ślub w Turcji

Dokładnie tak i nie inaczej. Wzięłam ślub w Turcji, ohajtałam się, wyszłam za mąż, zmieniłam stan cywilny z „wolna” na „zamężna”. Czyli po turecku zamiast „bekar” jestem teraz „evli” (dosłownie można przetłumaczyć „z domem” albo „udomowiona”, w rzeczy samej).
I to już od trzech miesięcy!

Część z Was może czytając te słowa mruga z niedowierzaniem oczami. Ale jak to to… ja nie byłam mężatką?
No, tak jakoś nie ;)

Część z Was może czytając te słowa mruga z niedowierzaniem oczami. Ale jak to… jednak wyszłam za mąż?
Ja? Odwieczny przeciwnik małżeństwa ?
I to za Turka?! Muzułmanina?

No cóż… zaślepiło mnie. Klamka zapadła.
Teraz pewnie dopiero zobaczę, co to znaczy prawdziwe życie ;)

Przez 9 lat żyłam sobie z Królem Pomarańczy w wesołym konkubinacie.

Różnie się mówi o takich wesołych konkubinatach. Że jak tyle lat para nie bierze ślubu, to musi być jakiś powód. Cóż, u nas powodów było kilka. Umiłowanie niezależności, odraza do biurokracji, brak czasu, brak ochoty.

Inna sprawa że jestem takim typem, który nigdy nie marzył o białej sukience z trenem, wielkiej imprezie weselnej, wymyślaniu wspólnego tańca, piciu toastów, krojeniu tortu, więc nie cisnęłam mojego partnera o takie rzeczy. Owszem, jestem romantyczką do bólu, uwielbiam filmy o miłości, zazwyczaj też płaczę ze wzruszenia na ślubnych moich bliskich. Ale sama… chyba nie czułabym się dobrze w roli typowej Panny Młodej. Nie kręciłoby mnie wybieranie wzoru ślubnych zaproszeń, bukietu i welonu, albo szukanie weselnej kapeli i menu na weselną kolację. Nie mój świat, nie mój klimat, no wybaczcie.
Z Królem Pomarańczy dogadaliśmy się w tej kwestii idealnie.

W takim razie dlaczego się pobraliśmy?

Przyczyny są bardzo banalne, zero tu romantyzmu, i zrozumie je zapewne każdy, kto żyje z obcokrajowcem.

Po wielu latach mieszkania w Turcji uświadomiłam sobie, że pewnie zostanę tu jeszcze trochę. A skoro tak, ile można żyć w wiecznym rozkroku?
Warto byłoby uporządkować sprawy formalne, mój status tutaj. Nie być ciągle „obcą” przebywającą na „rocznej wizie turystycznej”, tylko kimś komu należy się prawo do samodzielnej, legalnej pracy, ubezpieczenia, ochrony, mniej problemowej procedury wizowej, a może i w przyszłości – zapracowanej emerytury. A skoro mam wieloletniego partnera, to może warto związek zalegalizować. Małżonek obywatela Turcji po 3 latach udokumentowanego związku może wnioskować o podwójne obywatelstwo. Wtedy zyskuje się wszystkie prawa wymienione wcześniej, chociaż rzecz jasna, także i obowiązki (np. obowiązek głosowania czy płacenia podatków ;)).
W wieku 35+ zaczyna się też myśleć o dalszej przyszłości. W Turcji nie narodził się jeszcze temat związków partnerskich, więc aby formalnie reprezentować swojego partnera w razie np. choroby, wizyty w szpitalu, trzeba być jego rodziną, tudzież… żoną.

A najważniejsza była taka konkluzja do której doszliśmy pewnego wieczoru:

O mamo, 9 lat razem! No chyba pora najwyższa, żeby wziąć ślub. Bo jak nie teraz, to kiedy? Po pięćdziesiątce?!

Piszę o tym nie dlatego, że sprawia mi tak wielką przyjemność pisanie o sobie. Tylko żeby wykonać pewną misję. Przełamać jakiś stereotyp.
No dobra, pisanie o sobie sprawia mi wielką przyjemność, nie czarujmy się :)
Ale misję i tak chcę wykonać.

Utarło się myśleć, że w Turcji kobieta z mężczyzną bez ślubu żyć nie może.

