można nie ufać ludziom.
można nie ufać facetom.
a nawet trzeba.

ale zawsze, naprawdę zawsze, można ufać TURECKIM FRYZJEROM.

własnie bylam na strzyzeniu. nie dosc, ze zostalam perfekcyjnie obcieta, tak jak chcialam (a pewnie lepiej), to jeszcze wymasowano mi po myciu glowke bardzo dokladnie, tak, ze caly stres gitti (poszedl), a obciete juz wlosy wysuszono tak bezblednie, ze chodzilam po ulicy smiejac sie do siebie jak ta wariatka, bo wlosy mam teraz jak z reklamy szamponu ;)

czuje sie jak Miss Swiata, co moim zdaniem jest jedynym kryterium oceny fryzjera.
chodze do tureckich fryzjerow regularnie, od samego poczatku i pierwszego pobytu w Turcji, kiedy pracowalam z fryzjerem „przez sciane” i poddawana bylam jego eksperymentom, ze „strzyzeniem za pomoca ognia” na czele. nigdy, przenigdy, nie bylam rozczarowana.
czego nie mozna powiedziec, niestety, o polskich fryzjerkach. a tym bardziej marokanskich… (poszlam do marokanskiej fryzjerki sie ostrzyc, wydalam 10 euro, za kilka ruchow nozyczkami kompletnie nie umiejacej strzyc osoby – zamurowalo mnie).

polecam wszystkim przelamac leki i udac sie w Turcji do fryzjera.
zakladow fryzjerskich ci u nas, w Alanyi, dostatek.
wiekszosc mistrzow to mezczyzni, mlodzi, luzacko poubierani, ewidentnie lubiacy ta prace.
ruszaja nozyczkami jak szalency, robia glupie dowcipy, ale co do samej operacji poddawania wlosow zabiegom, sa niezrownani.

mowilam to juz wczesniej, ale teraz na forum publicznym niech stanie sie to moja zelazna zasada: jesli fryzjer, to tylko turecki :)