jak zrozumieć turka - 10 kulturowych nieporozumień

W tym roku stuknęło mi 12 lat z Turcją a ja nawet nie uczciłam tego jubileuszu odpowiednią notką!

To chyba oznacza, że zaczynam traktować fakt że mieszkam w Turcji, jako coś normalnego, a nie odstępstwo od mojego życia. Obecnie to raczej wyjazd do Polski jest atrakcją i sensacją, a pobyt w Turcji codziennością – często zresztą nudną, rutynową, zwyczajną… Ot, praca-dom, praca-dom. Muszę przyznać że  fakt, że wciąż piszę tego bloga pozwala mi ową rutynę przełamać. Entuzjazm moich Czytelników (czyli Was, drogie koteczki) albo moich bliskich, odwiedzających Turcję, pozwala mi spojrzeć na moje życie z dystansu i zachwycić się na nowo czymś, co dawno już traktuję jako normalne i oczywiste (np. palmy za oknem, nawoływanie z meczetu albo bliskość ciepłego morza).

I dzięki temu wciąż jest o czymś pisać (ba, mam grafomańskie przeczucie, że wciąż najlepsze teksty przede mną, a może nawet druga upragniona książka :))

Wieloletnie obcowanie z turecką kulturą na co dzień wpłynęło i nadal wpływa na to jak postrzegam świat. Agata z roku 2005 i roku 2017 to dwie kompletnie różne osoby i wcale nie mam na myśli wieku, wagi, stylu ubierania (olaboga!) i poziomu wiary w siebie (jeszcze bardziej olaboga!). Życie pomiędzy Turkami w innej kulturze pozwoliło mi rozwinąć moje postrzeganie, otworzyć na inność i zrozumieć, że czasem naprawdę ani oni ani ja nie jesteśmy winni tego, że nie możemy się dogadać, czy że coś budzi nieporozumienia i konflikty.

Podsumowując: im dłużej mieszkam w Turcji tym spokojniej patrzę na tutejsze obyczaje, wszelkie odmienności i „dziwactwa” (z europejskiego punktu widzenia). Kiedyś bardzo się nimi ekscytowałam, denerwowałam, stresowałam, spalając kalorie (tak potrzebne do przetrwania! :))

Dziś myślę sobie: no jesteśmy inni, nic nie poradzimy. Możemy jedynie próbować znaleźć wspólny język. Albo się uda, albo nie.

I zazwyczaj się udaje.
Co wcale nie oznacza, że rozumiemy się w 100 procentach. Najczęściej każda strona zostaje przy swoim. Ale przynajmniej nie próbuje przekonać drugiej strony do jedynie słusznej wersji wydarzeń i akceptuje tą różnicę zdań.

Kiedy więc trafiam na grupy dyskusyjne, blogi, artykuły albo trafiają mi się wymiany zdań z innymi mieszkającymi w Turcji obcokrajowcami lub niektórymi turystami uderza mnie jak bardzo wiele osób jest sfrustrowanych Turkami i Turcją. Strasznie się denerwują, że ci Turcy są tak inni! Niekiedy zaczynam się zastanawiać co ci ludzie nadal w tym kraju robią, skoro tak bardzo drażni ich tutejsza kultura ;)

I gdzieś po drodze w tych moich rozmyślaniach i obserwacjach wyłoniła się lista, jak się okazuje dokładnie dziesięciu (cóż za przypadek!) tureckich nieporozumień. Zauważyłam, że często wokół tych konkretnych zachowań nabudowało się wiele negatywnych skojarzeń, bywa że dla Europejczyka niemal nieakceptowalnych. To takie kontrowersyjne punkty, które budzą sensację, a wcale na dobrą sprawę sensacyjne nie są. Wystarczy je zrozumieć, albo po prostu chcieć uświadomić sobie, że to, że coś jest inne, nie oznacza od razu że nas obraża :)

No, to jedziemy.

