alanya kolejka linowa

Nie pamiętam już kiedy ostatnio dodawałam na bloga jakiś tekst z aktualnościami z cyklu Alanya News… Acha, już wiem, w maju (i wyglądało to tak). To faktycznie dawno tak, że aż skandal. Aż się dziwię, że jeszcze nie piszecie do mnie pełnych oburzenia maili. A może po prostu już się przyzwyczailiście, lub wystarczają Wam regularne aktualności z Facebooka lub Instagrama… No dobrze, dość już tych żarcików. Pora na małą i konkretną listę ostatnich wydarzeń.

Zacznę od najnowszych.

Plaża tylko dla kobiet? Ty tak na poważnie?

Tak, na poważnie. W Turcji wraz ze zmianą politycznego klimatu przybywa usług tylko dla kobiet. Kobiety tradycyjnie ubrane, religijne, przez lata jednak izolowane (chustki to było do niedawna spore tabu w przestrzeni publicznej), wreszcie pojawiły się na ulicach i chociaż niektórych ich widok strasznie kole w oczy, to jednak obiektywnie trzeba przyznać, że przecież też mają prawo chcieć trochę frajdy z życia. Na przykład spędzić dzień na plaży, bez skrępowania i w bikini.
A tak poza tematami religijnymi to kto zna Turcję i temperament Turków wie sam, że trochę dystansu do mężczyzn jeszcze nikogo tutaj nie zabiło. A wręcz wzmocniło :) Rozwiązanie z separacją płci testowałam od początku mojej przygody z Turcją podróżując autobusami międzymiastowymi. Będąc sama otrzymywałam miejsce koło innej samotnej kobiety. Z kolei samotni panowie siedzą razem. Bardzo przydatne, kiedy spędza się w trasie wiele godzin, często nawet całą noc.

Tym razem wczoraj postanowiłam – jako blogerka influencerka przecież (tak się to teraz nazywa, jakbyście nie byli na bieżąco :)) – przetestować plażę tylko dla kobiet w okolicach Alanyi. To już druga plaża w naszym województwie (pierwsza jest w Antalyi). Pojechałam darmowym autobusem, rozłożyłam się na bezpłatnym leżaku i cieszyłam się wyluzowaną atmosferą. Wszystkie zakryte kobiety którymi podróżowałam autobusem nagle znikły, nie mogłam się domyśleć które to: na plaży babki miały na sobie kolorowe bikini, kapelusze, nuciły piosenki, tańczyły do muzyki disco, bawiły się z dziećmi, i jadły :)
Z całego tego dnia postanowiłam Wam zrobić filmik na Youtube, co okazało się pomysłem dość chybionym, ponieważ z oczywistych względów na plaży nie można robić zdjęć. Brawo ja. Mimo wszystko jednak co nieco udało się mi nakręcić (raczej nie ludzi, a ogólne widoki), i trochę do kamery pogadać, więc postaram się udostępnić materiał w ciągu tygodnia, jak już go zmontuję.

Tureckie zaręczyny, czyli w rodzinie się dzieje

Ostatnio w naszej rodzinie odbyły się długo wyczekiwane zaręczyny, a i wesele przed nami. To znaczy nie przed nami (nie daj Boże!), tylko bratem K.P. Chętnie zdradzę Wam więc co nieco rodzinnych kulis, a raczej obyczajowych, bo mimo długiego stażu mieszkania w Turcji wiele takich imprez mnie omija (głównie z powodu pracy do późnych godzin wieczornych) i dlatego niektóre rzeczy były dla mnie nowością.

Oczywiście zaznaczę najpierw, że w różnych regionach Turcji, w różnych rodzinach takie zwyczaje mogą się często dość mocno różnić.
W naszym przypadku para zaręczająca się należy do ludzi tzw. nowoczesnych, ale ich rodziny już nie do końca :)  Co więcej obie rodziny pochodzą z tych samych stron… a w Turcji to ma wielkie znaczenie. Dlatego wymagana była pewna etykieta. Ponieważ rodziny od lat się znały, wszystko musiało być „porządnie” zorganizowane. Przyszły pan młody trochę kręcił nosem, ale cóż – aby łamać zwyczaje trzeba sobie było cudzoziemkę a nie Turczynkę za żonę brać (taki żarcik).

