góry Taurus panorama

Wiem, że ostatnio piszę może nawet zbyt często, ale zimowe zwolnione tempo sprzyja mojej kreatywności.
Chyba już mówiłam, jak bardzo cieszę się z faktu, że w tym roku nie wyjechałam nigdzie i zostałam „w domu” – czyli Alanyi? No ok, może aż tak bardzo się nie cieszę (już delikatnie zaczyna mnie nosić), ale staram się przekuć tą naszą przymusową niemobilność w coś dobrego. Fajnie tak pomieszkać w domu, prowadzić w miarę ustabilizowane życie, o konkretnym z góry ustalonym rytmie. Dla mnie to nowość, a ponieważ jestem pewna, że długo to nie potrwa (prawdopodobnie do sezonu), cieszę się każdą chwilą.

Wyskok w góry Taurus

Od paru tygodni jednak mamy weekendowy rytuał wyjeżdżania „gdzieś w okolice”. Po niedzielnym śniadaniu wsiadamy w samochód i po prostu jedziemy przed siebie. W Alanyi teoretycznie dużo opcji nie ma, wydaje się, że można jechać tylko w lewo (na wschód), albo w prawo (na zachód). Tych dróg mamy już dość (tylko hotele, i hotele), robimy więc wyskoki w góry.

Alanya ma tą niewątpliwą zaletę, że to nie tylko plaże. Także góry Taurus są blisko: kwestia 15-20 minut jazdy ze ścisłego centrum.

 

Uprzedzam miłośników wypraw górskich że nie ma tutaj szlaków turystycznych. Sami Turcy nie mają zwyczaju chodzić po górach, no chyba że pośród nich mieszkają ;) Ponadto latem panują tutaj takie upały, że trudno byłoby urządzić bardziej sensowny trekking nie padając gdzieś po drodze z wyczerpania. Jednak od paru lat widać narastającą modę na górskie spacery. W tym roku po raz pierwszy w całym okresie zimowym – kiedy pogoda sprzyja – mieszkańcy Alanyi (cudzoziemcy i Turcy) regularnie w weekendy urządzają sobie górskie wycieczki. Jest dokąd; w okolicy znajduje się sporo schowanych przed światem ruin antycznych miast ulokowanych na zboczach (pisałam kiedyś o naszej wyprawie do jednego z nich).

Tym razem ruszyliśmy poprzez oblepione owocami gaje cytrusowe i wyrastające jak spod ziemi nowe osiedla, by po dłuższej chwili być już na szczytach niższych pagórków. Nie wystarczają Ci pagórki i chcesz jechać dalej? Zaczyna się robić bardziej wiejsko i sielsko, trochę chłodniej. Tutejsze kamienne domki w alanijskim stylu wyglądają, jakby miały się zaraz zapaść. Dzieciaki bawią się w kurzu na środku drogi. Mijamy z uspokajającymi uśmiechami wieśniaków ze strzelbami, którzy wybrali się chyba na polowanie (brrr…). Na bieżąco podejmujemy decyzję w którą drogę skręcić, aż trafiamy na taką, z której trzeba zawrócić… jest wąska i spadzista, pilotuję z zewnątrz K.P., który próbuje zawrócić autem z jednym tylnym kołem ponad metr nad ziemią (takie ukształtowanie terenu!), na szczęście się udało bez strat w ludziach i samochodach :)

Mijamy stado owiec i kilka kóz. Jedziemy jeszcze wyżej. Po drodze K.P. umyślił sobie, że pojedziemy „aż do śniegu” (kara gidiyoruz). Przed nami majaczy bielutki szczyt. Trudno sobie wyobrazić, że kilka tygodni temu nie dojechalibyśmy nawet dużo niżej, wszystkie drogi zasypane były śniegiem. Tym razem jest go bardzo mało, i bardzo daleko. Obiecujemy sobie wrócić tam za tydzień.

Powietrze jest niesamowicie przejrzyste, świeci słońce, jest pięknie.

Zatrzymujemy się Nie Wiadomo Gdzie na przerwę. Najpierw urządzamy sobie godzinny trekking po okolicy, przedzierając się przez krzaki, gaje oliwkowe i zbierając szyszki. Potem posilamy się upieczonymi przez Idealną Panią Domu Skylar bezglutenowymi wegańskimi muffinami z jabłkiem :) i przygryzamy suszonymi winogronami. Kilka zdjęć i postanawiamy pomału wracać – jeszcze trochę i zapadnie zmierzch.

Po drodze mijamy kilka domów i działek na sprzedaż. Snujemy plany, że kiedyś… kiedyś kupimy sobie taką małą chatkę. Wyremontujemy ją na fest, z kamienia, w alanijskim stylu tak jak ta, którą mijaliśmy po drodze. Ja będę miała rozklekotanego małego jeepa, którym będę wybierała się „na dół” na bazar i kawkę z koleżankami (to taka moja stara fantazja, nie kręcą mnie w ogóle nowe, ładne i zgrabne samochody) :)
Urządzimy piękny ogród, w którym będziemy hodować owoce i warzywa. Król Pomarańczy będzie gotował, ja będę piekła. Będziemy zapraszać gości na wspólne wieczorki. A rankami będę siadywać na werandzie z widokiem na górskie zbocza, z kotami na kolanach i… pisać powieści, które przyniosą mi grube miliony :)

No! Popłynęłam! To mi się podoba!