nowa porcja kulturowych roznic polska turcja

Im dłużej w Turcji, tym częściej wpada się na nowe wnioski dotyczące starych faktów. Z czymś żyje się już kilka lat, zaakceptowało to, pogodziło się, nawet polubiło, ale zapomniało że… w Polsce tak nie ma!

Do takich wniosków dochodzi się zupełnie przypadkiem. Zazwyczaj dzięki kontaktowi z kompletnie „zieloną” w temacie Turcji osobą. Samemu nie ma się już dystansu, wszystko jest oswojone i dobrze znane. Aż tu nagle wpada do Ciebie w odwiedziny ktoś z Polski i zadaje dziwne pytania rozpoczynające się od „dlaczego oni…?” Albo nie pyta, tylko komentuje tak jak Obelix w komiksie „Ale głupi ci Rzymianie!” (zawsze mnie ten Obelix bawi).

Kiedyś już spisywałam listę kulturowych nieporozumień [tutaj] i myślę, że pora na ciąg dalszy. Tak, taka lista kulturowych różnic nigdy się chyba nie wyczerpie… zawsze natkniemy się na coś nowego, z czego wcześniej nie zdawaliśmy sobie w ogóle sprawy. Mnie już to nawet nie denerwuje, chyba nawet do tego się w końcu przyzwyczaiłam – że zawsze „wyskoczy” coś nowego, o czym nie miało się pojęcia. Ech, ta Turcja ;)

Nowa porcja kulturowych różnic pomiędzy Polską a Turcją

Inny rozkład i wygląd posiłków

W Polsce takie klasyczne posiłki to: śniadanie (kanapki), obiad (w idealnym świecie dwudaniowy, no ale zawsze minimum w formie kilku składników podanych na talerzu), kolacja (kanapki).
W Turcji klasyczne posiłki to:

  • śniadanie – 100 małych talerzyków z serkami, dżemami, jajecznicami, w których moczymy nasz podarty na kawałki chleb, a nie tam jakieś kanapki.
  • obiad – tak zwane sulu yemek, czyli obojętnie jakie warzywa gotowane w wodzie z koncentratem pomidorowym, do tego biały ryż, bulgur, albo ewentualnie zupa.
  • kolacja, która także jest daniem na ciepło, dość sytym, w podobnym klimacie jak obiad, ale np. z mięsem, a nie jakieś tam kanapki :)

Największa różnica w tej kwestii z Polską to wygląd takiego dania. Nasz obiad ma wyraźnie oddzielone od siebie składniki: osobno ugotowane ziemniaki / kasza / ryż, i osobno sałatka czy jakieś warzywa. Dla Turków takie danie jest „suche”. W Turcji zazwyczaj wszystko jest wymieszane i wodniste. Dania z gatunku sulu yemek różnią się tylko składnikami, więc mamy na przykład patlıcan yemeği (gdzie numerem jeden jest bakłażan), bezelye yemeği (główny bohater to groszek) albo nohut yemeği (ciecierzyca). Smak pozostaje ten sam.

Z kolei kanapki to też ciekawa różnica. Z typowego tureckiego chleba nie da się fizycznie zrobić polskiej kanapki – nie jest on do tego stworzony, i już. Chleb jest miękki i pulchny. Idealnie nadaje się za to do tego, żeby używać go jako łyżki, np. nabierając nim dżem, miód, czy inne smakowitości. Ale już pokroić go w proste kromki, posmarować masłem, położyć na wierzchu kompozycję ogórka, pomidorka, serka – raczej niewykonalne.

Dlatego też konsumpcja śniadania wygląda w Turcji tak, że chleba używa się jako „popychacza” do wszystkich wiktuałów, które leżą na tych stu talerzykach. Nabierasz sobie widelcem oliwkę, zagryzasz kawałkiem maczanego w oliwie chleba, potem przegryzasz pomidorkiem, ogórkiem, a to co Ci zostanie maczasz w dżemie. A właśnie, dżemy…

Dżemy mają inną konsystencję

W Polsce dżemy są bardziej zwarte, owoce w nich są drobno poszatkowane, łatwo je posmarować na chlebie, albo nafaszerować nim bułeczkę czy ciasto. W Turcji dżem jest – znów – wodnisty. Mnóstwo słodkiego płynu w którym utopiono owoce… w całości albo wielkich kawałkach. Taki na przykład słynny dżem z pigwy czy figi to wielkie kawały, z którymi nigdy nie wiem co zrobić, bo na pewno nie da się tym czegokolwiek posmarować.

