Jestem już z powrotem po wyprawie do Kopenhagi. Jak łatwo się domyślić, miasto bardzo mi się spodobało i już spieszę aby Czytelnikom parę słów o wrażeniach napisać ;)

Sam wyjazd miał ewidentnie charakter przyjacielsko-prywatny: odwiedzaliśmy kolegę tam studiującego (ach, ten Erasmus – gdybym była młodsza… ;))
Z Poznania dostaliśmy się do Świnoujścia pociągiem, a stamtąd promem do Kopenhagi, czyli „Portu handlarzy”. A że akurat szaleństwo przedświąteczne w rozkwicie… to było tłoczno, gwarno, turystycznie, i – mimo specyficznej „mżawkowej” pogody – bardzo ciepło ;) A i można nawet powiedzieć gorąco, szczególnie wieczorami (glogg czyli świąteczny grzaniec duński z dodatkiem rodzynek i migdałów zrobił swoje).

1. ROWERY
To najbardziej niesamowita dla nas, Polakow cecha tego miasta. Wszędzie rowery, i rowerzyści. Ale nie tak jak w Amsterdamie, gdzie rower wciska się między samochód a pieszego, po skosie, szybko, na zasadzie „kto pierwszy”… nie, w Danii jest zupełnie inaczej. Porządek, spokój, jasno określone zasady i… jakby to powiedzieć… kulturka. Praktycznie każda większa ulica ma osobny pas – dla rowerów. Rowerzyści są szanowani przez kierowców i pieszych, jak jest czerwone, to się stoi, a jak zielone, to jedzie ;) Niby normalka, ale nie dla nas… dlatego właśnie byłam zszokowana, że jeździ się rowerami tak bezstresowo – jeśli przestrzega się zasad to faktycznie ciężko wpaść z kimś w kolizję. Sprawdziłam :) Sam widok rowerów podnosi na duchu – są bardziej widoczne niż samochody, zorganizowano im bezpłatne miejsca parkingowe, ale pełno też stoi pod budynkami, z czego mało który jest przypięty – to też bardzo dziwi kogoś, kto wychował się w Polsce i ciężko uwierzyć, że jak się pójdzie na zakupy to rower nie zniknie… Oprócz zwykłych dwukołowców występują w Kopenhadze także specjalne wersje dla dzieci (z dużym „wózkiem” z przodu, przykrytym plandeką na wypadek deszczu), wersje bagażowe (uboga odmiana rikszy) i cała masa rowerów ze słomianymi koszykami. Co oryginalniejsze mają wpięte wstążeczki, kwiatki i sztuczne zielone listki…
Co jeszcze zastanawia? Pogoda! Jak tu jeździć na rowerze, kiedy bez przerwy pada i wieje? Nie mam pojęcia… podziwiałam Dunki w eleganckich płaszczykach i ułożonymi włosami wyprzedzające mnie bez wysiłku, podczas gdy ja pedałowałam dysząc, spocona i rozczochrana ;)

2. STROEGET
Centrum Kopenhagi stanowi gęsta sieć uliczek – deptaków, gdzie ruch samochodowy i rowerowy (!) jest zakazany. Tam właśnie przewalają się tabuny turystów i tubylców, od rana do wieczora. Niestety wszystko jak na naszą polską kieszeń jest potwornie drogie, pozostaje więc tylko oglądactwo. Kompensowałam sobie te braki wzorem Duńczyków kupując glogg, orzeszki w miodzie i hot dogi (tamtejsza wersja to długa parówka w maluteńkiej bułce posypana skwarkami) – idealne na grudniowy wieczór :) i robiąc zdjęcia ulicznym artystom. A tych sporo – na każdym rogu a to chór kolędujący, a to chór śpiewający przeróbki Beatlesów, a to Murzyn grający na pianinie, albo orkiestra dęta czy dzieciaki zagonione przez rodziców do skrzypeczek. Najlepszą atrakcją jednak był występ dwóch perkusistów grających na koszach na śmieci – pełna wirtuozeria!

3. NYHAVN
czyli Nowy Port – w samym sercu miasta malowniczy kanał, a po obu stronach kolorowe domeczki w starym stylu. Po prawej – parzyste numery domów – tam były (i nadal są) mieszkania. Po lewej – nieparzyste – ponoć siedlisko rozpusty i grzechu: knajpy, bary, domy uciechy… a dzisiaj puby, restauracje i stragany świąteczne z takimi kuriozami jak wzorzysty papier toaletowy za jedyne 30 DKK od rolki (mniej więcej 15 złotych).

4. TIVOLI
Byłam zachwycona tym parkiem rozrywki. Znajomi śmiali się oczywiście, że jak dziecko cieszę się z kazdych mrugających światełek, bo nie mogłam oderwać wzroku i obiektywu aparatu… :) Ale jak tu się nie zachwycać? Cały park urządzony jest w centrum miasta, w starym, nostalgicznym stylu. Mnóstwo alejek, w których można się zagubić, szczególnie wieczorem (a wieczorem przyjść do Tivoli jest najlepiej). Karuzele w stylu retro, ale i nowoczesne, cała masa fantazyjnych strzelnic, teatr, sklepiki, bary, restauracyjki, chińska dzielnica z imponującą pagodą, jeziorko po którym można pływać stylowymi łódkami… gwar, śmiech dzieci, piski tych co to akurat wiszą z nogami w górze… i tak dalej, i tak dalej ;) Polecam wszystkim, którzy czują się młodo ;)

5. KOKTAJL KULTUROWY
I na koniec to, co zachwyciło mnie równie bardzo jak pozostałe cztery punkty. Mieszanka narodowości i ras, mieszanka styli – a wszystko wyglądające na poukładane i normalne. Na jednej ulicy obok siebie knajpy i sklepy indyjskie, arabskie, tureckie, afrykanskie i europejskie. Najlepszym obrazem tego pokojowego współistnienia była dla mnie grupka pracowników kolei, których przyuważyłam w okolicach dworca (zresztą starego, pieknie zachowanego). Grupę mundurowych stanowili: Duńczyk, Dunka, Turek, Chinka, Murzynka – wszyscy szli spacerkiem wyglądając na zgraną i czymś wielce rozbawioną ekipę.

A propos Turka – ten akcent oczywiście musial się pojawić – zaczynam już wierzyć w znaki… Dokładnie naprzeciwko mieszkania, w którym gościliśmy znajdował się bar z kebabami o wdzięcznej nazwie… Alanya by Night. Prawie wryło mnie w ziemię, kiedy to zobaczyłam ;)

A w czwartek… wylatuję do Egiptu. Tym razem już do pracy. Życzcie mi szczęścia i czekajcie na relacje – pojawią się na pewno ;)

[Zdjęcia z Kopenhagi od jutra w odcinkach na www.ahududuk.blox.pl]