Że to wstyd i hańba. Owszem, dla niektórych pewnie tak jest. Podobnie jak i w Polsce. Ale nie dla wszystkich. Jak i w Polsce. Owszem, procent osób uważających że to wstyd i hańba na pewno jest bardzo wysoki. Dlatego wiele młodych par poddaje się presji i szybko podpisuje akt ślubu, żeby mieć to „z głowy”. Ale też i coraz częściej stykam się z historiami ludzi, którzy dużo dłużej żyją w wolnych związkach i nie budzą przy tym zgorszenia. Chyba za dużo już jest w Turcji rozwodów (w 2016 roku na 100 ślubów przypadły 22 rozwody!), więc ta nadmierna ekscytacja ślubami powoli opada.

Widzę też, że w moim otoczeniu coraz więcej osób, także tych religijnych, konserwatywnych, akceptuje mieszkających ze sobą młodych. Inna sprawa, że wiele osób starszej daty zakłada, że skoro para mieszka ze sobą,  to ma już „odhaczony” ślub religijny, żeby nie żyć w grzechu. Tu pojawia się mały paradoks: śluby religijne są w Turcji nielegalne, to znaczy nie mają mocy prawnej. Jeśli dla kogoś ma to znaczenie, można taki ślub zrobić z pompą albo nawet w domu, w obecności zaprzyjaźnionego imama, który wypowie 2-3 religijne formuły i temat z głowy. Jednak według prawa możliwe to jest dopiero po ślubie cywilnym. Nie zmienia to faktu, że wystarczy znaleźć zaprzyjaźnionego imama, który przymknie oko na przepisy. Pewnie dlatego wiele osób nie pyta mieszkającej ze sobą pary o detale, bo są święcie przekonani, że para przed Bogiem obietnicę złożyła, a ślub cywilny to już po prostu kwestia czasu. Dodatkowo panuje przekonanie, że po ślubie cywilnym takiej pary niemal magicznie od razu zachodzi się w ciążę! ;)

Inna kwestia, uważa się (to znaczy tacy np. Prawdziwi Polacy uważają), że wszystkim Turkom zależy tylko na szybkim ożenku z Europejką.

Zapewne po to, by a) dostać wizę do Europy, b) szybko mieć dzieci c) zamknąć kobietę w domu w chuście na głowie, d) dobrać się do kasy bogatej Europejki.

W 2016 roku tylko 3,8% panien młodych w Turcji było cudzoziemkami – najwięcej Syryjek i Azerek, więc nie Europejek.
A co do wizy… Cóż, wizę do Europy można dostać nie tylko będąc mężem Europejki, ale będąc w miarę przyzwoitym człowiekiem z udokumentowanymi dochodami. A i z tymi dziećmi też nie taka oczywista sprawa. Niezależne typy, które całe życie radziły sobie same, raczej niełatwo zechcą zmienić swoje życie o 180 stopni z powodu posiadania małego człowieka. Coraz więcej Turków rodzicami zostaje dopiero koło trzydziestki. Punktu c) nawet nie skomentuję, a punkt d) nie wymaga wcale ślubu, co pokazuje wiele przypadków kobiet, które zgłaszały się do mnie po pomoc, bo „pożyczyły” grube pieniądze ukochanemu, który okazał się nieco mniej uczciwym typem… [ale nie będę może psuła tego wesołego wpisu takimi chorymi przypadkami].

Jak wyglądał mój „mały turecki ślub”?

Całą sprawę trzymaliśmy w sekrecie w trosce o naszą prywatność. Może nie jestem jakąś popularną osobistością, ale jednak kojarzoną w tym małym turecko-polskim światku. Jest to bardzo miłe, łechce ego, ale czasami przeszkadza, bo zakładając bloga nie miało się tego za bardzo w planie. Nie, nie tyle faktu, że wszyscy wszystko o mnie wiedzą, ale nawet tylko faktu, że tak im się wydaje.

Obserwuję innych blogerów, vlogerów. To, jak każdy moment swojego życia publikują w sieci. Chociaż to tylko blogowa kreacja, to jednak… podpatrywanie tego bywa bardzo smutne. Istnieje takie przekonanie że to co wydarza się poza internetem, a czego nie udostępniliśmy na Facebooku czy Instagramie, nie istnieje, albo: nie jest ważne. Jak to, jesteś mężatką, a na Facebooku nadal jesteś „w związku”? Dla blogera, który po prostu lubi (nawet kocha!) dzielić się swoim życiem z innymi, pokazywać swoją codzienność, jest to wyzwanie. Łatwo przekroczyć granicę i pokazać zbyt dużo, za bardzo. Dlatego chce się zachować pewne życiowe wydarzenia tylko dla siebie. I tak też zrobiłam. Dzisiejsza opowieść to oczywiście tylko fragment rzeczywistości, który publikuję ku Waszej uciesze ;)

