/Notka została napisana w roku 2008; aktualizacja 25 maja 2016/

Alanya jest jednym z najpopularniejszych kurortów turystycznych wśród Polaków odwiedzających Turcję oraz wśród: Niemców, Rosjan, Duńczyków, Holendrów, Szwedów, Czechów, a ostatnio także np. Serbów, Węgrów, Anglików i wielu innych narodowości.

Przyczyny są proste; miasto jest duże na tyle, by nie można się było w nim nudzić, ale na tyle małe, by można było odpocząć i przejechać z jednego końca na drugi w 30-40 minut. Jest rozrywkowe, więc dla młodych ludzi przede wszystkim – ale są też atrakcje dla rodzin z dziećmi i osób starszych. Główna ulica, i dodatkowe deptaki prowadzą równolegle do plaży. Zgubić się w miarę trudno. Jest czysto, porządnie, bezpiecznie. I ciepło.
Miasto rozwinęło się w latach 80. ale historia sięga daleko wstecz aż do czasów seldżuckich a nawet rzymskich (starożytne Coracesium), więc nie jest to tylko nudne skupisko hoteli. A hotele są różne: od gigantów-mrówkowców poza miastem po kameralne i butikowe położone w centrum.

Jest też parę legend, o których trąbią wszystkie przewodniki: wzgórze Kale z zameczkiem na szczycie i piękną panoramą (idealne miejsce na romantyczne schadzki), ładny port, z którego wypływają drewniane statki typu gület z pseudo-piracką załogą, plaża Kleopatry, która wcale nie jest piaszczysta (jak wszyscy oczekują), tylko żwirkowo-kamienista, ale całkiem ładna (nasze bałtyckie plaże i tak są najlepsze). Pewną grupę turystek interesują także wspominani w wielu źródłach Alanya Boys, dostępni bez recepty na każdym rogu.

Tyle tytułem wstępu.
A teraz do rzeczy, czyli krótki przegląd najważniejszych organizacyjnie i urlopowo spraw, co by zagubieni się odnaleźli, a planujący zaplanowali i obliczyli.

NAJWAŻNIEJSZE, CZYLI KIESA:

Autorka niniejszego poradnika jest zdania, że jeśli kraj ma własną walutę, należy jej używać. Najlepiej się to opłaca. Co prawda można płacić euro, dolarami, funtami czy rublami (a gdzieniegdzie nawet złotówkami), ale najsensowniejszy jest pieniądz lokalny, czyli turecka lira (TRY). 1 lira = 100 kuruszy. O denominację proszę nie pytać, to było dawno i nieprawda, i teraz w obiegu jest tylko jeden rodzaj pieniędzy.
Obecny kurs lira do euro – ok. 3,30; lira do dolara – ok. 3.
1 TL w przybliżeniu to 1,3 złotego.

Wymiana: w kantorach, bankach. Lepiej pomijać hotelowe recepcje (kurs jest zawyżony). Można też płacić kartą albo wypłacać pieniądze z bankomatu (wtedy można sobie wybrać euro/dolar/liry). Bankomaty działają bez zarzutu.
Więcej o pieniądzach (tutaj).

TARGOWANIE:

Jak wiedzą czytelnicy wierni tudzież fani/fanki, targowanie warte jest osobnej notki (tutaj). Jest to po prostu element tureckiej kultury i Turcy bardzo to lubią (szkoda, że Europejczycy już nie tak bardzo). Na szczęście mamy wybór: supermarkety, spożywczaki mają ceny ustalone. Podobnie markowe butiki lub sklepy typu: wszystko po 10 lira. Tam kupować można „bezstresowo”.
Zainteresowanym targowaniem polecam jednak ten niecny proceder, dostarcza adrenaliny i pozwala odnaleźć ukryte talenty :) Oczywiście targowanie podlega paru regułom: nie targujemy się o bardzo tanie rzeczy (jeśli już, to targujemy ilość, czyli więcej drobiazgów za jedną cenę, ale nie walczymy zażarcie o spuszczenie ceny za t-shirt z 3 do 2 euro). Nie targujemy się dla sportu, tylko wtedy gdy naprawdę zamierzamy coś kupić. Targowanie wymaga uśmiechu, spokoju i braku pośpiechu – wskazane jest przyjmowanie zaproszeń od sklepikarza na kawki, herbatki i mocne trunki. Jesteśmy otwarci, rozmowni, przyjaźnie nastawieni (a nie „walcząco”), najlepsze targowanie to takie które toczy się niejako „mimochodem”, gdzieś w tle rozmowy. Rekordziści targują się po 2-3 godziny (byłam świadkiem) i wychodzą chwiejnym, ale zwycięskim krokiem (Turcy wykorzystują polską skłonność do alkoholu żeby nas urobić).