Jak zrozumieć Turka – 10 kulturowych nieporozumień

1. Wymóg zakrywania się do meczetu

Może Was to zdziwi, ale dla wielu przyjezdnych wymóg przykrywania ramion, kolan, a u kobiet także głowy po to, by wejść do meczetu, budzi bardzo silny opór. I to dotyczy nie tylko kobiet ale także mężczyzn, którzy czują się w obowiązku chronić swoje panie (nawet zabraniając im do meczetu wejść!).

Komentują to w ten sposób: to mi ubliża. To brak szacunku dla kobiet.
Jeśli czytając te słowa jesteś w szoku, witaj w klubie. Gwarantuję Ci jednak, że takich osób jest sporo.

Zazwyczaj proponuję po prostu takim osobom żeby zmieniły kierunek swoich wakacyjnych podróży. Bo w Turcji tak się przypadkiem składa, że 99% osób wyznaje islam i czy się z tym zgadzamy czy nie, religia ta wymaga skromności w ubiorze. Niektórzy interpretują to nie tylko jako brak dekoltów, odsłoniętych pępków, pośladków, ale także jako zasłonięte włosy. O ile ingerowanie w cudzy strój nie podoba się nikomu, zarówno dziewczynie w mini, jak i zasłoniętej muzułmance, zresztą nikt w Turcji nikomu konkretnego stroju nie narzuca, o tyle wymóg aby przed wejściem do meczetu machnąć chustkę na włosy traktowany jest przez niektórych jako obraza majestatu.
Zapominamy chyba, że nie tylko w islamie wchodząc do świątyń zasłania się włosy. Taka zasada panuje także w synagogach albo cerkwiach. Ba, sama pamiętam, że zdarzało mi się widzieć w naszych katolickich kościołach starsze panie w chusteczkach na głowie!

Czy naprawdę to takie straszne?
W każdym z tych miejsc chodzi o to samo: skupienie, koncentrację na sprawach duchowych zamiast na wyglądzie i fizyczności, których symbolem są m.in. damskie włosy. Niestety nic na to nie poradzimy. Tak świat jest urządzony :) Pozostaje tylko założyć chustkę i zrobić sobie zdjęcie, traktując to jako fajną przygodę, zetknięcie z innością. Szacunku i niezależności na pewno jeden kawałek materiału nam nie odbierze, jeśli mamy ją w sobie :)

2. Nie podawanie ręki kobietom przez niektórych tureckich mężczyzn

A tak, zdarzyło mi się, wiem też, że niektórzy panowie robią to nagminnie. Dotyczy to zazwyczaj przedstawicieli tradycyjnej kultury. Ponieważ jednak w Turcji nowocześni i tradycyjni mężczyźni wyglądają podobnie (ba, niektórych trudno przejrzeć nawet po dłuższej znajomości!), taka sytuacja może budzić zrozumiałe zdziwienie.

Czy ubliża to kobiecie? Ja sama zrozumiałam już, że wynika to ze swoiście pojmowanego szacunku. W tureckiej (i muzułmańskiej) kulturze kobiecie należy się osobne traktowanie i coś w rodzaju ochrony. Tutejsi faceci doskonale znają siebie nawzajem. Wiedzą dobrze, że dla niektórych sam dotyk, muśnięcie, to niezły erotyczny bodziec. A to dopiero byłoby naruszenie kobiecej godności! Najwyraźniej to dlatego utarło się, że kiedy poznają się nowe osoby, często kobietom tylko skinie się delikatnie głową, natomiast mężczyźni podają sobie ręce.

Szczerze? Odkąd poznałam bardziej Turków i turecką mentalność kompletnie mi to nie przeszkadza. Moja strefa osobista zostaje nienaruszona, mam święty spokój :)

3. Obsługiwanie przez kelnera najpierw mężczyzny, potem kobiety

Wydaje mi się, że ma to związek z powyższym punktem. Jak bardzo kłóci się to z europejskim savoir-vivre! Tam to kobiecie ustępuje się miejsca, puszcza ją przodem, wyciąga się dżentelmeńsko dłoń, i podaje dania jako pierwszej.
No właśnie… ktoś to jeszcze robi? :)

Nawet jeśli tak, to ma to ten sam cel: uprzywilejowana pozycja kobiety. W Turcji to uprzywilejowanie po prostu rozumie się inaczej. Nie ma się co obrażać.