Wtajemniczona była tylko najbliższa rodzina i przyjaciele. Szczerze polecam taki scenariusz tym, którzy lubią być trochę na bakier z konwenansami, z korzyścią dla swojego samopoczucia. Naprawdę się da. Od początku było jasne, że bierzemy ślub sami, tylko ze świadkami, bez gości. Nie robimy wesela, nie wchodzimy w niepotrzebne koszty, nie bierzemy kredytu na organizację imprezy licząc na to, że się zwróci w formie wypakowanych kasą kopert. Poza tym gdyby zaczęło się zapraszanie zawsze ktoś, kto nie mógłby dojechać z Polski mógłby się czuć pokrzywdzony. Nikt z moich bliskich się nie obraził, wprost przeciwnie, wszyscy po prostu cieszyli się że „wreszcie” podjęliśmy tę decyzję.

Ślub w Turcji – formalności

Kiedy stałam w USC w Poznaniu przed zepsutym automatem wydającym numerki wiedziałam już, że napiszę o całej ślubnej procedurze na blogu. No musiałam!

Raz, że komuś może się przydać. Dwa, że dla innych może to być po prostu taka fajna blogowa historyjka ;)

Aby wziąć ślub w Turcji potrzeba załatwić parę spraw jeszcze w Polsce. Oczywiście można to zrobić poprzez ambasadę w kraju, w którym planujemy pozbawić się stanu wolnego, ale prościej i szybciej załatwić to podczas pobytu na Ojczyzny łonie. Tym bardziej, że dokument zezwalający na wzięcie ślubu poza Polską jest ważny 6 miesięcy (kiedyś był 3).

Jeszcze w Turcji poszliśmy do alanijskiego Nikâh Dairesi (Urzędu Ślubów) dopytać co jest potrzebne z Polski.

Uprzejmy pan zapytał najpierw:

Jesteście tego pewni?

A następnie wyjaśniając, że to taki żarcik poinformował nas, że są to:

  • Zaświadczenie o stanie cywilnym obcokrajowca (czyli moim)
  • Akt urodzenia (miałam ściągnięty już wcześniej; o ile pamiętam załatwia się to w parę dni. Poprosiłam dodatkowo o drugi akt na druku wielojęzycznym, bo jest tam także język turecki i nie musiałam tego dokumentu tłumaczyć, właśnie to ten skrócony akt przyjęto bez problemu w Alanyi. Płaciłam jakieś 37 zł).

A zatem po przyjeździe do Polski na jedyne 10 dni pierwsze co zrobiłam, to pomaszerowałam do USC otrzymać moje zaświadczenie o stanie cywilnym.
Przedtem przeczytałam na stronie urzędu co i jak, sądziłam że to szybka sprawa. Na miejscu jednak okazało się, że poza wypełnieniem wniosku potrzebne jest, uwaga, zaświadczenie, że mój przyszły mąż jest stanu wolnego. Czyli aby uzyskać zaświadczenie, że ja jestem singlem, musiałam mieć zaświadczenie, że K.P. jest singlem. To jakiś nowy przepis, który bardzo mnie zaskoczył. Ledwo przyjechałam z Turcji i na dzień dobry jestem punkt w plecy. Jak tu teraz ściągnąć ten dokument?

Skontaktowałam się z K.P., który zaproponował że zaloguje się na swoje konto e-devlet (strona internetowa, gdzie każdy obywatel Turcji może w minutę pobrać wszystkie dotyczące go dokumenty i wydrukować, bez konieczności stempla urzędowego) i ściągnie ów dokument (w Turcji zwany Aile nüfus kayıt örneği, będący jednocześnie aktem urodzenia), a następnie wyśle mi go mailem.
Niestety polska urzędniczka nie zaakceptowała takiego rozwiązania. Musi być oryginał. Nie rozumiała, że wyciągnięty z systemu dokument to właśnie oryginał…

Poprosiłam więc K.P. aby poszedł do USC w Alanyi, wyciągnął taki dokument osobiście, i żeby poprosił o przyłożenie możliwie jak najwięcej kolorowych pieczątek i podpisów żeby spodobało się to polskiej urzędniczce, a następnie wysłał mi pocztą. Jeszcze tego samego dnia wieczorem przesyłka wyszła z Alanyi za jedyne 10 tureckich lir (firma kurierska zażyczyła sobie wcześniej 250 lir…). Pozostało mi poprosić tłumaczkę przysięgłą, która miała w Polsce ów dokument przetłumaczyć na nasze, żeby zrobiła to z kopii otrzymanej mailem. Nie było problemu. Nie traciłam więc czasu na czekanie na przesyłkę, pozostało mi liczyć na to, że dojdzie, kiedy będę w Polsce (a po drodze były Święta Wielkanocne…).