CENY:

Obrazowo można to ująć tak: ceny podobne do polskich + dodajcie podwyżkę z powodu „kurortu turystycznego”. Na bazarach i w marketach tanio (szczególnie owoce, warzywa), w mniejszych przyhotelowych sklepikach drożej. Zjeść na mieście można niedrogo, ale oczywiście im bliżej centrum tym wyższe ceny. A propos, McDonald czy Burger King są paradoksalnie droższymi knajpami (zestaw kosztuje ok. 15 TRY), o wiele taniej można się najeść w jakiejś zwykłej tureckiej jadłodajni (przysłowiowy kebab zawijany w placek pide – 8-10 TL). W dyskotekach piwo kosztuje od 12 TRY wzwyż, drinki od 25 TRY. Jak już jesteśmy przy jedzeniu, to:

JEDZENIE:

Warto choć raz zrezygnować z hotelowego jedzenia, które co prawda często pyszne i urozmaicone, jest przygotowywane według gustów europejskich, więc kuchnia ta mało przypomina turecką. Na mieście powinno się spróbować prawdziwego kebaba (na talerzu): z baraniny (adana, iskender) lub ewentualnie kurczaka (tavuk şiş czyli szaszłyk), żeby zobaczyć, że nasze polskie kebaby z budki to kompletnie inne danie :) Poza tym warto zajrzeć do typowej tureckiej lokanty i zjeść codzienne domowe jedzenie, takie jak np. dolma (faszerowane warzywa), lahmacun (turecka pizza), köfte (pulpeciki z mielonego). Do popicia sok pomarańczowy (ale ten świeżo wyciskany, czyli taze) i ayran (rozwodniony słony jogurt, który idealnie komponuje się z kebabami). Przepyszne są zupy tureckie, np. z soczewicy (mercimek) czy pomidorowa (domates). Bądźcie przy tym świadomi, że tureckie knajpy są bardzo wąsko wyspecjalizowane, i dlatego warto po prostu pytać obsługi co polecą ciekawego – bo sami możemy wybrać z menu niekoniecznie specjalność zakładu.
O herbatkach, kawkach i rakı (wódeczce z anyżu) nie wspominam, bo tego doświadczy pewnie każdy bez namawiania (uwaga: nie każda knajpka dysponuje alkoholem). Na szybką przekąskę polecam także: kumpir (wydrążony ziemniak wypełniony warzywami i rozpuszczonym żółtym serem, ok. 15 TRY), kukurydzę gotowaną (a co, ledwo 2 TRY z budek ulicznych), prażone orzeszki różnego rodzaju (np. obsypane sezamem), albo simit (obwarzanek) czy poğça (słona bułeczka z różnymi nadzieniami). Amatorom mocnych wrażeń polecam spróbowanie małych zielonych papryczek…
W Turcji każdy znajdzie coś, co mu zasmakuje. Warto zaryzykować.
O jedzeniu więcej pisałam tu.

DLA MIŁOŚNIKÓW ZAKUPÓW:

… Turcja to raj. Od drobiazgów w rodzaju koraliczki, biżuteria sztuczna, zresztą bardzo ładna, „oka proroka” czyli idealna rzecz na prezent i pamiątkę (oko na niebieskim tle, w milionie rozmaitych konfiguracji). Poprzez fajki wodne, słodycze (np. chałwa), herbata, kawa turecka, szklaneczki do herbaty czy filiżanki do kawy, wyroby z morskiej pianki, chusty do tańca brzucha (tzw. szakiry)… po ciuchy i dodatki (np. zegarki czy perfumy oryginalne i/lub podrabiane). Można też przywieźć raki (czyli wódkę), wino (np. Villa Doluca lub kapadockie).
Osobną kategorię stanowią:

ZŁOTA & SKÓRY:

Polacy narzekają, że w Alanyi złoto i skóry wcale nie takie tanie. Trudno się dziwić – najtaniej jest u źródła, czyli w Stambule (tam producenci mają fabryki). W turystycznych miastach trzeba się liczyć z wyższymi cenami. Pozostaje wybór: kupić średniej jakości lub nieoryginalny towar za grosze, lub „odcierpieć” i kupić wysokiej jakości cacko. Turcy mają dar przekonywania dlatego turystów nabierają często na podróbki. Widziałam skórzane kurtki, z których schodziła farba :)
Tutaj będzie „niepopularna” opinia: wszyscy zwykle oburzają się na „shoppingi” z biurami podróży, ale faktem jest, że w miejscach, do których zawożą na wycieczkach, nie trafi się na byle jaki towar (biura współpracują od lat z tymi samymi sklepami nie ze względów towarzyskich przecież). Ryzyko wpadki jest praktycznie zerowe (mam tu na myśli duże biura, a nie jakieś biuro X z Małej Wólki). Skóry tureckie potrafią być przepięknie wyprawione i doskonale uszyte, a biżuteria złota ma fantastyczne wzory – nigdy nie należałam do entuzjastów, ale przyznam, że robią wrażenie. PS. Targowanie przy takich zakupach jest wręcz obowiązkiem, ale oficjalnie nazywa się to „negocjacja”.

HOTELE:

W Alanyi hoteli jest tyle, że nie sposób powiedzieć które z nich są najlepsze – za duży wybór. Co roku powstają kolejne, a te stare poddawane są generalnym remontom. Poza tym każdy człowiek ma inne wymagania i w innym celu przyjechał na urlop. Warto pamiętać o tym, że standard europejski różni się od tureckiego, więc 3* czy 4* w rzeczywistości w Turcji wypadają nieco ‘niżej’ niż w Europie. 5* są generalnie dobre, ale też zdarzają się wpadki (np. znany i kochany overbooking). Wszystko zależy od tego, czy hotel jest aktualnie pełen (a w szczycie sezonu pełne są wszystkie) – jeśli jest, zdarzyć może się wszystko, także niemiłe niespodzianki. Trzeba brać to pod uwagę jadąc do popularnej miejscowości w środku lata – taka jest masowa turystyka. Przyda się trochę luzu. Natomiast jeśli ktoś jedzie po to, by poleniuchować w dobrym hotelu, niech bierze minimum 5*. Luksus kosztuje :)

ROZRYWKI DZIENNE:

– Zakupy (patrz wyżej).
– Zwiedzanie (wzgórze Kale, rejsy, nurkowania, sporty wodne, meczety, bazarki, snucie się po ulicach w tą i z powrotem)
– Plażowanie (plaże są publiczne, więc wylegiwać można się za free, ale leżaki i parasole są płatne; tu też funkcjonuje instytucja naganiacza) spokojnie można się opalić na brązowo pod parasolem, szkoda zdrowia na prażenie się – nie mogłam się powstrzymać ;)

KOMUNIKACJA:

W ciągu dnia dolmusze i autobusy. W całej Alanyi kursują miejskie autobusy (city busy), gdzie płaci się przy wejściu 2,5 TRY za osobę (wchodzi się przodem, wychodzi tylnymi drzwiami). Od 2014 roku można też kupić karty przejazdowe (o komunikacji poczytajcie tutaj). Po 24.00 pozostają tylko taksówki – cenę warto ustalić przed wejściem, bo bywają niemiłe zaskoczenia. Coraz częściej jednak pojawiają się stałe taryfy.

ROZRYWKI NOCNE:

Dyskoteki w porcie w Alanyi – wstęp wolny, muzyka i wystrój wszelkiego rodzaju, jest nawet dyskoteka quasi-rockowa. Zostając na dłużej wypadałoby zamówić coś do picia. Na barach królują Skandynawki lub Rosjanki, a przy barach wpatrzeni w nie Turcy. Dyskoteki zaczynają się na dobre od ok. 24.00 a kończą po 4 rano, bo potem już nie można w centrum hałasować. O tej godzinie podstawiany jest w porcie bezpłatny autobus, który chętnych zawozi poza miasto do dyskoteki Audytorium czy Summer Garden (słynne tancbudy z imprezami w pianie) – i tam można się bawić do tak zwanego oporu.
Są też koncerty muzyki tureckiej (pop i tradycyjnej) – gorąco polecam, szczególnie w knajpkach nad portem, zupełnie inna atmosfera, wstępy wszędzie darmowe.

