Kermes, jak sama nazwa wskazuje, to taki kiermasz, tylko że w Turcji. A dokładniej w tym wypadku akurat – w Alanyi. Zazwyczaj te tureckie kermesy organizuje się w zbożnym celu. I tu zbożny cel brzmi dosłownie, jako że za kermesami stoją muzułmańskie zrzeszenia czy też organizacje, i cała impreza ma charakter bardzo konserwatywnie religijny. O istnieniu kermesów dowiedziałam się po przeprowadzce w 2014 roku, kiedy wynajęliśmy mieszkanie w ścisłym centrum Alanyi. Opuściliśmy spokojną przystań w dzielnicy Oba, gdzie na terenie naszego osiedla był basen i wysuszeni słońcem obcokrajowcy na emeryturze. Małe, umeblowane starymi meblami, z wyhodowanym grzybem mieszkanko, kilka kroków od morza, zamieniliśmy na pachnące i nowiutkie, po którym można by jeździć dziecięcym rowerkiem (oczywiście gdybyśmy posiadali dzieci). Z wielkim balkonem, czystą przestrzenią, i osobnym pokojem do uprawiania jogi (wróć: pokojem dla dzieci, ale jak wyżej; wróć: po 3 latach mieszkania pokój do jogi zmienił się w pokój do przetrzymywania gratów a ja jogę uprawiam w salonie).
Niestety nasze obecne osiedle nie posiada jednak basenu, co zawsze wywlekam K.P. podczas domowych dyskusji:
– Przecież ja po to przeprowadzałam się do Turcji, żeby mieć mieszkanie nad basenem! [akurat bzdura, ale czasem działa]

Obecne osiedle ma też jedną cechę, której nie wzięliśmy pod uwagę. Piękna otwarta przestrzeń, która jest przed nim (w centrum miasta Alanya otwarta przestrzeń to naprawdę rarytas, wszystko jest sukcesywnie zabudowywane), należy do tak zwanego Düğün Salonu, czyli salonu ślubów. Ale nie takich z wódeczką i imprezami do rana, o nie. Salon należy do jednej z organizacji muzułmańskich, które w każdy weekend wyprawiają tam śluby/wesela o charakterze religijnym, i to prawie jak z taśmociągu: godzina 11 pierwszy ślub, godzina 13 kolejny ślub, baloniki na druciku, wata cukrowa, kawalkada trąbiących samochodów, godzina 16 kolejny ślub, i tak do wieczora. Czasem z modlitwami i śpiewaniem przez mikrofon, które świdruje nam w uszach, kiedy jesteśmy akurat w domu, czasem bardziej ciche i skromne.

Wyjątkowa cisza następuje w okresie Ramazanu, wtedy faktycznie jest przerwa w weselach (poza wieczorami, bo wtedy z kolei odbywają się darmowe kolacje dla ludzi w potrzebie, godna chwały inicjatywa, trzeba przyznać, a ciągnący się ogonek kolejki chętnych na darmowy posiłek robi wrażenie). Potem podczas święta Kurban Bayramı ten sam teren przeznacza się na miejsce poświęcania ofiarnych baranków… a raz w roku w maju organizowany jest, jakby tego było mało, wspomniany kermes. Tudzież kiermasz. Muzułmański bazar.

Wszystko to pozwala przypuszczać że długo w tymże mieszkaniu nie pomieszkamy. Jesteśmy jednak już dojrzałymi i zmęczonymi ludźmi i lubimy święty spokój, tym bardziej, że na co dzień w pracy nie mamy go zbyt wiele. Niemniej jednak minęły 3 lata a my nadal tu jesteśmy i zaliczyliśmy kolejny, czwarty już kermes.

W połowie maja, zanim zaczął się Ramazan (miesiąc postu), znów nadeszła pora na rozkładanie stelaży, urządzanie stoisk, a dla nas na wymienianie zmęczonych, pełnych zrozumienia spojrzeń z sąsiadami w bloku. Nasze podwórko z zepsutą bramką na czas 10 dni kermesu zamieniło się w przestrzeń do zabawy dla dzieciaków, których matki w tym czasie buszowały po straganach. Jeszcze przed kermesem doszły do nas pełne emocji plotki, jakoby:
1. Był to już ostatni kermes w tym miejscu (ze względu na skargi mieszkańców)
2. Na kermesie były osobne części dla kobiet i mężczyzn; aby w tłumie obie płcie nie ocierały się o siebie (a raczej żeby panowie nie wykorzystywali okazji do ocierania) – tę plotę sprzedała nam zresztą mama K.P., która jest jednocześnie naszą sąsiadką, kobietą tradycyjną i w chustce, a jednak była równie zbulwersowana tym podziałem jak ja :)

Do kermesu mój stosunek nieustannie się zmienia. W pierwszym roku pisałam o nim na blogu i pokazywałam zdjęcia z niejakim entuzjazmem (tekst: O kermesie słowa dwa), chociaż przeszkadzało mi nieustanne dymienie ze stoisk z kebabami, które dość konkretnie aromatyzowało suszące się na balkonie pranie i dźwięk trampoliny dla dzieci rozstawionej pod moim balkonem. Za to gözleme (cienkie naleśniki z nadzieniem) sprzedawane na kermesie, jest zdecydowanie najlepszym jakie kiedykolwiek jadłam, już nie mówiąc o porcji, która jest gigantyczna i od serca.