Młoda para najpierw bez przeszkód sobie randkowała. Po paru randkach cała rodzina podekscytowała się niezmiernie, bo skoro ów młodzian porzucił Europejki, a polubił się z Turczynką, to znaczy, że sprawa już poważna (i proszę się nie śmiać, często naprawdę tak jest. Europejki lubią najpierw „wypróbować” związek, więc ryzyko rozstania jest wyższe, a Turczynki od razu prą do celu – czyli małżeństwa). Przy okazji muszę przyznać, że obieg informacji w rodzinie tureckiej jest niesamowity. Kiedy w Polsce zdradzam jakiś sekret mogę mieć 100% pewności, że moja bliska osoba nie puści pary z ust. Tutaj jest trochę inaczej…
Sama przekonałam się o tym, kiedy w tajemnicy powiedziałam jednej osobie z rodziny K.P. o naszym ślubie (który był przecież sekretem). Po tygodniu wiedzieli już wszyscy, i nawet tego nie ukrywali :)

Kolejnym etapem było tzw. tatlı, po naszemu „słodkie”. Rodzina amanta wybiera się do rodziny dziewczyny z kartonem baklavy oficjalnie prosić o rękę. To była formalność, młodzi sami się już dogadali, ale uznano, że procedura musi być wykonana. Ponieważ hierarchia ma znaczenie, wraz z kawalerem udali się na wizytę wszyscy najstarsi członkowie rodziny i ich żony (ja też powinnam, bo partnerką najstarszego jestem, ale cóż, zgadnijcie gdzie wtedy byłam… – w pracy?)
Wszyscy wymuskani i podekscytowani po drodze jeszcze jedni drugich pytali (byłam świadkiem) co się po kolei robi, żeby nie palnąć jakiejś gafy :)

To właśnie podczas tego spotkania pada oficjalna prośba o rękę dziewczyny z ust najstarszej osoby z gości, jej rodzina się ewentualnie zgadza (chociaż może też odmówić, oczywiście rodzina wcześniej odpowiedź konsultuje z córką), a następnie dziewczyna maszeruje do kuchni by przynieść baklavę i do tego turecką kawę. Dla wybranka może to być specjalna wersja z solą, pieprzem i innymi wspaniałościami (pisałam o tym w moim tekście o kawie).

I tyle! Wizyta taka nie przekracza 1-1,5 godziny, potem oczywiście omawia się detale organizacyjne, kiedy zaręczyny, kiedy ślub, chociaż w przypadku naszej rodziny wcześniejsze ustalenia zmieniały się wielokrotnie. Cała procedura od momentu pierwszego randkowania do zaręczynowej imprezy trwała dobre pół roku, jak nie więcej.

I w końcu przyszedł dzień nałożenia zaręczynowych obrączek. Imprezy tego typu organizowane są albo w domu, albo w wynajętej sali. Czasem z jedzeniem i wielką pompą (prawie jak wesele, byłam kiedyś na takich zaręczynach u znajomych), w naszym przypadku było to kameralne rodzinne spotkanie w domu mojej teściowej, było ok. 40 gości. Jeśli dziwicie się jak się pomieścili, to – tak, tureckie mieszkania są NAPRAWDĘ duże.
Wcześniej ustala się, kto zajmuje się organizacją imprezy – ten ciężar wzięła na siebie cała rodzina mężczyzny, było więc trochę bieganiny i stresu. Za to wesele będzie już organizowane pół na pół. Ogólnie rodzina mężczyzny w takich sytuacjach jest zawsze „stratna”, ponoszą najwięcej kosztów :)
Sukienka zaręczynowa dziewczyny także na koszt faceta, obrączki – to oczywiste, plus przekąski, napoje – i najważniejsze – złoto. Inni goście są zwolnieni z prezentów, za to każdy z rodzinnej starszyzny Króla Pomarańczy z mamą włącznie, musiał od siebie „coś” dać, co w tym wypadku oznaczało złote bransoletki.

Z kolei mnie jako żonie najstarszego mężczyzny w domu przypadła tego wieczora rola trzymania specjalnej tacy, na której znalazły się właśnie wszystkie te prezenty. Obrączki związane są czerwoną wstążką. Najpierw najstarsi w rodzinie mężczyzny zakładają parze obrączki (było małe zamieszanie, bo nikt nie pamiętał na jaki palec :)), a następnie na jej nadgarstku lądują po kolei złote bransoletki, finalnie wstążkę łączącą palce i obrączki pary młodej przecina się ozdobnymi nożyczkami i… toasty! (żartowałam).

Oczywiście gdyby do ślubu nie doszło z jakichś przyczyn (np. para jednak odpuszcza, bo się pokłóciła) – całe złoto wraca do nadawców :)

Potem oczywiście niezbędne selfie, zdjęcia, relacje na żywo na Facebooka, baklava, ciastka, coca cola, i ogólny rozgardiasz. Przez większą część wieczoru my – kobiety po stronie gospodarzy – nie wychodziłyśmy z kuchni, ale miało to swoje zalety. Jak powszechnie wiadomo, najlepsze imprezy są i tak zawsze w kuchni :)

tureckie zaręczyny

Teleferikiem w przestworza, czyli kolejka linowa w Alanyi

Jeszcze przed Świętem Ofiarowania otrzymaliśmy mailem informację, że nareszcie kolejka linowa (po turecku: teleferik) będzie otwarta następnego dnia. Zapytacie może dlaczego poinformowano nas o tym tak z dnia na dzień. Cóż, turecki styl. Turcy nie umieją kompletnie zarządzać czasem, i gdyby zawiadomiono ich z 2-tygodniowym wyprzedzeniem (a co gorsza miesięcznym!) nikt by nie przyszedł. Ruszyliśmy więc czem prędzej by w dniu otwarcia odbyć testowy przejazd. Zrobiliśmy też relację na żywo na Facebooku naszego biura – możecie obejrzeć pod poniższym linkiem, choć nie wierzę, że jeszcze nie widzieliście, film opanował pół „tureckiego” FB :)

