Stambuł, Kadıköy, 1 grudnia 2017

Czy kojarzysz takie uczucie błogości, kiedy wiesz, że jesteś w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie? Ogarnia Cię spokój, kojąca pewność, że nigdzie indziej – w tym właśnie momencie – nie byłoby Ci lepiej.

Czujesz się kompletnie – Ty jako Ty. Niczego nie brakuje. Obok płynie świat sprzymierzony z Tobą. Wyjątkowo jakoś ten świat nie przeszkadza, nie denerwuje, nie mierzi. Współistniejecie razem, puszczacie sobie życzliwe oczka.

Takie uczucia mają tendencję do szybkiego znikania. Potem tęsknisz do nich latami czy miesiącami. Może to był urlop, kiedy wreszcie nikt nie zawracał Ci głowy. Może piknik z rodziną, a może po prostu radość z wolnego popołudnia i świetnej czytanej właśnie książki. Wspólne wyjście do restauracji z kimś bliskim i ekstaza kulinarna. Albo poczucie satysfakcji, kiedy zmobilizujesz się do wyjścia na bieganie, spacer czy rower i wiesz, że było warto ruszyć się z kanapy.

Takie uczucie przychodzi do mnie regularnie. Dokładnie wiem, jakie warunki są potrzebne do tego, by się pojawiło.

Ale zanim przyjdzie, oczywiście w ogóle o tym nie myślę. Jestem pochłonięta załatwianiem, potem pakowaniem, potem zamartwianiem się, czy aby na pewno wszystko wzięłam. Do tego pamięć operacyjna: miejsca, rzeczy, adresy, mapy. Mózg pracuje na zwiększonych obrotach, chociaż po czasie zastanawiam się, czy aby na pewno było po co.

A potem tempo gwałtownie zwalnia. Podróżne zamieszanie odpłynęło. Dojechałam, zameldowałam się w hotelu, powiesiłam ubrania w szafie, ułożyłam kosmetyczkę w łazience, a pluszową koalę na łóżku. Momentalnie się zadomowiłam. Wiele mi nie potrzeba. To niesamowite, że codziennie otaczamy się tak wieloma rzeczami, podczas gdy w podróży wystarczy nam zawartość jednej walizki.

Pospacerowałam po okolicy, zorientowałam się gdzie jestem. I już.

Bycie w podróży daje mi największe szczęście i jednocześnie największy spokój. Nie są ważne miejsca do których podróżuję – chociaż oczywiście byłoby dobrze, gdyby to były pobudzające kreatywność miasta. To tam czuję się najlepiej.

Na przykład taki Stambuł – zawsze nazywam go nieustającym Domem Pracy Twórczej. Ilekroć tu jestem (a piszę te słowa właśnie ze Stambułu) mój mózg po początkowym wspomnianym zamieszaniu przeskakuje z piątego biegu na tak zwany luz. Zamiast myśleć o zmartwieniach, problemach, zamiast obsesji kontrolowania wszystkiego – pojawiają się pomysły, obrazy, słowa. Wirują idee, a zmęczona dotychczas głowa napełnia się świeżym powietrzem. Wszystko co chcę, o czym marzę, do czego dążę – a o czym zapominam w codziennej rutynie i pokonywaniu zmartwień – wraca ze zdwojoną siłą. Przypominają się życiowe priorytety.

Drugiego dnia jem śniadanie w hotelowej restauracji. Wspominałam już kiedyś, że uwielbiam mieszkać w hotelach. A czy dodałam, że uwielbiam podróżować samotnie? Na co dzień nie brakuje mi ludzi. Mam z nimi nieustanny kontakt: wirtualny i realny.  Każdy wciąż do mnie pisze, o coś pyta, czegoś oczekuje.

Będąc w podróży mogę się spotkać ze znajomymi mieszkającymi na miejscu na kawę czy obiad, możemy wspólnie pozwiedzać. To prawdziwa przyjemność. Zalety internetu, że nigdzie nie czuję się samotnie.

Ale większość czasu wolę spędzać sama.

Chyba właśnie dlatego, że to jest mi potrzebne. Właśnie to bycie samemu daje mi przestrzeń, w której mogę poczuć największy spokój.

Dlatego świadomie wybieram podróże w pojedynkę. Sprytnie to organizuję, bo przecież wystarczy zaaranżować dłuższą przesiadkę w podróży do Polski. Linie lotnicze tylko mi sprzyjają, oferując dogodniejsze godziny i ceny połączeń z przesiadką niż bez. Przesiadka oczywiście… w Stambule. Sprawdzam, czy lot z dwugodzinnym oczekiwaniem na lotnisku ma silną cenową konkurencję z postaci oczekiwania… 3 dniowego.

