Syn mój, Księciem Pomarańczy zwany, niewątpliwie padł całkiem blisko od jabłoni, znaczy, swej matki. Kiedy piszę te słowa nie skończył jeszcze czterech miesięcy a oto leciał już samolotem, podróżował pociągiem PKP (i co z tego, że w przedziale dla rowerów), poznańskim tramwajem, wszelakimi autobusami, no i, rzecz jasna, samochodem. Do pełni szczęścia brakuje mu tylko jakiegoś wodnego środka lokomocji a i to postaram się zapewnić niebawem.
W sumie trudno się dziwić, skoro jeszcze w brzuchu mym będąc podróżował ze mną po Stambule i wspinał się po krętych uliczkach dzielnicy Balat.

Kiedy trzy tygodnie temu wsiadaliśmy w samolot aby odbyć pierwszą podróż z kraju jego urodzenia i kraju ojca do ojczyzny mamy, pełna byłam obaw i, jak to się mówi, z pewną taką nieśmiałością pakowałam walizki. Wiedziałam, że od tej pierwszej podróży wiele zależy. Nie, nie dla niego – mówi się przecież, że z niemowlakiem do 6 miesięcy podróżuje się najłatwiej – tylko dla mnie. Przyzwyczajona jestem bowiem do samotnego podróżowania, niezależności, słuchawek w uszach i podniebnej ekstazy podróżnej. Podróżowanie to taki mój Dom Pracy Twórczej w wersji dla ubogich. W drodze dopiero mogę się w pełni odłączyć od codziennych trosk, zrelaksować głowę, oczyścić myśli. Droga jest moim celem – to za byciem w drodze tęsknię nawet bardziej, niż za poznawaniem nowych miejsc.

A tu taki psikus – małe dziecko, angażujący w tysiącu procentach bobas, który wyszedł z moich dróg rodnych parę miesięcy wcześniej i na kórego będę musiała, delikatnie rzecz ujmując, zwrócić uwagę. Kto by się spodziewał!

Jeśli, rozkminiałam przygotowując się do tego pierwszego lotu z Azji do Europy, nabawię się za pierwszym razem jakiejś traumy, to klapa. Ile razy to przecież pomstowałam na Bogu ducha winne dzieciaki lub/i ich rodziców, obok których sadzano mnie w samolocie! Nie potrafiłam sobie wyobrazić większej klęski niż moje dziecko które płacze w podróży, które bolą uszy, które nudzi się albo cierpi, że matka (a także ojciec, wcale nie lepszy ananas) wozi je po świecie.

Wmówiłam sobie zatem, że musi się udać. Że mój syn, nie tylko Księciem Pomarańczy ale i Lewkiem zwany (małym Lwem znaczy, o genezie tego pseudo innym razem), dzielnie i dumnie zniesie podróż i pokocha bycie w ruchu tak samo, jak kocha je jego rodzona matka. Oczywiście poza trenowaniem nastawienia i pewności siebie czytałam także podróżnicze blogi i szperałam po forach turystycznych dla międzykulturowych mam. Kto jak kto, ale one podróżnicze triki opanowały do perfekcji.

Mimo przygotowania teoretycznego i praktycznego i bagatelizowania mojego zdenerwowania w dniu wyjazdu miałam oczywiście reisefieber giganta. Podobnej rangi stres podróżny zaliczyłam jak dotąd tylko przed wyjazdem do Australii, ale wtedy miałam ze sobą dorosłego towarzysza podróży (Król Pomarańczy), którego mogłam denerwować niekończącym się monologiem na temat kosmetyczki wypchanej niezbędnymi na 3-miesięczną podróż rzeczami, zapomnianej w naszej łazience.

Nie zdziwicie się jednak, jeśli teraz przechodząc do sedna powiem, że pierwsza podróż minęła nam super? Ponieważ wielu z Was pyta mnie o wrażenia i wskazówki do podróży z niemowlakiem, oto spisane moje wrażenia ku potomności i otusze, bo i może kogoś z Was taka podróż czeka.