Film z testowego przejazdu kolejką :)

Kolejka jest urzeczywistnieniem 30-letnich marzeń władz naszej mieściny. W końcu, choć od początku patrzyłam na ten pomysł jak na lekko dziwny, faktycznie przyznaję, że prezentuje się całkiem nieźle. Start i meta są przy Jaskini Damlataş, przejazd w górę i w dół kosztuje 20 lir (20 złotych), a można jeździć od 9 rano do 23.00 przez cały rok. Wieczorem kolejki są podświetlone na niebiesko, więc wyglądają z daleka jak małe ufo :)
Kolejkę testowałam z K.P. (człowiek z lękiem wysokości) który przyznał, że nie bał się tym razem wcale (po wjeździe na Kasprowy nic już go nie złamie). Raz, że wysokość nie jest duża, dwa, że przejazd to ledwo kilka minut a trzy, kolejka jest niesamowicie cicha i jedzie bez „wstrząsów”. Przejazd jest prawdziwą przyjemnością, a widoki – bajka!
Myślę, że fajną opcją jest wjazd na górę a następnie zwiedzanie (wysiada się na poziomie zabytkowego XIII-wiecznego meczetu i odrestaurowanych zabudowań tzw. Ehmedek), spacer na teren Kale (twierdzy), następnie konsumpcja gözleme w jednej z knajpek i po paru godzinach powrót na dół. Można też podobno zapłacić za przejazd w jedną stronę, ale to tak nieoficjalnie (nie mówcie nikomu).
Jak ktoś woli to połączyć ze zwiedzaniem Alanyi, to my do naszej wycieczki Alanya City Tour po prostu dołączyliśmy opcję przejazdu kolejką dla chętnych.

kolejka linowa alanya news

Turcy mówią po polsku – mały eksperyment

W tym roku do mojego biura trafiła Erasmusowa stażystka, jak się okazało także wierna fanka bloga (zupełnie nie rozumiem tego zbiegu okoliczności..!). Trzeba przyznać, że młoda krew w pracy to miła odmiana, więc czas minął nam całkiem sympatycznie i twórczo. Jednym z efektów jest poniższy filmik, który nakręciła w całości Zuza (ja bym się chyba wstydziła obcych ludzi zaczepiać!). Jakość obrazu i dźwięku nie powala, cykady próbowały zakłócić to, jak Turcy po polsku mówią, zapraszając do Alanyi, ale i tak efekt jest uroczy, przyznajcie sami:

Zuza i temat erasmusowych staży zawodowych jeszcze się na blogu pojawią, śledźcie blogusia ;)

Plażowe odkrycie lata – Goya Beach Club

Bezinteresownie polecałam na jednym z moich filmików na kanale Youtube plażowy klub o nazwie Goya. To alanijska nowość, otwarty w maju tego roku. Wiele z Was od tego czasu męczy mnie prośbą o detale. A zatem w telegraficznym skrócie: Goya Beach Club znajduje się na samym końcu plaży Kleopatry w Alanyi (przy wyjeździe z miasta). Wstęp do klubu jest bezpłatny, ale należy tam zamówić jedzenie i picie. Uprzedzam, że towarzystwo tureckie lub mieszane może być przy wejściu poddane selekcji i wtedy warunki finansowe będą inne (opłata za leżaki lub loże lub równowartość w konsumpcji). Obsługa bardzo dba bowiem o to, żeby nie wchodziły tam osoby tzw. przypadkowe.
W klubie największym atutem jest basen tzw. infinity pool, z barem, dobre drinki, kawy na zimno, przyzwoite jedzenie (ceny podobne jak w przeciętnej lansiarskiej restauracji w Alanyi) i atmosfera lansu i bałnsu. Często jest didżej, który na żywo miksuje fajne kawałki. Dwa razy w tygodniu rano są też regularne zajęcia jogi przy basenie, z anglojęzyczną instruktorką.
Zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc, i tak – mam słabość do takich lansiarskich miejsc, w końcu lata mieszkania w Alanyi poczyniły duże zmiany w moim mózgu :)

Wywiady i wizyty w zakładach pracy

W ostatnich tygodniach ukazał się ze mną ciekawy wywiad na blogu enesaj.pl – o tym jak uczyłam się języka tureckiego (zajrzyj tutaj), zajrzyjcie też do magazynu Escape Holidaycheck, gdzie też całkiem ciekawa rozmowa o tym jak mi się mieszka w Alanyi i o naszym polskim Stowarzyszeniu (przeczytasz tutaj).

 

No i cóż, to już chyba tyle z nowości i aktualności. Bo tak poza tym to… stara bida. Wciąż czekamy na upragniony deszcz :)