turcja, blog o turcji, życie w Turcji, Alanya

Bardzo lubię jeździć w niedzielę rowerem do pracy. Tak, zdaję sobie sprawę że brzmi to raczej dziwnie. Jednak za tym zdaniem kryje się szerszy kontekst. To nie tak, że praca w niedzielę napawa mnie jakimś głębokim szczęściem, że na samą myśl już podskakuję z niecierpliwości :) Na pewno jednak uważam że niedziela do pracy jest lepsza niż środa.

Środę podaję jako przykład nieprzypadkowo. Jako samodzielna rezydentka miałam wolne wtedy, kiedy nie było pracy. Podobnie jako szefowa rezydentów. Po prostu. Raz był to środek tygodnia, innym razem weekend. Nie było reguły. Za to zazdrościłam znajomym, którzy w środę – mój najcięższy dzień, który spędzałam głównie w autobusach na lotnisko i z powrotem – mieli wolne. Wynikało to z faktu, że wszystkie samoloty z Polski (w tamtych czasach) latały do Antalyi tylko w środy. Jedni turyści wylatywali, inni przylatywali i nikt nie myślał wtedy o wycieczkach i w ogóle niczym innym. Taki używając oldschoolowego języka wczasów FWP „dzień wymiany turnusów”. Moje koleżanki pracujące w sklepach ze skórami, złotem, animatorki w hotelach – wszyscy mieli wolne właśnie w środę.

Kiedy przestałam być rezydentką i otworzyliśmy nasze biuro, największą satysfakcję (no dobra, może nie największą, ale jednak dużą) sprawił mi fakt, że już nie muszę jeździć na lotnisko, że opóźnione samoloty przestały mnie dotyczyć i że… w środę mam wolne. Było coś lekko szalonego w tym, że chodziłyśmy z kumpelami na plażę, odpoczywałyśmy, leniuchowałyśmy w środku tygodnia, kiedy wszyscy normalni ludzie pracowali. Taka nutka dekadencji, albo przypomnienie studenckich czasów :)

Potem samoloty z Polski zaczęły latać nie tylko w środy ale także w inne dni. No i się namieszało :)

Od zeszłego roku wolne mam w sobotę. To znaczy mam, jak akurat mogę mieć. Sama jestem sobie szefem a to oznacza, że nikt nie zwolni mnie z obowiązków ot tak po prostu. Muszę sama uciec, wytłumaczyć sobie, że powinnam odpocząć. I dlatego sobotę często … spędzam w pracy. Nie lubię tego dnia, wciąż wydaje mi się że powinnam być gdzieś indziej i robić coś innego.

Turcy mają wolne w niedzielę.

O tym warto wspomnieć, bo wiele osób pyta mnie o to jak Turcy podchodzą do piątku, religijnie przecież najważniejszego dnia w tygodniu. Czy piątek jest wolny czy niedziela?

W Turcji niedziela jest dniem wolnym od pracy od czasów powstania tureckiej Republiki, czyli od lat 20-30 XX wieku. To wtedy stare osmańskie systemy zastąpiono europejskimi i piątek zrobił miejsce niedzieli. Po to aby zbliżyć się mentalnie do Europy, i żeby biznesy było łatwiej z Europą prowadzić. Poza tym Turcja to przecież kraj świecki, a nie islamski, o czym często się zapomina.
Owszem, kto jest religijny, praktykujący, piątek traktuje w wyjątkowy sposób. Niektórzy np. w czwartek nie piją alkoholu po to by w piątek – dzień święty – mieć trzeźwą, czystą głowę. W czwartek wieczorem wiele osób chodzi do fryzjera, golibrody, aby następnego dnia wyglądać porządnie.

Jednak pracuje się normalnie. Kto ma własny biznes a odczuwa potrzebę uczestniczenia w piątkowej modlitwie (cuma namazı), kiedy około 13.00 słychać nawoływanie z meczetów (ezan) po prostu zamyka kram na tych 20 minut i idzie się pomodlić.
Przy okazji pamiętam zasłyszaną gdzieś anegdotkę dotyczącą czasów osmańskich. Mówi się, że na czas piątkowego namazu właściciele kramów na bazarze mogli iść do meczetu bez obawy, że ktoś coś ukradnie, lub że stracą klienta. Po prostu szli zostawiając towar bez żadnego zabezpieczenia. Sąsiedzi z innych stanowisk często obsługiwali klientów nieobecnego kolegi w miarę możliwości.
Czasem widać coś takiego i na dzisiejszych bazarach, ale oczywiście w mniejszym stopniu. Zawsze mnie to fascynuje. W Europie, Polsce, przyzwyczailiśmy się myśleć tylko o sobie i swoim interesie. Owszem, są godne wyjątki, ale jednak to tylko wyjątki.