Podróżowanie z niemowlakiem czyli nasz pierwszy lot

1. Podróżowaliśmy czarterem. Oczywiście gdybym mogła wybrałabym tureckie linie narodowe Turkish Airlines, których jestem fanką, ale wolałam jednak pierwszą podróż zaliczyć możliwie najprościej, bez przesiadki, na lotnisko docelowe w Poznaniu. Na podróże z przesiadkami mamy jeszcze czas :)

2. Na lotnisko zawiózł nas Król Pomarańczy, niemniej przejęty i przybity faktem, że rozstaje się ze swoim pierworodnym na tak długo. Jakby ktoś zastanawiał się (a są tacy, nie będę pokazywać palcami), czy jako mąż Turek musiał mi wystawić jakieś pozwolenie na samotną podróż z dzieckiem za granicę, odpowiem od razu, że nie :)

3. Bagaż po wielu kombinacjach przygotowałam następujący: moją dużą walizkę nadawałam jako bagaż główny, natomiast jako podręczny użyłam lekkiej czterokółkowej walizki (w niej był chociażby laptop, bez którego, jako kobieta interesu i blogosfery, nigdzie na dłużej się nie ruszam), i do tego lekkiej płóciennej torby którą wypchałam całkowicie rzeczami dla Księcia na samą podróż. No, prawie całkowicie. O tym zaraz. Walizkę w samolocie wrzuciłam na półkę nad fotelami – a raczej poprosiłam jednego z pasażerów o pomoc – a torba wylądowała pod fotelem, by najważniejsze dziecięce drobiazgi mieć pod reką podczas lotu.

4. Do hali odpraw weszliśmy razem z K.P., miałam więc pomoc przy kontroli bagażu i jego odprawianiu, ale widząc życzliwość tureckich pracowników nie boję się już kolejnym razem przechodzić przez to sama: wszyscy reagowali na dziecko bardzo sympatycznie (to zresztą turecki klasyk), pomagali z tobołkami, a mnie niosącą dziecko na rękach kazano ominąć bramkę promieni x-ray, co już kompletnie mnie rozczuliło.
Kiedy potem, już sama, przechodziłam na piętrze drugą kontrolę bezpieczeństwa, jedna z Turczynek po prostu wzięła Młodego na ręce, po to bym mogła ogarnąć się z bagażem, pozapinać z powrotem wszystko, z czym zresztą pomógł mi jej kolega (zapinając moje nosidło).

5. Podczas odprawy poprosiłam o miejsce w samolocie od strony korytarza. Oczywiście Książę, który podróżuje bez własnego przydziału fotela i bagażu (i w większości linii za darmo) musi podczas podróży siedzieć na moich kolanach (mimo, że fizycznie jeszcze nie siedzi), ale spróbowałam swoich szans i zapytałam panią o możliwość przydzielenia mi miejsca obok pustego fotela. Okazało się jednak, że cały samolot będzie pełen. Gdyby nie był, zostałam zapewniona, że dostałabym takie miejsce. Cóż, może następnym razem – warto zapytać :)

6. Pomysł wybrania się w podróż z wózkiem od razu odrzuciłam. Targanie wózka i walizki naraz wydało mi się ponad moje siły i koordynację ruchową, stwierdziłam więc że pozostawię wózek w Turcji a na miejscu w Poznaniu pożyczę od znajomych. Jak zwykle okazało się, że na przyjaciół można liczyć. Została więc kwestia przetransportowania w jakiś sposób dziecka. Zdecydowałam się na nosidło turystyczne. Mimo, że tak małe dziecko nie powinno być jeszcze w nim noszone, stwierdziłam, że to najlepsza opcja a od spacerku po lotnisku w nosidle dziecku się na pewno nic nie zdąży stać. Ja zyskałam za to dwie wolne ręce i był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. W drogę powrotną do Turcji pojedziemy już z chustą kółkową, której nie miałam wcześniej.

7. Warto wiedzieć, że w Turcji rodziny z dziećmi do 2 lat odprawiane są poza kolejnością. Właściwie to wydaje mi się, że powinno tak być wszędzie, no ale chyba jednak nie jest. W Turcji nikt nie robi problemu i zaoszczędziło mi to wiele stresu i stania z ponad 7-kilowym bebekiem w długiej kolejce. Zresztą inni pasażerowie (Polacy) wypoczęci po wakacjach pozytywnie reagowali na takiego malucha, nikt się nawet nie skrzywił.

8. Jako ciekawostkę dodam, bo wielu z Was o to pyta, że Książę jest obywatelem jednocześnie polskim i tureckim. Szczęściarz! Jeszcze w Alanyi podczas dyżuru naszego polskiego konsula złożyliśmy wniosek o polski paszport tymczasowy i otrzymaliśmy go kurierem po tygodniu czy dwóch. W praktyce wyglądało to więc tak, że wyjeżdżając z Turcji na lotnisku okazywałam cokolwiek zdziwionemu granicznikowi turecki dowód osobisty syna, a w Polsce legitymowaliśmy się już polskim paszportem.