Sama zauważyłam, że coraz bardziej się to jednak zmienia. Jeszcze kilka lat temu faktycznie siedząc w jakiejś herbaciarni dostawałam swój çay druga w kolejce, po mężczyźnie. Ba, nawet zwracałam na to uwagę K.P., który dziwił się, że jestem wyczulona na takie rzeczy (ach, ci faceci!). W tej chwili podejrzewam że ta kolejność charakteryzuje wschód Turcji lub małe miejscowości, albo bardziej tradycyjnych… kelnerów :)

A czasami mam do czynienia z takim paradoksem: nakrycie i talerz stawiane są mi w drugiej kolejności, za to wino do testowania – zgodnie z europejskimi zasadami – dostaję pierwsza :)

4. Unikanie wzroku kobiety, a w skrajnych przypadkach – ignorowanie kobiety

Ha, to też będzie ciekawe. Zdarzyło mi się wiele razy, jako że z rodzinnych względów albo w pracy mam do czynienia z osobami nie tylko nowoczesnymi ale też wychowanymi w tradycyjnej, patriarchalnej kulturze. Najpierw strasznie się frustrowałam i stresowałam. Potem zrozumiałam że… wielu mężczyzn po prostu jest onieśmielonych! Trudno się dziwić, skoro wychowano ich pewnym dystansie w stosunku do kobiet. Nie umieją z nimi rozmawiać (choćby o pogodzie), nie wiedzą co zrobić z rękami, i tak dalej… Szczególnie jeszcze gdy nowo poznana białogłowa nie nosi chustki a wyrazisty makijaż, i wygląda na pewną siebie osobę.
Dotyczy to raczej starszego pokolenia, chociaż… Wiele razy rozmawiałam z dziewczynami, które też swoją frustrację w tym temacie mi przekazywały. Nie wiedziały jak się zachować i odbierały taką reakcję mężczyzny jako arogancką i niegrzeczną. Tymczasem… myślę że panowie tak samo się stresowali i nabierali pełnego ulgi oddechu kiedy dziewczyna znikała z pola widzenia :)
Im dłużej jestem w Turcji tym bardziej widzę jednak, że radykalnie się to zmienia i turecka młodzież zapewne śmiałaby się ze mnie czytając te słowa, współczując doświadczeń. Im jest to już kompletnie obce :)

PS. Warto też dodać, że w tureckiej kulturze patrzenie komuś prosto w oczy jest traktowane jako wyzywające i prowokujące, niezależnie od płci. Pamiętajcie o tym ;)

5. Mówienie do wszystkich per „yenge”, „abla” zamiast po imieniu

Natknęłam się dawno temu na anglojęzycznego bloga o Turcji, którego autorkę strasznie to frustrowało. Nie mogła zrozumieć że jej – proste przecież imię – zostaje zamienione na „yenge” (coś w rodzaju szwagierki, mówione do żon i partnerek kolegów), albo „abla” (starsza siostra). Czy to naprawdę takie trudne nauczyć się europejskiego czy amerykańskiego imienia? No ludzie, dajcie spokój.

A jednak.

Scenka z bratankami Króla Pomarańczy:

– Ataka, co robisz? (mówią dzieci, które znają mnie całe swoje życie)
– Proszę powiedzcie do mnie chociaż raz Agata!  Powtórzcie za mną: A-ga-ta
– A-ta-ka…
– Skupcie się! Upiekę wam w nagrodę czekoladowe ciasteczka!
– Hurra! Ciasteczka! A-ta-ka…
[walę głową w ścianę. Kurtyna]
Na to do pokoju wchodzi najmłodsza 3-latka i bez problemu mówi do mnie Agata. Nie wiem czy to kwestia motywujących ciasteczek, ale jest to jedyne dziecko w rodzinie K.P., które wymawia moje imię bez problemu.

