Przepraszam że mieszkam w Alanyi

A tak naprawdę to nie będę przepraszać, że mieszkam w Alanyi.

Tak naprawdę ten tytuł to tylko taki retoryczny wybieg, nie będę przepraszać, że mieszkam w Alanyi. Raczej wprost przeciwnie. Ale już tłumaczę o co chodzi.

Jest trzeci dzień Świąt Ofiarowania. Skończyło się już beczenie baranków, które słyszałam przez otwarty balkon, cała ofiarna zwierzyna hasa sobie błogo w zwierzęcym niebie, a mięso jest oczyszczone, podzielone, część przekazana biednym, część rodzinie i sąsiadom, a część trawi się w żołądkach świętujących wraz z dużymi ilościami baklavy. Z roku na rok obserwuję mniej ofiarnych baranków w moim mieście, co ma dwa wytłumaczenia: albo ludzie wolą przekazać pieniądze na „pośrednie” ofiarowanie (czyli wysyłają pieniądze do organizacji typu turecki Czerwony Półksiężyc, która mięso puszkuje i wysyła głodującym np. w Afryce, uważam że to świetne rozwiązanie, pisałam o tym tutaj), albo uważają że po prostu ich nie stać (aby ofiarować baranka nie można mieć długów, należy mieć określony majątek, czyli np. własnościowe mieszkanie, samochód, ziemię, dochody).
Ale nie zamierzam pisać tu o zasadach tego święta i moich na ten temat refleksjach, bo o tym było na blogu już wiele razy, np. tutaj, albo tutaj. Ten temat pojawił się też w wywiadzie z imamem. Co mnie w tym roku zafrapowało, to dwie sprawy:

Pierwsza sprawa

Co roku widzę bardziej, że zaczynam się do tego święta przyzwyczajać, ale nie zmienia to faktu, że źle je znoszę. Szanuję tutejsze zwyczaje, ale ja sama jestem osobą, którą odrzuca jakikolwiek widok mięsa, i to od dziecka. Wolę się trzymać z daleka, i już. I od oglądania, i od jedzenia. Kiedy cofam się wspomnieniami do lat 80. widzę, że byłam wegetarianką od urodzenia, chociaż wszyscy zmuszali mnie do jedzenia mięsa, jajek na miękko, itp. Jakoś urosłam na kawał zdrowej baby, czyli jednak można :)

Ale mam takiego pecha, albo taki mój los, kader, że co roku kurban kesim yeri – czyli po naszemu miejsca ofiarowania zwierząt – mam dwa i to bardzo blisko. Jedno tuż pod moim domem, od rana dobiegają mnie religijne recytacje, które towarzyszą całej operacji. Czuję zapach krwi, a z balkonu mogę obserwować prowadzone na miejsce zwierzaki, i biegające pomiędzy nimi podekscytowane dzieci.
Drugie miejsce mam pod moim biurem – w myjni samochodowej. Ze względu na dostęp do bieżącej wody to właśnie często myjnie dostają zezwolenie od Urzędu Miasta. Tu jest zdecydowanie mniejszy ruch, ale zapachu nie da się pomylić z niczym innym.

Ciężko mi się to znosi i chętnie uciekłabym nad jakąś romantyczną zatoczkę na ten czas, np. do mojego wymarzonego Ölüdeniz, niestety obowiązki w pracy wzywają. Dobrze jednak, że moja turecka rodzina wie, jakie mam podejście i absolutnie nikt nie namawia mnie do jedzenia, ani tym bardziej pomocy przy krojeniu mięsa. Dla nich to normalność i codzienność, dla mnie coś stresującego. Nie wchodzimy sobie w drogę, ale chętnie jemy wspólne świąteczne śniadanie, bo liczy się przecież to, żeby miło sobie pożyczyć, i być razem.

Druga sprawa

Pisałam o pechu, że oba miejsca ofiarowywania zwierząt w święto mam na mojej codziennej trasie praca-dom i to tak blisko? To może mam jednocześnie szczęście? Bo nigdy nie widziałam niczego, co śniłoby mi się potem po nocach.
Miejsca te są osłonięte od widoku przypadkowego przechodnia, i poza zapachem nic nie zmusza nas do uczestniczenia w całej sprawie. Owszem, zdarzyło mi się jechać dolmuszem z ludźmi, którzy wieźli wypakowane mięsem reklamówki, ale staram się to przyjąć na logikę, nie traktować tego jako czegoś szokującego, jakoś przecież to mięso do domu muszą dowieźć, a nie każdy ma samochód, którym mógłby wozić te wiktuały z dala od wrażliwych oczu Skylar.
Odwracałam wzrok, myślałam o czymś innym i tyle. Na szczęście nie widziałam też nigdy strużek krwi cieknącej ulicami i innych drastycznych historii.