OBYCZAJE:

Alanya jest kosmopolityczna bo turystyczna, więc nie trzeba się ‘obawiać’ innych obyczajów i zachowań niż we własnym kraju. Panuje tu duża dowolność ubioru, chyba mało co wzbudza sensację (częściej uśmiech). Natomiast zapuszczając się bardziej w miasto, w rejony mniej hotelowe a bardziej lokalne, jadąc na wycieczkę na wieś czy idąc do meczetu warto pomyśleć o nieco skromniejszym stroju, z szacunku dla odmiennej kultury.
Jest bezpiecznie – osobiście czuję się tu dużo bezpieczniej niż w Polsce, szczególnie wieczorem. Jeśli nie chce się być zaczepianym przez setki naganiaczy, wystarczy po prostu nic nie odpowiadać (tak, wiem, że to niegrzeczne, ale tutaj naprawdę można).

WYCIECZKI:

Tu będzie temat wrażliwy :) Wszyscy wiedzą, że byłam rezydentką a teraz prowadzę biuro podróży, prawda? Ale jednocześnie staram się być rzetelna i nie ściemniam. No to jedziemy:
Turysta ma do wyboru w Alanyi zakup wycieczek ze swojego biura podróży (przez rezydenta; droższe) lub z biura tureckiego – lokalnego (tańsze), albo od jakiegoś przypadkowego pana, który mówi szesnastoma językami i siedzi cały dzień pod parasolką przy plaży (tanie za darmo my friend).
Jakie są różnice (bo oczywiście należy się wyzbyć złudzenia, że to co się tak samo nazywa w rzeczywistości jest tym samym):
– Różnice w programach – szczególnie w wycieczkach dłuższych, np. Kapadocja – wycieczka droższa obejmuje punkty ze wstępem płatnym, wycieczka tańsza zawiera jedynie wejścia tam, gdzie wstępy są bezpłatne. Niby drobna różnica, a obraz Kapadocji zupełnie inny.
– Język obsługi wycieczki – albo po polsku, albo po rosyjsko-niemiecko-angielsku, czyli co Allah da. Czasem można się nieźle zdziwić.
– Poziom obsługi – Warto pamiętać, że na wszystkich wycieczkach kulturalno-historycznych w Turcji obowiązkiem jest obecność tureckiego przewodnika z licencją, na tych tanich często go nie ma i w związku z tym można wszędzie dostawać „czas wolny” i zwiedzać samodzielnie, podczas gdy nielicencjonowany turecki czy polski przewodnik będzie sobie pił czaj z kierowcą i miał nas w głębokim poważaniu.

Podsumowując powiem tak: na wycieczkach zarabia każdy, niezależnie od tego, czy kupuje się od rezydenta czy w biurze lokalnym. Lepiej czasem zapłacić więcej, by mieć komfort i klimę w autobusie, polskiego i przygotowanego pilota, oraz tureckiego przewodnika, opłacone posiłki i wstępy.
Warto zwrócić uwagę na wycieczki „ekstremalne” np. rafting czy nurkowanie – standardowe ubezpieczenie nie obejmuje takich sportów – lepiej dopłacić (tj. zapytać o taką opcję), niż jechać bez.
Polecam m.in.: Kapadocję, Pamukkale, Zielony Kanion, Sapadere Kanion, Demre-Myrę, Rafting, Aspendos, Kursunlu, no i przede wszystkim – Hamam :) – oczywiście z mojego biura, bo najlepsze ;)

Rozpisałam się haniebnie.
Ale mam nadzieję że ciekawość początkujących została zaspokojona, a zaawansowani czytając przytakiwali. Udanych wakacji wobec tego życzę!

I NA KONIEC:

Napiwki czyli bakszysz płacimy przy każdej okazji, gdzie mamy do czynienia z jakąś „usługą”, czyli: kelnerom, w knajpach, bagażowym, kierowcom, sprzątaczkom itp. – oni właśnie mają najniższe pensje, a napiwki pozwalają im trochę dorobić. To powód pierwszy.
Drugi, jest to wielowiekowa tradycja muzułmańska – w tej kulturze ten, kto ma więcej, ma obowiązek dzielić się z tym, co ma mniej – a turyści mają więcej (inaczej nie byłoby ich stać na wakacje w ciepłym kraju, prawda?). Rozsądny napiwek to 2-3 euro na osobę, eurocenty nie wchodzą w rachubę (są w Turcji niewymienialne). Uwaga, napiwek to nie łapówka (czyli napiwkiem dziękujemy, a nie prosimy)!

Dziękuję Państwu za uwagę. Dobrze, że nie jestem Turczynką, bo wystawiłabym tu zaraz jakiś wirtualny koszyczek na bakszysz z numerem konta :)

Iyi yolculuklar! / Udanej podróży
Iyi tatiller / Udanych wakacji