Inna sprawa, że Turcy uwielbiają się tytułować. Możesz się buntować, oni po prostu tacy są. Język turecki jest do tego stworzony, a tytuły pokazują to, co dla Turków jest najważniejsze: przynależność do wspólnoty. Nie mamy obcej osoby na ulicy, mamy „teyze” (ciocię), „dayi (wuja), nie mamy taksówkarza, tylko „abi” (starszego brata). Świat jest przyjaźniejszy, bardziej oswojony. A jeśli nawet Was to nie przekonuje pomyślcie sobie w ten sposób. „Yenge” to licencja bezpieczeństwa. Oznacza, że jesteśmy „zajęte” (zamężne, w związku), że rozmówca ma do nas neutralny, aseksualny stosunek. W Turcji to się naprawdę przydaje ;)

6. Podnoszenie głosu i krzyczenie bez powodu

Witajcie w śródziemnomorskim klimacie. Gorąca krew krążąca w żyłach, która burzy się z byle powodu i uspokaja po 2 minutach. Jak to mówi brat Króla Pomarańczy, normale weise. Tacy są Turcy, i nic na to nie poradzimy, nawet jeśli mamy wrażenie, że nikt tu nikogo nie szanuje i wszyscy się nienawidzą. To tylko tak wygląda i zapewne tak jest.
Przez 2 minuty :)

7. Kiedy rozmawiają godzinami w swoim języku, a my nic nie rozumiemy

Częsta sytuacja i denerwująca dla nie znających tureckiego osób. Wydaje im się że są dyskryminowani, traktowani jak powietrze. Często, jak miałam okazję się przekonać przyczyna jest… banalna. Czyli brak znajomości angielskiego. Nam, wychowanym w otoczeniu kultury anglosaskiej, muzyki w języku angielskim, filmów amerykańskich, może się to wydawać niewyobrażalne, że ktoś nie zna nawet kilku słów w tym języku. Turcy przez lata żyli w kulturowym zamknięciu, nie mieli potrzeby oglądania angielskich filmów, albo oglądali je z dubbingiem – wszystko mieli po ichniemu :) Stąd niektórzy, szczególnie pokolenie 30+ i starsze, które w pracy nie używa języków obcych, może mieć niesamowitą blokadę przy kontaktach z obcokrajowcami.

8. Żona Turka musi po ślubie zmienić religię

Punkt nieco odbiegający od powyższej listy, ale istotny i psujący niektórym humor – zupełnie niepotrzebnie. Tak, wciąż wiele osób jest o tym święcie przekonana. Ba, nawet jeśli lubią Turcję i Turków, odwiedzają ten kraj, zakładają jako oczywisty fakt, że niemuzułmańska żona muzułmanina po prostu musi po ślubie automatycznie przyjąć religię swojego męża. Nic bardziej błędnego, jeśli ktoś takie info Wam przekazał, niezłą ma wyobraźnię ;)
Religia nie ma związku ze ślubem to raz.
Dwa, w Turcji legalne śluby to tylko te świeckie.
Trzy, kwestia religii pojawia się dopiero w momencie przekazywania religii dziecku takiej pary, zresztą podobnie jak w chrześcijaństwie, i to zupełnie inny temat ;)