Piszę o tym, bo wczoraj uczestniczyłam w którymś zakątku internetu w krótkiej wymianie komentarzy przy okazji tego święta. Mieszkający kiedyś w Stambule czy przebywający na tureckich wsiach Polacy wspominali Święto Ofiarowania. Opowiadali o traumie i przykrych widokach. Pomyślałam, że moje spokojne komentarze wyglądają tak, jakbym mieszkała w innym kraju, albo jakbym tu komuś, za przeproszeniem, sprzedawała ściemę.

Bo w Alanyi wszystko jest grzeczne i ułożone. Ruch samochodowy zwariowany, ale do zaakceptowania, kierowcy dolmuszy zostali ucywilizowani już dobrych lat temu, ulice miast są stosunkowo czyste, a w nocy można chodzić po mieście i też raczej włos nam z głowy nie spadnie. Czuję się bezpieczniej niż w Polsce. Jakby tego było jeszcze mało, mimo, że mam ofiarowywanie baranków, owieczek i innych zwierzaków tak blisko mnie, na wyciągnięcie ręki, i mimo, że jestem na te tematy szczególnie wrażliwa, żadna trauma mnie nie spotkała.

Co jest ze mną nie tak?! – pomyślałam sobie.

Albo może: Co z Alanyą jest nie tak? Może to jakieś miasto-mydlana bańka? Miasto-nierealne? No wiem, że kurort, ale do tego stopnia?
Czy może przegapiłam ten fakt, że Alanya została mianowana miastem-państwem poza terenem Turcji, i do niej już się nie zalicza?

Piszę o tym także dlatego, że co jakiś czas niektórzy Czytelnicy zarzucają mi cukierkowy, przesadzony obraz Turcji, który niby kreuję na tym blogu. Że wszystko niby mi się podoba, że piszę o Turcji tak pozytywnie, podczas gdy to taki „straszny” kraj. Nie czułam nigdy potrzeby tłumaczenia się, ale od refleksji do refleksji i oto dziś mam na ten zarzut mocny argument, który naturalnie wypływa z samej mnie i mojego charakteru:

Kochani, gdybym uważała, że Turcja jest strasznym krajem, czym prędzej pakowałabym manatki i wracała do Polski, do rodziny i przyjaciół. Gdybym czuła, że to nie moje miejsce, gdyby coraz więcej rzeczy zaczynało mi przeszkadzać, gdyby ograniczano tutaj moją wolność w jakiejkolwiek formie (a wolność jest dla mnie największą wartością). Jakoś tak mam, że nie lubię się męczyć i „poświęcać” w imię wyższego celu. Naprawdę nawet pisanie, które tak lubię, albo własna działalność w biurze podróży, albo i nawet facet – nie są tego warte (faceta zawsze można zabrać ze sobą ;)).
Gdyby było mi źle, na pewno nie traciłabym czasu na pisanie bloga.

A skoro tu jestem, to znaczy że mi się podoba. I już. Nie ma wielkiej filozofii.
Owszem, trudno mi zaakceptować Święto Ofiarowania. Denerwują kierowcy – maniacy, osoby rzucające śmieci na ziemię, wrzeszczące na podwórku dzieciaki, trzygodzinne programy publicystyczne albo sąsiedzi nie mówiący „Dzień dobry” w moim bloku. Wkurza codziennie wiele drobiazgów. Trudno je nawet wyliczyć, tyle ich jest. A mimo wszystko ogólny bilans wychodzi na plus. Bo to są drobiazgi. W Polsce też na wiele rzeczy narzekałam, i Wy narzekacie, ale czy z tego powodu należy się od razu wyprowadzić?
I dokąd? Bo narzekać to można wszędzie. Nawet w raju.
No właśnie.
Jestem zadowolona. Żyje mi się tu dobrze. I już.

Jeśli ktoś ma wrażenie, że opisuję cukierkową Turcję, może powinien poszukać innego bloga. Bo ja nie będę na siłę przytaczać rzeczy negatywnych. Niby po co? Blog to mój pamiętnik, mój dom, dzielę się tu moją codziennością. Nie chcę się nakręcać w tym co mnie denerwuje, nie chcę z tego robić afery, bo te denerwujące drobiazgi nie są tego warte. Jeśli będą – na pewno o nich napiszę. Zresztą przecież piszę. Miałam dość długi okres kiedy w Turcji denerwowało mnie prawie wszystko. Począwszy od ludzi. Pisałam o tym. Ale też i nigdy nie zdarzyło mi się nic naprawdę przykrego ze strony Turków. Głupoty, owszem. Rozczarowania – a jakże. Ale nic takiego, co przekreślałoby ogólnie tych ludzi w moich oczach.
A co do głupot: po tylu latach nauczyłam się już po prostu nimi nie przejmować.