9. W torbie z rzeczami Księcia znalazły się: zapasowe pieluszki, komplet ubranek na zmianę, cieplejsza bluza i skarpetki na wypadek zbyt mocno rozkręconej klimatyzacji (nie użyłam), duża bambusowa pieluszka-kocyk do okrycia (najlepsza rzecz), chusta do karmienia, zabawka pluszak, nawilżane chusteczki, oraz tak niezbędne dla dziecka rzeczy jak: słodycze, mp3 i słuchawki, kijek do selfie oraz czytnik Kindle (musiałam je włożyć po to chyba by dobitnie zrozumieć, że nie będą mi potrzebne, że pewna era się skończyła, no i faktycznie nie były :))
Na samym lotnisku przed wejściem do gate’u zaopatrzyłam się w wodę i sok, nie sprawdziłam więc, czy faktycznie kontrola bezpieczeństwa pozwala rodzicom małych dzieci wnosić wodę na pokład (podobno tak jest, ktoś potwierdzi?)

10. Przed wejściem do gate’u nakarmiłam Księcia i skorzystałam z lotniskowego przewijaka, a następnie czilowaliśmy sobie na ławeczce, ja z mrożoną kawą, Książę z bambusowym kocykiem w dłoni, i udawaliśmy, że jesteśmy bardzo zen.

11. Sam lot minął super. Towarzysze podróży okazali się bardzo sympatyczni i pomocni, a ja przekonałam się po raz kolejny, że mając dziecko częściej wdaję się w pogawędki z ludźmi, co wcześniej, podróżując samotnie, nie bardzo lubiłam. Chwilę zajęło mi zrozumienie tego jak działa specjalny pas bezpieczeństwa dla małych dzieci, ale zanim to nastąpiło, zapięła nam go stewardessa (notabene w której zakochał się potem Lewko, i którą ostrzegałam: „Niech Pani uważa, to jest Turek!”). Kiedy samolot kołował Książę już spał, lekko pochrapując. Podczas lotu trochę spał, trochę czuwał, trochę pił, a trochę flirtował ze stewardessą (klasyk) a kiedy przyszła pora lądowania nie umiał już zasnąć i był to jedyny moment, kiedy widać było po nim lekkie zniecierpliwienie. W sumie się nie dziwię, 3.5 godziny w ciasnej pełnej ludzi puszce, bez muzyki, jakiejś dobrej książki albo szklaneczki czegoś mocniejszego mogą wykończyć każdego. Pokonanie różnicy ciśnień nie stanowiło większego problemu, chociaż stewardessy wspomniały, że zazwyczaj dyskomfort przeżywają starsze dzieci. Cóż, mnie nigdy w samolocie nie bolały uszy i po prostu lubię latać, liczyłam więc na to że mój spokój udzieli się dziecku i liczę, że będzie się udzielał podczas kolejnych podniebnych podróży. Mogę potwierdzić to o czym tyle czytałam: spokojna mama to spokojne dziecko.

12. Podczas lotu nie było potrzeby przewijać Księcia, ale w razie czego uprzejmie informuję, że toaleta z przewijakiem jest zazwyczaj na tyle samolotu. A jeśli ktoś z Was także leciałby samotnie i potrzebował sam skorzystać z toalety, to można poprosić stewardessę aby wzięła dziecko na kolana i usiadła na naszym miejscu, lepsze to niż ekwilibrystyka z dzieckiem w ciasnej kabinie.

13. Poznań przywitał nas temperaturami +30 i ludźmi uważającymi, że wpadliśmy z tureckiego deszczu (znaczy, upału) pod polską rynnę. Cóż, polska pogoda tego lata nie może się nawet równać z tureckim ukropem i wilgotnością od których przecież uciekliśmy. Oboje z Księciem odetchnęliśmy w Polsce pełną piersią i zaczęliśmy wreszcie korzystać z życia! Na pamiątkę tego pełnego wrażeń dnia kupiłam synowi od stewardess model samolotu którym lecieliśmy. Cóż, nie jest to pluszowa maskotka albo drewniany gryzak, ale myślę że chłop doceni jak podrośnie i przestanie już wszystko pakować do buzi.

14. Na koniec dodam, że w tej beczce miodu znalazła się jednak łyżka dziegciu. Po takim dniu i de facto 9-godzinnej podróży Książę potrzebował trochę czasu by dojść do siebie. Mój rodzinny dom, znajome kąty, zapachy i tak dobrze mi znane dźwięki dla mojego potomka były szokującą dawką nowości. Noc była więc dla nas obojga trudna i bezsenna. Na szczęście potem wszystko szło już coraz lepiej i po 2 tygodniach obfitujących w polskie aktywności mogę powiedzieć, że mój syn czuje się w Polsce tak samo dobrze jak matka :)

Jeśli chcecie podzielić się swoimi doświadczeniami związanymi z podróżą z niemowlakiem to oczywiście zapraszam do komentowania pod tym wpisem :)