W kolejnych latach na kermes byłam obrażona. Owszem, leciałam po gözleme a K.P. z przyjemnością się tam stołował, a jednak przeszkadzał mi hałas, dym i dzieciaki z dzielnicy grające w piłkę i wycierające się do północy. W tym roku, jak to mówi moja Mama, postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę i oswoić kermes.

Oswoiłam kermes tak, że polubiłam go i będzie mi go brakowało (liczę bowiem na to, że plotki okażą się prawdą, skoro plotki o osobnych częściach dla kobiet i mężczyzn się potwierdziły). Głównie z powodu jedzenia. Także z powodu braku kebaba z wielbłąda (on dymił najbardziej) oraz przeniesienia trampoliny dla dzieci na drugi koniec placu :) Muszę też przyznać że jedzenie na kermesie jest pierwsza klasa, oczywiście w swojej kategorii. To prawdziwe, niepodkręcane i nielansowane jedzenie tureckie. Sprzedawane prosto i szybko: w kasie wybierasz z menu danie, płacisz, dostajesz kupon na wybraną potrawę i odbierasz ją w jednym ze stoisk. Jesz na kawałku papieru albo plastikowym talerzyku, bez lansu i instagramowego sznytu, a dym z kebaba wnika w pory w skórze, włosy i ubrania.

Wieczorny kermes jest zresztą zupełnie inny niż ten dzienny. Jest dużo więcej ludzi, powiedziałabym tłok i ścisk. Ichniejszy „DJ” reklamuje różne dania przez mikrofon, albo każe kierowcy auta o rejestracji 07ABC przestawić samochód. Dla mnie jako osoby uzależnionej od obserwowania ludzi miejsce idealne, bo widzę tu inną Turcję, o której często zapominam. A przecież jest tak blisko mnie, w mojej dzielnicy!
To nie te nowoczesne Turczynki z gołymi pępkami i w spodenkach z wysokim stanem (taka moda teraz), nie Ci wymuskani chłopcy w przystrzyżonych brodach i okularach w rogowych oprawach (w Turcji hipsterstwo się szerzy jak zaraza!), tylko ta Turcja zwana Turcją B. Kobity w chustkach, albo proste dziewczyny w dresowych spodniach i t-shircie. Faceci wszyscy jak ze sztancy: jasna koszula, spodnie w kant z paskiem, lekki muzułmański wąsik i lekki brzuszek. Mnóstwo wciskających się wszędzie dzieciaków.

Wybrałam się w ostatni dzień przed zamknięciem kermesu na zdjęcia. „Na zdjęcia” to kiepskie określenie, ale nie znajduję innego: musiałam iść z telefonem, bo z lustrzanką by mnie nie wpuścili. Już kiedyś próbowałam robić tam zdjęcia lustrzanką, efekty tutaj, ale szybko mnie poinformowano, że zdjęć się nie robi. Udało mi się tylko dlatego, że wyglądałam na yabancı (cudzoziemkę), turystkę.

Telefon powinien już trafić na spokojną emeryturę w mojej szufladzie, ale póki co nie mam kasy na nowy, więc starałam się wycisnąć z niego co się da, i uchwycić ten orient na kermesie. Wybaczcie paskudną jakość. Orient na kermesie – bo tak to właśnie było! Czułam się jak wiele kilometrów poza znanym mi światem, chociaż mój balkon zobaczyłabym stąd nawet bez okularów.

W końcu zresztą i tak z tym telefonem nawet zwrócono mi uwagę, że tu się fotek nie robi. To znaczy panom to nie przeszkadzało, ale paniom już bardziej. Trochę je rozumiem – w końcu nie po to noszą chustki by być okradane z prywatności przez jedną taką blogerkę ;)

Improwizowany parking dla motorów.

Sprzedawca mioteł, a te drewniane stołeczki są bardzo przydatne w domu szanującej się tureckiej gospodyni.

Dział z daniami mięsnymi. Czego tu nie mają! Adana kebab, iskender kebab, i inne cuda. K.P. oblizywał palce, a jak oblizuje palce, to znaczy że naprawdę jedzenie pierwsza klasa.

Saç Kavurma – kawałki mięsa smażone na specjalnej patelni zwanej właśnie saç. Pani się chyba domaga kolejnej porcji :)

Tak ten rarytas wygląda z bliska. Podawany z pilawem, sałatką i chlebem, bo węglowodanów nigdy za mało :)

Może być ludzi mnóstwo, może być pracy sporo, ale nigdy nie można zapomnieć o rytualnej szklaneczce herbaty (na pierwszym planie).

Po lewej dział dla pań, po prawej dział dla rodzin (czyli mężczyzn także). Podział dotyczył tylko części z ciuchami i częściowo z jedzeniem.

Konsumpcja w części dla pań.

Ostatnie przyjazne machnięcie ręką do mnie. Za chwilę pojawi się pani która mnie przegoni :)

Plotki potwierdzone. Można jeść w osobnych kabinach, aby spokój i komfort komórki społecznej zwanej rodziną nie uległ zakłóceniu.

Sorbet, czyli sok z prawdziwym kawałem lodu czy też śniegu, sama nie wiem :) Piłam, słodkie i zimne jak pieron, ale tutaj pasowało do wszystkiego :)

Şerbet gotowy do sprzedaży.

Osmanlı macunu, czyli coś w rodzaju słodkiej pasty a la toffii, a może bardziej toffii zastygające w formie lizaka. Sama słodycz.

Ostatni rzut oka na kermes zanim zaopatrzyłam się w moje mercimek kofte i poszłam je zjeść we własnym domu.  Zwróćcie uwagę na „bliźniaczki” :)