Nie zdziwicie się jak powiem, że koperta dotarła dzień przed moim wylotem z Polski :) Turecka Poczta dała radę. Wraz z tłumaczeniem dokumentu pobiegłam do urzędu, gdzie pan urzędnik przyglądał się papierom z wielką nieufnością. Do pełnego obrazu Urzędnika Miesiąca brakowało mu tylko wielkiej profesjonalnej lupy. „Obywatel Turcji” i „małżeństwo” – to brzmi groźnie… Jednak ostatecznie nie udało się znaleźć pani żadnego uchybienia w dokumentach, więc czem prędzej dokonałam opłaty skarbowej 38 złotych i po kilkudziesięciu minutach (na moją specjalną prośbę o przyspieszenie formalności) miałam piękny błękitny dokument w ręce.

Po przybyciu do Turcji wystarczyło go tylko przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego na j.turecki, a następnie zająć się „tureckimi papierami”. A były to:

  • Zdjęcia obojga przyszłych małżonków, na szczęście nie biometryczne
  • Testy krwi (to nie żarty! W Turcji para musi przed ślubem zrobić testy, które wykluczają m.in. pokrewieństwo oraz wirusa HIV. Najbardziej mnie rozśmieszyło rutynowe pytanie pani w przychodni: „Czy jest między Wami jakiś stopień pokrewieństwa?” – tak jakbyśmy wyglądali na krewniaków ;))
  • Kopie naszych dokumentów tożsamości (mój paszport i dowód osobisty K.P. A propos, nowe dowody osobiste które już funkcjonują w Turcji, nie mają już kolumny „wyznanie” i „stan cywilny”. Ani chybi ten kraj schodzi na psy… ;))
  • Uzyskanie zaświadczenia z tureckiego USC o gotowości do małżeństwa

Do USC musieliśmy w tym celu pójść razem. Kiedy przyszła nasza kolej Król Pomarańczy był akurat na zewnątrz budynku, usiadłam sama przed panią urzędniczką, mówiąc, że ja tu ślub chcę, proszę pani. Pani spojrzała wymalowanymi oczami prosto w moje oczy mówiąc powoli:

Skoro już musisz… Czy to Twoje ostatnie słowo?

Tak, odpowiedziałam z niezachwianą pewnością siebie. Na to ona:

Zastanów się dobrze. Jak Cię traktuje? Mówi do Ciebie „kochanie”?

I tu wdałyśmy się w miłą pogawędkę na temat czułych słówek i tego jak rozpoznać, że facetowi na nas zależy. W tym momencie pojawił się K.P., któremu urzędniczka, zupełnie niezrażona, zrealacjonowała przebieg naszej rozmowy tłumacząc:

Musiałam sprawdzić, czy wychodzi za odpowiedniego faceta. Ale wygląda na to, że tak.

Cwana bestia. Pomyślałam sobie wtedy, że takie rzeczy, to tylko w Turcji ;) I że uwielbiam tych zakręconych ludzi.
W Urzędzie Ślubów okazało się jednak, że zajęta rozmową z nami urzędniczka zapomniała przybić na dokumencie pieczątkę (wcale mnie to nie dziwi), i K.P. musiał wracać do USC. Całe szczęście, że to takie małe miasto.
Zanieśliśmy komplet dokumentów do urzędu. Trzeba było jeszcze ustalić jak będę się nazywać po ślubie. Nie wiem czy wiecie,  ale w Turcji od niedawna kobieta może zostać przy swoim panieńskim nazwisku.

I znów w atmosferze żartobliwej rozmowy o statystykach ślubów i rozwodów ustaliliśmy termin naszej ceremonii na… trzy dni później. W Turcji śluby cywilne odbywają się w godzinach urzędowych między 9 a 17. W weekendy ślub jest niemożliwy, bo urzędnicy mają wolne!
Większość par zatem ceremonię ślubną traktuje bardzo zwyczajnie, często idzie się w zwykłym codziennym stroju typu dżinsy i trampki, podpisuje papier, a impreza weselna odbywa się oczywiście w weekend, z całym tym strojeniem, malowaniem się, hałasem, zamieszaniem, i weselem na 500 osób.