Mam na to receptę: kupuję bezcukrowe (już takie są!) dżemy z jeżyn czy malin – siłą rzeczy ich konsystencja jest bardziej „polska”. Albo… zamawiam u rodziny z Polski prawdziwe polskie powidła. Dodatkowy plus, że dla Króla Pomarańczy są one niejadalne i zostaje więcej dla mnie :)

Bywanie w gościach wygląda zupełnie inaczej

Przede wszystkim w tureckich domach zdejmuje się buty w korytarzu, przed wejściem. Potem przechodzi do salonu i tam siedzi, siedzi, siedzi. I gada, gada, gada. W międzyczasie gospodynie przynoszą herbatę, jakieś drobne przekąski (choć i nie jest to niezbędne), i dolewają tej herbaty gościom tak, żeby sami nie musieli biegać za czajnikiem. Doprowadza to do tego, że można przesiedzieć jak kołek ze 3 godziny w jednym miejscu, wciąż gorączkowo szukając w głowie tematów do rozmowy.

Oczywiście jeśli nie jest to bardzo oficjalna wizyta i trochę już się znamy, można wstać i zaproponować dziewczynom pomoc w kuchni (w kuchni, jak w każdym chyba kraju na świecie, nie ma różnic kulturowych – odbywają się tam najszczersze rozmowy i najlepsze imprezy, a atmosfera jest najbardziej naturalna w całym domu :))

A potem przychodzi pora, żeby iść do domu. Wielki wstyd byłby, gdyby gospodyni zasugerowała, że pora już zakończyć wizytę (moja teściowa próbowała kiedyś wymownie ziewać, żeby goście załapali, że już jest godzina 1 w nocy. Nic nie pomogło, a ja skręcałam się ze śmiechu). Odwrotnie: goście sugerują, że pora już iść, na co gospodarze zaczynają krzyczeć i protestować, że jeszcze za wcześnie. Goście grzecznie zostają na swoich miejscach i ponowną próbę podejmują po kolejnych 30 minutach czy godzinie (zależy od wyczucia gości). Tym razem nie ma już protestów, wszyscy zrywają się z kanap i foteli i ruszają do wyjścia, wylewnie dziękując i żegnając się. Raz, dwa i nikogo w domu nie ma.

W Polsce, na co zwrócił mi uwagę brat Króla Pomarańczy, klimat wychodzenia z wizyty jest zupełnie inny. Polscy goście wstają do wyjścia, idą do korytarza i stoją tam kolejne 30 minut dowcipkując i żartując, i przypominając sobie niezwykle ważne tematy do poruszenia. Brat K.P. dziwi się niezmiernie, że stoją, zamiast siedzieć i że odmawiają zajęcia ponownie miejsc, bo „przecież już wychodzili”. Faktycznie, trzeba przyznać, że jest to dziwne a jednocześnie bardzo typowe dla Polaków :)

Nie planuje się, nie spisuje, nie prowadzi kalendarzy

Oczywiście wiem, że operuję tu teraz bardzo niesprawiedliwym stereotypem, co ja na to poradzę? Na pewno istnieją Turcy którzy wszystkie wydatki zapisują w notesikach, planują kolejne zakupy, wszystkie papiery trzymają w jednym miejscu a do tego prowadzą drobiazgowe zapiski w kalendarzach. Pewnie mam pecha, bo żadnego takiego jak dotąd nie poznałam :)

Nawet osoby prowadzące własne biznesy (i kobiety, i mężczyźni) są kompletnymi „nogami” w kwestii planowania. Planowanie raczej uskutecznia się w głowie i rozmowach, ale na papierze… to jakoś bez sensu. Sama mam opinię niezwykle uporządkowanej osoby, bo co roku kupuję nowy kalendarz i wpisuję w nim wszystkie bieżące obowiązki, rzeczy do załatwienia i kupienia. No… taka dziwna Europejka.