9. Tureckie spóźnianie się to brak szacunku

Trochę się z tym zgadzam, a trochę nie :) Turcy mają po prostu inne poczucie czasu. Zresztą chyba podobnie jak ich koledzy z pozostałych krajów śródziemnomorskich. Bycie dokładnie „na minutę” na spotkaniu wiele z nich traktuje jako zbędne stresowanie się i nikomu niepotrzebną drobiazgowość. Podobnie zresztą jak rozliczanie rachunków w kawiarni co do przysłowiowej złotówki. Zawsze w grupie będzie osoba, która zniecierpliwi się mówiąc „no dobrze, zaokrąglijmy rachunek i już!”
Stosunek do spóźniania się widać nawet w sytuacjach które nie są już takie swobodne, jak np. odlot samolotu, autobusu, spotkanie biznesowe, wizyta u lekarza, plan podróży na wakacjach… Pisałam o tym choćby w tekście „Jak się w Turcji do wojska idzie”. Turcy są zdecydowanie gorzej zorganizowani, bardziej powolni, jakby nie skoordynowani. Wielu z nich po prostu nie potrafi inaczej, i to wcale nie dlatego, że im nie zależy. Mam wrażenie, że ich życiowe priorytety są po prostu inne…

A propos priorytetów, sytuacja z dzisiaj:

Król Pomarańczy zrywa się na nogi oznajmując, że idzie do banku pilnie coś załatwić.
Otwiera drzwi biura, po czym w tej samej sekundzie je zamyka i wraca, mówiąc:
– Ale najpierw wypiję jeszcze jedną herbatę.

A następnie zdziwiony patrzy na mnie, tarzającą się ze śmiechu pod biurkiem :)

10. Trzymający się za ręce panowie

To nie to co myślicie. Niech to potwierdzą znawcy Hiszpanii i Włoch. Tam panowie mają to samo. Śródziemnomorska kultura to mniejszy dystans fizyczny, poklepywanie, dotykanie. To my Europejczycy jesteśmy zimni, lubimy przebywać sami, osobno, i nie lubimy w tramwaju kiedy przekracza się naszą niewidzialną strefę osobistego komfortu. Wiem coś o tym, jestem w tej kwestii europejska w 1000%.
W Turcji wszyscy są bliżej siebie, zarówno w tym sensie duchowym jak i fizycznym. Nic nie poradzisz, wspólnota, panicku ;)

Po namyśle dodam jeszcze:

11. Nie rozmawianie podczas posiłku

Obcokrajowcy bywają bardzo zszokowani, kiedy zostają zaproszeni na kolację do tureckiego domu. Mam na myśli dom tradycyjny, z tradycyjną mamą i układem ról. Zaproszenie na kolację to rzecz bardzo normalna i codzienna dla Turków, podczas gdy nasi obcokrajowcy szykują się jak na uroczystość (strój, makijaż). To raz. Dwa… siadamy do stołu i okazuje się, że wszyscy jedzą bardzo szybko i w milczeniu. Biedni Europejczycy łypią po sobie przerażonym wzrokiem, czując się bardzo nieswojo. Próbują rozpocząć jakąś dyskusję, odpowiada im jedynie jakieś mruknięcie, albo szczęk widelców i łyżek. Już, już humory zaczynają się psuć, już już mamy wrażenie, że coś jest grubo nie w porządku, a może, że jesteśmy niemile widziani (w takim razie dlaczego nas zaprosili?) ale… po szybko zjedzonym obiedzie czy kolacji atmosfera zmienia się diametralnie.
Głęboki wdech, zmiana miejsc ze stołu na fotele i kanapy, wniesiona zostanie turecka herbata i coś słodkiego i… nagle języki się rozwiązują, aż trudno je potem związać.
Bo Turcy uważają, że jak się je, to się je. Rozmowy są na potem. Właśnie na porę herbaty. Nie można przecież gadać podczas jedzenia bo źle się trawi… Tak mi kiedyś usiłowano tłumaczyć. Nie zmienia to faktu że zawsze, po prostu zawsze, będę próbowała nawiązać rozmowę podczas posiłku. Europejskie zwyczaje są po prostu w mojej krwi :)

Piszcie, jeśli ten tekst Wam się spodobał i piszcie, jeśli macie coś do dodania. Czekam na uwagi. Zdaję sobie sprawę, że kilka punktów mogło być dla niektórych kontrowersyjne. Tym lepiej! Może wspólnie przełamiemy jakieś stereotypy. W końcu po coś się zostawało tym magistrem kulturoznawstwa :)