Gdybym zaczynała dobierać tematy na bloga pod kątem: trzeba napisać coś o minusach Turcji, bo o plusach za dużo było ostatnio, Czytelnicy powiedzą, że brzmię niewiarygodnie – to byłby to jednocześnie mój koniec. Nie mogłabym spojrzeć w lustro :)

To nie moja wina, że mieszkam w kurorcie.

Dlatego też nie zamierzam przepraszać za to, że mieszkam w mieście rolniczym, ale także turystycznym. Nie zamierzam przepraszać za to, że w otoczeniu tysięcy obcokrajowców żyje się tu wygodnie, i może wygodniej niż w innym tureckim mieście (choć o tym wcale nie jestem przekonana, według mnie to miasto jak każde inne, ma plusy jak i minusy, a trochę tureckich miast miałam okazję zobaczyć). Nie zamierzam przepraszać za to, że jest mi tu dobrze, że jako obcokrajowiec jestem szanowana, chociaż ten szacunek trzeba sobie wypracować. Że nikt nie próbuje mi zrobić krzywdy – no może poza tymi, którzy myślą, że coś ugrają narzucając mi w sklepie wyższą niż tubylcom cenę (wciąż to się zdarza). Że nie muszę poświęcać swojego stylu życia, stylu ubierania, odżywiania się po to, by mieszkać tu bez problemów.
Albo przepraszać za to, że w miesiącu ramadanowego postu o świcie nie budzą nas bębny, bo zostały tutaj zabronione jako przeszkadzające turystom. Osobiście chciałabym słyszeć te bębny w tym okresie codziennie, no ale ktoś tak zdecydował, co robić.
Albo za to, że w Święto Ofiarowania trudno tu zobaczyć szokujące sceny, a przynajmniej za to, że mi się to jakoś nie udało i nie mam żadnych niesamowitych historii do opisania na blogu.
A, no i najważniejsze: nie zamierzam przepraszać za to, że mam własne poglądy, które wcale nie muszą się pokrywać z cudzymi.

I tak, mieszkam w Alanyi, 200-tysięcznym mieście, które (sprawdziłam w internecie!) nadal znajduje się w granicach Turcji. Mieszkają tu nie tylko obcokrajowcy i turyści, ale także – cóż za zaskoczenie – także Turcy! Żyją tu bardzo tradycyjne rodziny, jak i te nowoczesne. Żyją tu zarówno porządni ludzie na poziomie jak i idioci, na których widok po prostu macha się ręką ze znudzeniem. Kobiety w chustkach i długich sukmanach mijają na ulicy Turczynki w obcisłych dżinsach i topach odsłaniających brzuch. Nażelowani beach boye z napompowanym ego kupują na bazarze pietruszkę od dziadka w tradycyjnych szarawarach i wełnianym kaszkiecie.
Pięć razy dziennie z meczetów rozlegają się tu nawoływania na modlitwę, Turcy na plaży piją piwo po śniadaniu, Rosjanie chodzą w plażowych slipkach po mieście (niestety), a prawie każdy mieszkający tu Turek zna jakiegoś obcokrajowca i potrafi powiedzieć parę słów w obcym języku.

Tak, to jest nadal Turcja.

Podobnie jak Turcją jest Stambuł, Izmir, Gaziantep, Trabzon czy jakieś kurdyjskie wioski hen hen, na wschodzie. Turcją jest gwarne, pełne modnych ludzi centrum miasta i zaniedbane obrzeża, po których biegają umorusane dzieciaki.
To właśnie jest niesamowite w tym kraju, że w ramach jednych granic mamy tak wielkie różnice. I dlatego każdy z nas opisując swój wycinek Turcji ma rację. Ale zawsze nasz obraz jakiegoś zdarzenia filtrujemy przez nasz charakter. Zresztą widać to nie tylko po żyjących tu obcokrajowcach, podróżnikach, ale nawet normalnych turystach na all inclusive. Jedni po tygodniu w czterogwiazdkowym hotelu piszą peany, inni po pobycie w tym samym hotelu piszą reklamacje.
Są osoby, które bardziej się skupiają na denerwujących je rzeczach, są też takie, które wolą patrzeć na świat optymistycznie. Są osoby, dla których pewne rzeczy, zdarzenia i zwyczaje (np. całowanie dłoni starszej osoby, powszechny w Turcji wyraz szacunku i hierarchii) są niedopuszczalne i traktują je jako coś głupiego lub wręcz obrzydliwego. Fuj!
I są osoby, które rozumieją, że trudno zmienić czyjąś mentalność w pięć minut a już tym bardziej, kiedy jest się przybyszem, gościem. Czasem warto się przełamać i zrobić coś tylko po to, żeby ktoś inny się ucieszył.

Witajcie w moim cukierkowym światku, witajcie w mojej różowej Turcji. Nie wiem jak Wy, ale ja tam wolę, jak jest miło i fajnie.
Co powiedziawszy wciągam kąpielowe gatki i uciekam na przerwę, popływać w basenie.
Howgh.