Weekendy to odpoczynek dla całej budżetówki w Turcji. Leżakują i dzieci i dorośli. Zamknięte są banki, urzędy, no i oczywiście szkoły. Apteki pracują w soboty, ale w niedziele mają swoje dyżury – co tydzień dyżur ma inna apteka, a wykaz czynnych miejsc jest dostępna zarówno w internecie jak i na drzwiach tych nieczynnych. Za to sektor prywatny pracuje ostro, oczywiście zależnie od branży. Handel nie odpoczywa. Czynne są supermarkety, drogerie, sklepy z ciuchami, małe sklepiki – i to długo, podobnie jak w dni powszednie. W Turcji nie ma pracy jak u nas w sobotę, do połowy dnia. Albo pracuje się na maksa, albo wcale ;)

W Alanyi oprócz tego pracują biura takie jak my. Otwarte jest po prostu wszystko to, co związane z obsługą turystów.
Często spotykam się z uwagami turystów, że na pewno my w niedzielę odpoczywamy więc nie będą nam przeszkadzać. Najlepszą odpowiedzią jest klasyczny tekst Króla Pomarańczy:
– Odpoczywaliśmy kilka miesięcy w zimie. Teraz codziennie pracujemy.

I weź tu z takim dyskutuj :)

A zatem w niedzielę jadę do pracy.

Niedziela będzie dla nas, cytując klasyka. Wiem, że będzie dużo spokojniej niż w tygodniu, więc odpocznie mi głowa.
Wstaję trochę później, bez pośpiechu.

Wsiadam na rower i jadę do pracy zazwyczaj zupełnie innymi uliczkami niż zwykle. Jadę jakimiś opłotkami, mijam przysłonięte w „tureckim stylu” balkony, wywieszone tureckie flagi. Jest jeszcze rześko, mimo że świeci słońce. Jeszcze upały przed nami.

Przypominają mi się czasy kiedy byłam rezydentką bez prawa jazdy :)
Zapytacie: jak to – rezydentka bez prawa jazdy?!
Ale co to dla mnie. Dawałam radę, chociaż często opływałam potem po spacerach w 40-stopniowym upale. Za to rozkłady dolmuszy znałam na wylot.
Często też jak miałam czas spacerowałam z hotelu do hotelu piechotą.
Albo w wolnym dniu. Wciąż nie było mi dość. Z aparatem w ręce lubiłam fotografować te „boczne uliczki”.

Dzisiaj jadąc do pracy myślałam o tych czasach i ówczesnym poczuciu, że jestem na swoim miejscu. Życie było dużo prostsze, zasłonięty w tureckim stylu balkon wciąż był dla mnie nowością, a nie czymś codziennym i oklepanym. Wszystko mnie fascynowało i intrygowało. Jeszcze nie mieszkałam w Turcji na całego, po prostu tu pracowałam, codziennie odkrywałam coś nowego.
Lubiłam swoje wydeptane ścieżki.

Przez lata ścieżki trochę się zmieniły, zrobiłam prawo jazdy ale odłożyłam je na bok na rzecz roweru :)
Ale i właśnie przy okazji pracy w niedzielę staram się patrzeć na moją turecką codzienność trochę świeższym okiem niż zwykle. Zajeżdżam do ulubionej pani sprzedającej simity, tureckie obwarzanki. Mam dosłownie 2-3 ulubione miejsca z simitami w Alanyi, w innych z zasady nie kupuję. Nie wiem dlaczego. Pewnie, podkarmiona opinią K.P. i miejskimi plotkami wmówiłam sobie że tam gdzie kupuję są najlepsze.
Kupuję jednego simita z oliwkową pastą, a drugiego sade (bez niczego).
Chrupiące, pachnące. Pani sprzedająca uśmiecha się do mnie pakując je w papier i potem w nieekologiczną torebkę foliową.
Chyba faktycznie są najlepsze.