Tymczasem ja, przy całej mojej niechęci do imprez ślubnych, stwierdziłam że jedyne co muszę odhaczyć to:

  1. Biała sukienka.

    I to taka, którą będę mogła jeszcze nosić na inne okazje. Kupiłam więc w Polsce za (o ile pamiętam) 200 zł zwykłą ale dobrze skrojoną „małą białą”, do niej założyłam jasne szpilki, naszyjnik z przeceny za 10 zł, pod pachę wsadziłam 5-letnią kopertówkę, a w dniu ceremonii zaszalałam idąc do kosmetyczki i fryzjera. Nie przyznałam się im że biorę ślub, żeby mnie nie umalowali i nie uczesali w tureckim stylu. Nie wypuściliby mnie tak „zwyczajnie” wyglądającą, bo potem nie mogliby spać po nocach, zdawałam sobie z tego sprawę ;)

  2. Pierścionek.

    Zaręczynowy. Chciałam go mieć i basta. Odezwała się we mnie prawdziwa baba, czy co? No i mam ten pierścionek, ale nie mamy obrączek. I jakoś nam ich nie brakuje ;)

  3. Wieczór panieński.

    Nie uwierzycie, ale ze względu na mój pobyt w Turcji nigdy w życiu nie byłam na wieczorze panieńskim żadnej z moich koleżanek z Polski. Tak wiem, smutne to. I mój „pierwszy”, był „moim własnym”. Zorganizowały mi go moje cudowne przyjaciółki w Poznaniu. Chyba dopiero wtedy poczułam, że NAPRAWDĘ wychodzę za mąż.

Dzień ślubu

slub w Turcji

Zawsze żartowaliśmy, że ponieważ nasze biuro jest bardzo blisko Urzędu Ślubów, to załatwimy temat w przerwie w pracy. I tak też się stało ;) Od rana pracowaliśmy w biurze, po południu pojechaliśmy do domu się przebrać (i ja do fryzjera) a następnie podjechaliśmy naszym rumakiem pod urząd. Po drodze próbowałam zetrzeć ślad szminki z mojej nowej białej sukienki, ale średnio mi to wyszło. Na miejscu czekali już nasi świadkowie (moja znajoma Polka i nasz wspólny znajomy Turek) wraz z jednym gościem (Amerykanka, żeby było śmieszniej). Ślub multi-kulti!
Sami świadkowie dowiedzieli się o sprawie dwa dni wcześniej ;)

Ceremonia odbywała się w wielkiej sali, w której byliśmy tylko my, oraz pan Urzędnik. To ten żartowniś, z którym wcześniej mieliśmy do czynienia, który dla niepoznaki oblekł się w specjalną urzędniczą szatę. Cała zabawa trwała jakieś 7 minut. W Turcji nie ma formułki, którą trzeba powtarzać za urzędnikiem, jak w Polsce. Trzeba tylko powiedzieć „tak” w odpowiedzi na czytane przez niego zdania. I po sprawie.
Dokumentem potwierdzającym ślub jest tzw. Evlilik cuzdanı czyli bordowa książeczka małżeńska.  Jest wielka i brzydka, tak wam powiem.

Za to w ramach upominku nowożeńcy w Alanyi otrzymują eleganckie aksamitne pudełko w kolorze głębokiej czerwieni wypakowane przedmiotami niezbędnymi na nową drogę życia, to jest: flaga turecka, Koran, dywanik modlitewny i różaniec czyli tespih. Jak się okazuje to nie tyle słuszna linia tureckich władz państwowych, co lokalnych.  Jak powiedział nam urzędnik, taki zestaw wprowadził obecny prezydent miasta należący do partii MHP –  Nacjonalistyczna Partia Działania (co mówi samo za siebie :))

I tyle.

Nie, moment. W momencie podpisywania aktu ślubu Panna Młoda musi jeszcze nadepnąć pod stołem stopę Pana Młodego! Podpatrzyłam to oczywiście w tureckich serialach i udało mi się zaskoczyć mojego świeżego małżonka :-)

A potem były pamiątkowe selfie z urzędnikiem, pyszny turecki deser oraz spontaniczny wjazd autem w ślubnej odzieży (i szpilach) w góry. Wieczór zakończyliśmy jak prawdziwa Młoda Para – oglądając serial w telewizji i konsumując jedzenie zamówione na telefon :)

Epilog:

Po trzech miesiącach mogę powiedzieć, że małżeństwo nic w moim życiu nie zmieniło. Tylko K.P. częściej zamyka mnie w domu i zakazuje wychodzić :-P