Ma.

Nie posiadam się z radości. Bukuję bilety z trzema nocami pobytu w Stambule i już wiem, że będę w siódmym niebie.

Korzystanie z długiej przesiadki ma jeszcze jedną zaletę. Podczas takiego pobytu jestem trochę wyrwana z kontekstu. Ani w domu w Alanyi, w Turcji, ani w Poznaniu, w Polsce. Nie rozpraszają mnie codzienne problemy, nie ma rzeczy do załatwienia, zakupów do zrobienia, kredytu do spłacenia, nawet łóżko w pokoju hotelowym ścieli przecież ktoś inny.

Będąc w podróży jestem w rozkroku pomiędzy dwoma światami, w których nieustannie na co dzień funkcjonuję. Tymczasowość jest moją ucieczką i wybawieniem – chociaż na te trzy dni.

Już nie ma mnie w Alanyi, ale jeszcze nie ma w Poznaniu. Jestem pomiędzy. Jestem nigdzie. Spokojna, wolna. Nikt mnie tu nie zna. Niczego nie oczekuje. O nic nie prosi.

W pełni rozumiem pisarzy, twórców, naukowców, którzy niegdyś wybierali się w podróż na inny kontynent albo chociaż do innego kraju czy miasta właśnie po to, by w spokoju dokończyć pracę nad książką, materiałem, badaniami.

Bycie w podróży, bycie w innym miejscu poza oczywistym oddaleniem od codzienności zmienia perspektywę. Zmysły stają się wyczulone: wszystko jest nowe. Uliczni sprzedawcy simitów albo zbieracze staroci, którzy wyrywają Cię z zamyślenia nawołując jednostajnie. Krzyczenie mew. To mewa? Brzmi jak miauczący kot albo płacz dziecka. Nie, jednak mewa. Tak blisko – mewy? No tak, w końcu jestem nad samym Bosforem.

To dlatego właśnie zmiana jest najpiękniejszym prezentem, jaki można podarować samemu sobie na urodziny albo i bez powodu. Inna perspektywa, wyrwanie się z rutyny, nawet brak ulubionego kremu do rąk, odżywki do włosów i ulubionej koszulki (zapomniałam spakować). Nawet takie drobiazgi pozwalają przypomnieć sobie na nowo kim jesteśmy i o co nam w ogóle chodzi. Albo o tym, że bez odżywki, kremu czy koszulki naprawdę nic się w nas nie zmienia.

Ech, gdyby ta przesiadka mogła trwać więcej niż trzy dni…! Ech, gdybym mogła tu posiedzieć trzy tygodnie! Codziennie odkrywać nowe stambulskie zaułki, chodzić z laptopem do jednej z kawiarni, która stałaby się moją ulubioną na ten krótki czas. Stworzyć sobie małą codzienność, małe zwyczaje w tych nowych okolicznościach. I pisać, pisać, pisać.

Bo, jakkolwiek grafomańsko to brzmi, to pisanie jest sensem mojego życia. Nie umiem inaczej, nie umiem bez. Nie potrafię tak po prostu pracować i funkcjonować, gotować obiad, myć naczynia, nie pisząc o tym. Bez pisania byłabym niepełna.

Pewnie dlatego piszę właściwie od dziecka. I zapewne będę to robić do śmierci, choćby i nikt mnie nie czytał :)

Kto wie, może takie trzy tygodnie w Stambule wystarczyłyby mi na stworzenie chociaż zalążka nowej książki, na którą pomysł od dawna wiruje w głowie? Na co dzień wciąż co innego jest ważniejsze. Z czegoś przecież trzeba żyć, jakoś ogarniać codzienność, naczynia w zlewie się same nie umyją, zakupy nie zrobią, a kredyty nie spłacą.

Cóż, trzytygodniowy dom pracy twórczej w Stambule wciąż pozostaje niedoścignionym marzeniem. Może kiedyś. Kto wie. Jak Agatha Christie w hotelu Pera. Nie śmiejcie się z porównania; od początku mojego pobytu w Turcji prawie każdy Turek czy Turczynka słysząc moje imię dopowiada tylko „Ach… Agatha Christie. Ty też piszesz?” – i milknie kiedy odpowiadam twierdząco :)

Aby ten wpis nie był tylko taki refleksyjny poniżej umieszczam kilka filmików, które dodałam ostatnio, a które mogliście przegapić:

I promocyjny z gwiazdkowym rabatem 30% na moją książkę:

Bardziej konkretnie o Stambule (wraz ze zdjęciami) będzie osobno na blogu, jak tylko ogarnę się nieco bardziej w moim pobycie w Polsce. Zostańcie na linii!