Tylko ja jedna otwieram biuro, na własne życzenie. Wstawiam wodę na herbatę, niedziela to szansa na odpoczynek od czarnej tureckiej herbaty. Ponieważ jestem sama w biurze nie chce mi się parzyć wielkiego dzbana çayu, zresztą po co. Wybieram mojego ulubionego grejfrutowego rooibosa (mam jeszcze z Polski), kupionego simita bez nadzienia kroję i smaruję domowym hummusem.

I tu uwaga dotycząca hummusu.

W Alanyi jak dotąd nie widziałam nigdzie w sprzedaży hummusu. Jest to dla mnie jeden z wielu paradoksów współczesnego świata. Hummus nie pochodzi co prawda z kuchni tureckiej, ale arabskiej, a ta przecież „zaraz za miedzą” w Syrii. Wiem, że z Alanyi to jakieś 700 kilometrów, ale jednak bliżej niż z Europy do krajów arabskich prawda? A przecież łatwiej znaleźć hummus na półkach sklepowych w Polsce czy Australii (!) niż w Turcji.
Oczywiście pasta z ciecierzycy stała się popularna ostatnio właśnie w krajach europejskich czy anglosaskich wraz z modą na „kuchnie świata” a trend wegański rozkręcił to jeszcze na potęgę. A jednak wciąż nie mogę się nadziwić, że w zachodniej i centralnej Turcji, gdzie ciecierzyca konsumowana jest na kilogramy, hummusu w zwykłym sklepie nie dostaniesz. Ba, w knajpie też rzadko. No, wyjąwszy Stambuł i inne miejsca gdzie powstały w ostatnich latach syryjskie restauracje. No i wyjąwszy wschód, gdzie wpływy kultury arabskiej są mocniejsze.

Jeśli hummus w Alanyi się kiedyś pojawi to myślę, że raczej poprzez wzorowanie się na europejskiej modzie. Turcy są świetni w naśladowaniu, muszą tylko uwierzyć, że nowy produkt, potrawa czy wynalazek „się sprzeda”. Czekam na to z niecierpliwością, a do tego czasu pozostaje mi kręcenie własnego hummusu z gotowanej tureckiej ciecierzycy :)

Na marginesie anegdotka:

Jedna z naszych turystek, pochodząca z USA leciwa pani opowiedziała mi kiedyś mrożącą krew w żyłach historię o hummusie. Poprosiwszy o niego w knajpce w Alanyi otrzymała w zamian… talerzyk frytek. Do dziś zastanawiam się jaki był tok myślowy kelnera, który do tej pomyłki doprowadził.
Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że Turek nawet jeśli cię nie zrozumie, to za nic w świecie się do tego nie przyzna…

I tak wygląda moja niedziela.

Po śniadaniu pierwsze co zrobiłam to ruszyłam do pisania tekstu na bloga. W międzyczasie zapisałam kilkoro turystów na wycieczki czyli zrobiłam swój siftah. Siftah to bardzo ważna rzecz dla każdego małego biznesmena (i małej biznesłumen takiej jak ja, ha, ha). Słowo pochodzi z języka arabskiego i oznacza „początek”. Pierwszy klient danego dnia jest istotny, bo wróży dobry obrót na resztę dnia. Dlatego czasem targując się rano ze sprzedawcą w Turcji można usłyszeć że dla nas zrobi rabat, bo jesteśmy jego pierwszymi klientami dzisiaj.
Ważne, żeby to były fizyczne pieniądze wpływające do firmowej kasy (płatności online się nie liczą :)). Wtedy sprzedawca po przyjęciu banknotu zrobi gest rzucania go na ziemię i przydeptywania (tak jak u nas muzycy przydeptują partyturę „na szczęście”) albo przejeżdżają sobie banknotem po brodzie (tak jakby się golili). Można do tego powiedzieć: Siftah senden bereket Allah’tan – Początek od siebie, dobrobyt od Boga. I sprawa jasna!

Myślę więc że u mnie reszta dnia upłynie w dobrym nastroju. W końcu notka na bloga napisana, pierwsze euro w szufladce, śniadanie zjedzone.

Pora na kawusię.