z Was mówią mi także, że nieświadomie wpłynęłam na Wasze życie osobiste ;)
Jestem niesamowicie z tego dumna!

Blog jest moim numerem jeden i chciałabym tworzyć go na „pełen gwizdek”.

Próbkę „pełnego gwizdka” może dostrzegliście w ciągu ostatnich paru miesięcy, co było możliwe tylko i wyłącznie „dzięki” temu, że sezon turystyczny był w tym roku kiepski, nie miałam więc za dużo pracy w biurze i w związku z tym dysponowałam czasem.

Wiem, że zarabianie na blogu to dla niektórych kwestia kontrowersyjna, ale wierzę że większość z Was spojrzy na to inaczej: jako wspieranie niezależnej działalności osoby (powiedzmy nawet: „twórcy”), która dzieli się od lat swoim doświadczeniem, życiem i wolnym czasem, i kreuje wciąż nowe treści, nie oczekując niczego w zamian. Dawniej pomoc takiej osobie nazywała się przecież mecenatem.
Jeśli nie odczuwacie potrzeby pomagania mi, nie ma sprawy :) Blog nie zmieni się i będzie trwał jak tylko będę miała siłę i czas go pisać. Tym z Was, którzy już teraz decydują się zostać moimi Patronami dziękuję z całego serca :) Możecie to zrobić anonimowo i anulować comiesięczne wsparcie kiedy tylko zmienicie zdanie.
Ponadto pamiętajcie, że „Patron” w Turcji oznacza obdarzonego szacunkiem „Szefa”. To nie może być przypadek :)

A teraz już zapraszam na foty.

Pora na alanijski spacer. Obeszłam port, a następnie udałam się w rejon XIII-wiecznej stoczni (Tersane), a właściwie spacerowałam po pięknie odnowionych i oczyszczonych zakamarkach nieopodal zwanych Tophane (zbrojownia). Jest tam kilka pięknych zabytkowych domków, wylegują się koty, gdaczą kury,
jesień, pomarańcze lecą z drzew,
z okna widok na port. Aż chciałoby się tam zamieszkać ;)


A teraz bazar. W przeciwieństwie do bazarkowej relacji z października, tym razem skupiłam się na ludziach. Zwróćcie też uwagę na surowe oliwki, które można sobie samodzielnie zamarynować. Sama nie próbowałam; kradnę słoiki od teściowej ;)