zycie rezydenta przy calej swojej specyfice ma jedna ceche, ktora czasami ciezko zniesc. BAGAZE. ciagle pakowanie sie i rozpakowywanie sie. to nie jest to, co znacie z wyjazdow wakacyjnych, kiedy bierze sie na dwa tygodnie same najlepsze ciuchy, kilka czasopism, kosmetykow, i aparat fotograficzny.
wieczny NADBAGAZ. to niesprawiedliwe, ze guidzi tez musza sie trzymac wytycznych pod tytulem: 20 kg limit bagazu + 5 kg bagazu podrecznego. niesprawiedliwe, bo nas nie ma w domach czesto po kilka miesiecy, a bagaz mamy miec tak samo ciezki jak turystow? na rezydenture zabiera sie oprocz prywatnych ciuchow takze uniformy, eleganckie buty, ciuchy na zimne wieczory (jak sie jest caly sezon to nie tylko slonce…), do tego ksiazki, przewodniki, slowniki, wlasne notatki… nie mowiac juz o zapasach ulubionych kosmetykow czy innych drobiazgach, ktore zabiera sie na tak dluga rozlake z domem…
I te ciagle pakowanie i przepakowywanie – na destynacjach (czyli w miejsach pobytu rezydenta) czesto tez sie przeprowadzamy. Dwa lata temu w Turcji przeprowadzalam sie 4 czy 5 razy, rok temu 2, a teraz w Maroku tylko (!) raz. Po zmniejszajacej sie liczbie przeprowadzek wnioskuje, ze po prostu pomalu pne sie po drabinie turystycznych osiagniec i moja sytuacja zaczyna sie stabilizowac… trzymajmy sie tej teorii bo jest calkiem mila :)

Ale wracajac do tematu przeprowadzek – nie jest to mile, no ale taki jest koszt tej pracy. I jeszcze to targanie sie z bagazem (wiekszosc przylotow jest z i do Warszawy) z lotniska na dworzec, i czekanie na dworcu na pociag, ktory nawet w Wielkanoc – w koncu kiedys przyjedzie (ja przylatuje okolo 18 do Polski a pociag mam o 23). Oberwane uchwyty walizek, telepiace sie kolka to codziennosc. Albo po prostu musze sobie kupic nowa solidna walizke :)

Wiec juz sie pakuje. Wracam do domu, przyznam szczerze, tesknilam.
Tu na miejscu wszystko zalatwione, rozliczone, odhaczone.
Caly pobyt obyl sie bez jakos drastycznie niemilych sytuacji, po poczatkowym okresie przerazenia wkroczylam w faze aklimatyzowania sie w nowym miejscu i po prostu sie przyzwyczailam. Zreszta ktory to juz raz…
Podobalo mi sie, zobaczylam wiele, nauczylam sie drugie tyle, i sprawdzilam w troszke innej pracy i nowym miejscu – wszystko na plus.

Teraz pare tygodni w Polsce i juz zacieram raczki na mysl o kolejnym wyjezdzie… :) Teraz juz prosto „do domu” czyli jak glosi haslo reklamowe Turcji 2007 – „Welcome home” – do wielu turystow nie bardzo trafiajace, ale dla mnie jak najbardziej – strzal w dziesiatke :)
(tak na marginesie to podejrzewam, ze haslo to adresowane jest juz do tych, ktorzy w Turcji byli, bo takich osob jest coraz wiecej, i ma na celu przyciagnac do kolejnej wizyty).

A teraz juz dosc pisania, bo przesiedze w tym biurze caly dzien. Szkoda by bylo – plaza czeka. Co prawda musze uwazac, bo wczoraj zatrulam sie chyba lunchem na miescie (albo lodami) – i cale popoludnie spedzilam w lozku.
Dzis jest juz dobrze, czuje sie swietnie, ale to moze byc zludne, wiec bede ostrozna :) – glupio by bylo gdybym z niestrawnoscia spedzila ostatnie dni pobytu…

Mialam plany troche pozwiedzac sam Agadir, niestety z powodu strajku taksowek (ciagnie sie juz 5 dzien, korporacje panstwowe – bo takie tu sa – domagaja sie swiadczen socjalnych) musze troche zmodyfikowac… Trudno to moze sobie wyobrazic bo w Polsce jest rozwinieta komunikacja autobusowo-tramwajowa, natomiast tutaj wszystko opiera sie na taksowkach i poruszac sie nimi jest najwygodniej i najtaniej.
Teraz po prostu trzeba liczyc na wlasne nogi, co nie nalezy do spraw latwych, jesli jest goraco a czlowiek niesie jakies papiery i pakunki do biura. Albo po prostu jest zmeczony :)

Dziekuje wszystkim czytaczom za obecnosc i komentarze :)
Do zobaczenia juz w Polsce – po swietach rzuce jeszcze jakimis impresjami z Maroka no i na pewno pojawia sie zdjecia na fotoblogu (a jest ich sporo). A potem, jesli wszystko wypali – Turcja – juz pod koniec kwietnia.

Merci, au revoir.
A bientot!