I znow to samo: Pozegnania, pakowania, a potem powitania, rozpakowywania. I tak w kolko. Co robic, c’est la vie :)

Piszac poprzednia notke o nadbagazu mialam cicha nadzieje, ze jakos uda mi sie „przesliznac” i nie zaplacic jednak tej okrutnej kwoty. Pierwszy lot – krolewskimi marokanskimi liniami lotniczymi (notabene naprawde swietna obsluga, jak to na krolewskie linie przystalo) – bez szwanku i straconego chocby centa, bo limit bagazu mielismy wszyscy po 30 kg. Moj bagaz wazyl 29, co przesadzilo sprawe, kiedy znalezlismy sie na Orly w Paryzu i przyszlo sie odprawic na lot tanimi liniami… 9 kg nadbagazu… co daje 72 euro do zaplaty. Oj, bolalo, i to bardzo, po kieszeni…

Pisze w liczbie mnogiej, bo wracalam razem z ostatnia grupa turystow – teraz juz konczy sie sezon „niski” zimowy w Maroku, zaczyna sie lato, i turystow z mojego biura bedzie raczej niewielu. Mam cicha nadzieje, ze moze uda mi sie wrocic za rok znow na zime – mimo poczatkowych klopotow z aklimatyzacja (wynikajacych zapewne z ciaglych porownan z Turcja) reszta pobytu uplynela bardzo przyjemnie, co prawda w spokojnym, nieco leniwym trybie (sympatyczni turysci, zadnych wiekszych sytuacji kryzysowych) – ale to dobrze, bo mam „naladowane akumulatory” na Turcje, gdzie w sezonie to jest naprawde ostra jazda bez trzymanki (Turcy to taki jednak specyficzny narod, ale o tym pewnie bede nie raz pisac podczas relacji z Alanyi).

Wracajac jeszcze do Maroka, byc moze wspominalam juz o kwestiach jezykowych – im dluzej tam bylam tym bardziej bylo odczuwalne, ze osoby znajace francuski sa traktowane lepiej, niz te wladajace wszelkimi innymi jezykami. Dla Marokanczykow, ktorzy francuskiego ucza sie od dziecka w szkolach znac francuski jest sprawa podstawowa. Na poczatku kiedy probowalam porozumiewac sie po angielsku wiele spraw zalatwialo sie duzo trudniej niz potem, kiedy powoli przechodzilam na francuski, i zaczelam zauwazac ze wszyscy nagle zrobili sie bardziej mili i otwarci w stosunku do mnie. Szkoda, ze bylam tam tak krotko, bo kiedy po francusku zaczelam juz niemal myslec, przyszedl czas na powrot… Bedac w Paryzu zakupilam w kiosku kilka czasopism, na przyklad jedno, bardzo ciekawe – „Medina” o Maroku, tak dla odmiany :) Mam nadzieje ze bedzie mnie to mobilizowac do pozostawania w kontakcie z tym jezykiem, tak na wszelki wypadek.

[Ta refleksja nastapila takze pod wplywem pobytu w Paryzu, kiedy udalo mi sie uciac kilka milych acz krotkich pogawedek z Francuzami pracujacymi na lotnisku ;) ]

W sumie moja podroz powrotna zajela 22 godziny – od 4 rano czasu marokanskiego, kiedy sie obudzilam, nie wierzac, ze to juz, do 4 nad ranem czasu polskiego, kiedy polozylam sie spac w moim poznanskim lozku (odejmuje dwie godziny, ktore „wyciela mi” zmiana czasu), tez tak naprawde nie wierzac, ze juz jestem w domu.
Dzisiaj rozpakowywalam wszystkie moje zdobycze – fakt, ze w Maroku mozna kupic mnostwo niedrogich upominkow, pamiatek, bzdurek, swiecidelek… – o wielu z nich zapomnialam, przeoczylam, mowiac sobie „Kupie nastepnym razem” – no i oczywiscie jakos wylatywalo z glowy – ale moze i dobrze, bo nadbagaz bylby jeszcze wiekszy :)

Nastepna notka (pewnie jutro) bedzie o stereotypach „brudnego Araba” i innych fascynujacych sprawach kulturowych, z mojej perspektywy oczywiscie… Na fotoblogu pojawia sie tez zdjecia – a zatem stay tuned :)