Modlitwa nie wymaga bycia w osobności

Coś, co do dzisiaj bardzo mnie szokuje i wprawia w zakłopotanie. Modlitwa dla muzułmanów to coś codziennego, oczywistego i coś co… nie wymaga bycia w ciszy i odosobnieniu. Przynajmniej tak to rozumiem na podstawie moich obserwacji. Dla nas kwestia dość nietypowa i chyba drażliwa, bo przy okazji pojawia się temat „zawłaszczania przestrzeni” przez muzułmanów w miejscach publicznych, np. modlitwy na placykach czy w miejscu pracy. W chrześcijaństwie modlitwa jest jednak albo w specjalnym miejscu – na przykład w kaplicy czy kościele – albo w odosobnieniu, ciszy, skupieniu.

Tymczasem dla muzułmanina kwestia pomodlenia się to coś tak normalnego, że nie potrzebuje do tego specjalnego miejsca. Owszem, jeśli takie ma, to z niego korzysta. Jeśli nie – nie ma problemu i może się nawet modlić w korytarzu mieszkania, o ile jest tam czysto, no i o ile ma się dywanik modlitewny. Zdarzało mi się przechodzić (np. do toalety) obok modlącej się osoby i zawsze było mi z tym bardzo dziwnie. Tymczasem ta osoba… nie zwracała kompletnie na mnie uwagi.

Zupełnie inne podejście do dzieci

W Turcji dzieci traktowane są z dużo większą swobodą niż nasze, polskie. Oczywiście znów – nie dotyczy to wszystkich, ale uderzyło mnie to jako pewnego rodzaju tendencja. W Polsce rodzice raczej chronią swoje dzieci przed kontaktem z obcymi albo przed jakimś mniej lub bardziej domniemanym niebezpieczeństwem. Jest to jak najbardziej godne pochwały, ale czasem wydaje się… zastanawiające, kiedy porówna się tureckie dzieci.

Te z kolei wciąż są poza domem i poza kontrolą. Same wychodzą z domu do sklepu kupić sobie batonika w sklepie nieopodal (mówię o kilkulatkach), same idą odwiedzić dzieci sąsiadki, same się bawią, bo rodzice mają inne sprawy na głowie. Rodzice jakoś specjalnie nie skupiają się na ich zajęciach, nie wymyślają im rzeczy „do roboty”, raczej uznają, że dzieci same coś sobie „do roboty” znajdą. Co różnie się potem kończy…

Jakkolwiek trudno jest oceniać takie podejście, bo ma swoje plusy i minusy (podobnie jak polskie), trzeba przyznać że tureckie dzieciaki są zdecydowanie bardziej kontaktowe, pewne siebie, przyzwyczajone do obecności innych ludzi, potrafią się zająć sobą nawzajem.

Zresztą… co tu dużo mówić, o dzieciach na pewno sporo wpisów się pojawi jak już mój własny Książę Pomarańczy pojawi się na świecie ;)

Mniejsza potrzeba samotności

O tym było już wiele razy i na blogu, i w książce. Ale jednak w kolejnych etapach mojego mieszkania w Turcji na nowo to zaskakuje. Turcy lubią spędzać czas razem i osoba która przebywa w samotności według nich wymaga opieki i pomocy. To nie tak, że lubisz sobie posiedzieć sam/a w domu, dłubiąc coś na komputerze. Albo że odmawiasz spotkania, bo chcesz trochę czasu spędzić samotnie. To raczej podejrzane, może coś knujesz? Może po prostu nie chcesz się z kimś spotkać i wymyślasz jakiś dziwny powód?

Wiem o tym doskonale, bo uwielbiam spędzać czas sama. Nie zawsze, ale regularnie taka samotność jest mi bardzo potrzebna do utrzymania higieny psychicznej. Obecność ludzi obok 24 godziny na dobę jest dla mnie na dłuższą metę nie do zniesienia, i to dotyczy nawet bardzo bliskich mi osób. Trudno to wytłumaczyć typowemu Turkowi (a jeszcze trudniej – Turczynce). Za to w Europie nie budzi to zdziwienia.

Brak przywiązania do prywatności

Prywatność? Ale po co? – tak mi się wydaje po odwiedzeniu tureckiej przychodni, jakiegoś banku czy urzędu. Ochrona danych osobowych? Zapomnij.

