W środę wieczorem na kanale filmowym „Dwaj zgryźliwi tetrycy” [Grumpy Old Men]. Uwielbiam ten film, dlatego uparłam się, że go obejrzę, mimo, że okazał się być z tureckim dubbingiem. No cóż – Jack Lemmon i Walter Matthau mówiacy Merhaba, abi, nasilsin [Cześć stary, jak się masz] na początku śmieszyli i drażnili, a potem wkręciłam się w tok akcji i wręcz zapomniałam, że jest po turecku. Co prawda moja znajomość (a raczej nieznajomość) tego języka nie pozwala na pełne zrozumienie, ale wiele można się było domyślić z samych obrazów, tym bardziej jak się film widziało kilka lat temu (coś jeszcze w głowie zostało). Świetny sposób na naukę języka: chwyciłam kartki papieru i co chwila wyłapywałam i zapisywałam zwroty, które trzeba sprawdzić w słowniku i zapamiętać, bo przydatne i praktyczne, na przykład Senin karışmaya gerek yok [w wolnym tłumaczeniu: Tobie nic do tego] albo Şu Casanovaya bakarmısın [Spójrz na tego Casanovę], lub też Sözlere dikkat et! [Uważaj na to co mówisz]. Samo życie, prawda? :)

Powoli się przystosowuję znów do życia w Turcji. Bo to nie jest tak, jak może się wydawać: pakowanie, podróż, rozpakowanie – i już. Nawet jak się język trochę zna, ponowna adaptacja po sześciu miesiącach wcale nie jest łatwa. Chociażby sama mowa: w Polsce wysławiam się raczej precyzyjnie, a w Turcji potrzeba użyć całego arsenału dźwięków dodatkowych, które tutaj bardzo lubią. Na przykład rozmawiając przez telefon znajoma pyta „Przyjdziesz dzisiaj?” W Polsce odpowiem Tak/Nie, a w Turcji: Euheee/Eeeee. Albo Aahuaaa. Ciężko to nawet zapisać. Chodzi o szereg wyrazów dźwiękonaśladowczych zastępujących tak naprawdę normalne słowa. Tutaj mowa nie jest tylko wypowiadaniem słów, to cały proces, w połączeniu z gestykulacją, mimiką (np. słynne cmokanie z jednoczesnym unoszeniem głowy do tyłu – oznacza „Nie”). Do tego dochodzą kiedyś przeze mnie opisywane formy grzecznościowe. W Polsce wołamy kogoś po imieniu albo „Proszę pani/pana”, tu w Turcji mamy milion możliwości, do imienia doczepiamy na przykład abi/abla (niby starszy brat/siostra, ale używane także do obcych), canım/çıçeğim/tatlım/arkadaşım/güzelim – czyli pieszczotliwe określenia używane zarówno przez mężczyzn jak i kobiety i to w sytuacjach niekoniecznie prywatnych; w pracy również!
Wobec tego można łatwo się porozumiewać się po turecku na podstawowym poziomie. Wystarczy, że znamy te wszystkie określenia i parę czasowników oraz to, jak się robi formę grzecznościową: wtedy z całego ciągu wyrazów, którym zarzuca nas np. pani w sklepie święcie przekonana, że znamy biegle język, „wyławiamy” znajome słowa i już wiemy o co chodziło.
Turcy jak widać uwielbiają posługiwać się i bawić językiem i dlatego z zimnej, konkretnej i precyzyjnej Europy przeskok zawsze wywołuje szok (że tak zarymuję). Tym bardziej, gdy się przyjeżdża na dłużej.
Na początku zwykle używam angielskiego – ze strachu, czy zostanę zrozumiana i czy ja zrozumiem. Ponieważ używam angielskiego, czuję się jak turystka i jestem odbierana jak turystka (zaczepiana, zagadywana, i tak dalej). Jak tylko przełamię się i przeskoczę na turecki, pewność siebie wzrasta, rozbiegany wzrok znika, i zaczepianie się kończy. Proste – i prawdziwe.

Przeskok jest też trudny z innego względu. Prawdopodobnie czytelnicy bloga podejrzewają, że podczas pobytu w Polsce codziennie myślę o Turcji i tęsknię. Otoż nie :) Przeciwnie – prowadzę zupełnie inne życie, mam niezwiązanych z Turcją znajomych i raczej nie zajmuję się tym tematem. Oczywiście nie było tak zawsze. Kiedyś, na początku, moja fascynacja tym krajem była jak pierwsze zakochanie :) wszystko mi się podobało (a przynajmniej tak mi się wydawało, bo znałam ledwie maleńki ułamek regionu, nie mówiąc o kraju). Polska jawiła się jako kraj szary i nudny, a Turcja jako raj. Cóż – to raczej typowe myślenie zakochanych (nieważne czy w osobie czy w miejscu). Dopiero podczas kolejnych pobytów miałam możliwość poznania innych aspektów tematu, także takich, które były trudne do zaakceptowania. Miewałam spore kryzysy, kiedy zastanawiałam się co ja tu w ogóle robię, i jaki diabeł przygnał mnie w ten dziwny kawałek świata… A w końcu nastąpił etap kolejny. Turcja już mnie nie ekscytuje jak na początku. Przyzwyczaiłam się. Jedne sprawy rozumiem i akceptuję, innych nie. I tak bez przerwy odkrywam coś nowego, a potem wpasowuję je w moją układankę obserwacji i pojęć na temat tego kraju – już na spokojnie, bez tak zwanego „szału”.

Dlatego fakt przyjazdu tutaj jest dla mnie dwuznaczny; chciałoby się być jednocześnie w Turcji i w Polsce (która wcale nie jest szara i nudna :)) a także w innych miejscach, których jeszcze nie poznałam. Mam w związku z tym plany – ale bądźcie spokojni, jeszcze przez dokładnie rok Turcja będzie na pierwszym planie. A potem – to się zobaczy… :)

Notka bardzo osobista, mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą i jakoś przez tekst przebrnęli :) Wszystko dlatego, że to moja SETNA notka na tym blogu, i to właśnie skłoniło mnie do takich ogólnych refleksji.

Z tej okazji życzę sobie, żeby nigdy nie brakło mi energii do pisania o Turcji

… i żeby dziarsko spoglądać w każdy nowy dzień spędzony w tym kraju :)

Dziękuję wszystkim czytelnikom, szczególnie tym, którzy są ze mną przez te 100 postów! :)

A już niedługo w naszym programie:

– Turkomanya, czyli subiektywny przegląd tureckich mediów (na początek reklamy i parę teledysków)
– Alfabet tureckich wyrazów dziwnych i dziwniejszych