Drzwi u pielęgniarek w przychodniach są prawie zawsze otwarte. Kiedy ty masz pobieraną krew, nad Tobą stoją już 3 inne osoby w kolejce. Mało kto przejmuje się tym, że chcesz z pielęgniarką porozmawiać sama (szczególnie jeśli np. dotyczy to Twojej pierwszej ciąży). Klasyczna sytuacja z mojego obecnego życia, to: ja mam sprawdzaną wagę i inne parametry, a zaraz obok druga pielęgniarka waży noworodka jakiejś pani i udziela jej porad. Tak, w tym samym pomieszczeniu :)

Uderzyło mnie, kiedy w polskim banku kwota, którą chciałabym wypłacić z konta jest zapisywana na kartce przez obsługę, żeby nikt mnie nie słyszał, jak się domyślam – w trosce o moje bezpieczeństwo. W Turcji nikt takimi „drobiazgami” nie zawraca sobie głowy. Przynajmniej na razie. Pewnie i to się zmieni (bo zmienia się wszystko), ale na razie osobiste dane nie są w żaden sposób chronione. Kiedy idziesz na wybory głosować (nie mam prawa głosu, ale zaglądałam do lokali wyborczych) listy uprawnionych do głosowania wiszą sobie na drzwiach wraz z ich adresami. Zawsze bardzo mnie to szokuje ;)

Gadulstwo i wszystkie jego skutki

Najlepiej to widać w telewizji. 15-minutowy serwis informacyjny? W Turcji nie przejdzie. Wiadomości trwają minimum pół godziny, a główne serwisy i godzinę. Każdy news jest rozkładany na czynniki pierwsze, przy czym realna ilość informacji jest taka, że Europejczyk zawarłby ją w jednym zdaniu.
Podobnie te seriale tureckie, temat dobrze Wam znany. Dla mnie to klasyczny przykład tureckiego rozgadania. Akcja w tureckim serialu ciągnie się jak flaki z olejem. Zawsze się śmiejemy z K.P. oglądając jakiś film lub serial, że podczas gdy Turcy co tydzień od dwóch sezonów otrzymują 3-godzinną mozolnie ciągnącą się akcję, Amerykanie tę samą historię zawarliby w kilku odcinkach.

Programy publicystyczne to jeszcze bardziej dobitny przykład. Albo analizy piłkarskie po meczach. Jezusieńku, ile to trwa! Ile przy tym gadania, ile kombinacji, ile wniosków! Turcy naprawdę uwielbiają gadanie dla samego gadania. Nie, że ma to jakiś cel komunikacyjny, w ogóle mam wrażenie, że nie o to w tym chodzi. Umieszczają w studiu 5 różnych osób i prowadzącego i patrzą co się wydarzy. I… zawsze się coś dzieje, bo wszyscy muszą się nagadać ;)

Większa bezpośredniość

Im dłużej mieszkam w Turcji, tym bardziej bezpośrednia się staję. Kiedyś zachowanie formalizmu było dla mnie czymś naturalnym. Teraz bardzo szybko przechodzę z ludźmi na „ty”, zagaduję panie w sklepie, szybciej nawiązuję kontakt. To ewidentny wpływ Turcji!

Turcy nie mają żadnego problemu z rozmową z kompletnie obcą osobą np. w autobusie czy samolocie. Nie robią tego z uprzejmości, tylko pewnie z poczucia, że przecież całą podróż będzie im się nudziło (a więc nam, usadowionym w fotelu obok, też). Zawsze porównuję latających samolotami Turków i Niemców (z Polakami jakoś latam najrzadziej). Niemcy podróżują we względnym spokoju i ciszy. Na pokładzie samolotu z Turkami panuje hałas i jazgot. Szczególnie po wylądowaniu. Nagle wszyscy zaczynają ze sobą rozmawiać, wypytują o powód podróży, o rodzinę, czasem te pytania są naprawdę bardzo osobiste. Nikomu to najwyraźniej nie przeszkadza (czyżby tylko mi?) :)


Cóż, ciąg dalszy nastąpi, to pewne ;) Co jakiś czas przychodzą mi do głowy jakieś odkrywcze wnioski a potem… zapominam i żyję dalej. Tym razem postaram się je spisywać, ku pamięci i Waszej uciesze.

A gdyby ktoś był ciekawy mojej książki o której wspominałam w tekście, albo rzadko zagląda na Facebooka, to informuję, że książkę możecie kupić nie tylko w druku i jako ebook, ale także od 1 marca jako audiobook (do słuchania!). Co więcej, cały tekst czytam ja, pod czujnym okiem mojego brata, profesjonalnego lektora :)
Informacje o książce i próbka nagrania znajdują się tutaj: KLIK