Kilka dni temu przerzucałam sobie kanały w telewizorze, wybrzydzając, gdyż nic nie przyciągało mojej zblazowanej uwagi (wspominam to z rozrzewnieniem, przeprowadziłam się bowiem i telewizora już nie mam), aż natknęłam się na relację z półfinałów Eurowizji. Obejrzałam z żywym (!) zainteresowaniem, gwałtownie reagując (na przykład wyłączając dźwięk) w niektórych momentach.
W sobotę odbył się finał Eurowizji, do czego byłam już odpowiednio przygotowana psychicznie po przedbiegach. Wraz ze znajomymi wybraliśmy się celebrować to wydarzenie do portu w Alanyi, a konkretnie jednej z dyskotek, gdzie na wielkim ekranie można było obejrzeć całą galę.

Wydawałoby się, że ta notka ma mały związek z Turcją, więc teoretycznie na bloga nie pasuje. Ale – nie przesądzajmy faktów… Zresztą kto Eurowizję widział, może już się domyśla, do jakiej zmierzam pointy…

Po kilku latach nieoglądania Eurowizji, byłam szczerze zaskoczona niektórymi występami i ogólnymi tendencjami. Może więc jeden na 100 czytelników uzna, że ta notka jest nawet ciekawa. A oto moje refleksje :)

– wszyscy (no, tak 90%) śpiewają po angielsku. Dlaczego? Po co? Angielskojęzycznych piosenek jest chyba aż nadto gdziekolwiek się obejrzeć. Ciężko gdzieś uświadczyć piosenki w innych językach, a szkoda, bo nawet nie wiemy, że być może brzmią pięknie…

– jeśli na scenie występowała wokalistka, to w większości przypadków miała na sobie sukienkę z cekinów w kolorze srebrnym o długości mini, co momentalnie kojarzyło mi się z Tiną Turner w piosence „Goldeneye” (o ile to była ta piosenka, ale na pewno Tina Turner). Jakaś nowa tendencja? Może powinnam sprawić sobie coś srebrnego…

– białe fortepiany, rozwiane włosy, proste układy choreograficzne i duża dawka patosu, to cechy łączące większość wykonawców (ale w sumie nic dziwnego, w końcu Eurowizja)

– teksty i tytuły piosenek w większości traktowały o niczym: raczej miałka siekanka anglojęzyczna; tak jakby rozsypać najpopularniejsze angielskie słowa i poukładać je w dowolnej kolejności

– w konkursie, który reprezentuje najpierw KRAJE, a dopiero potem konkretnych wykonawców, brakowało „narodowych” elementów, wykorzystywania tego, co ma się najlepszego w muzyce (co niekoniecznie oznacza tradycjonalizmy); taka na przykład Bułgaria wystąpiła z dość udanym połączeniem muzyki elektronicznej z ichniejszą, folkową (szkoda tylko że mieli kiepską, niedobraną wokalistkę, i pewnie dlatego nie przeszli do finału). Cypr też miał ciekawy początek (po grecku, z tamtejszymi tańcami). Poza tym wszyscy (albo większość) przedstawiała kopie kopii, kalki kalek, na przykład Duńczycy podrobili zespół Maroon 5 (przynajmniej tak brzmieli) a Ukraińska wokalistka – Beyonce (tak brzmiała i wyglądała). Nie, nie czepiam się – widocznie kierowali się zasadą inż. Mamonia, że najbardziej podobają się melodie, które już się słyszało. I pewnie mają rację. Eurowizja raczej nie jest miejscem do szukania inspiracji… – a szkoda, bo może być powinna :)

– co mnie bardzo ucieszyło, nie zabrakło niebanalnego myślenia o konkursie, takiego pół-żartem, pół-pastiszem; na przykład Francja (z brodatymi facetami śpiewającymi disco), Chorwacja (tango i wokalista bardzo retro), Finlandia (z heavy metalem…), i (chyba, bo nie jestem pewna) Bośnia-Hercegowina z wariackim prześmiewczym występem, który najbardziej mi się podobał.

– osobny podpunkt należy się Gruzji, która wystąpiła z piosenką „Peace will come”; zaczyna się w tonacji czarnej, a kończy na biało; śpiewana przez niewidomą wokalistkę – symbolika tak oczywista, że niemal przytłaczająca :) „Nieźli” byli też Piraci z Karaibów, a dokładniej z Łotwy, którzy chyba pomylili konkursy…

– bardzo podobały mi się za to zapowiedzi danych krajów, będące zabawą motywów a głównie kolorów flag występujących artystów, i podane na dodatek w formie pocztówki. Na przykład Szwecja – dwaj faceci oblewający siebie nawzajem farbami z wiader (w kolorach flagi). Albo flaga turecka utworzona przez kucharza, który wtykał do tortu patyczki nadziewane czerwono-białymi owocami, tak jak się nadziewa mięso na şiş kebab.

I na koniec: TURCJA. Nie, żebym była nieobiektywna (a kto próbował zagłosować?); moim zdaniem byli jednym z lepszych wykonawców. Po pierwsze: śpiewali po turecku. Po drugie: grali po rockowemu – zespół Mor ve Öteşi (moje serce się raduje). Po trzecie: świetnie wyglądali w normalnych, czarnych ciuchach (bez nadmiernego patosu i kiczu jak reszta). Po czwarte: zagrali świetną, szybką, rockową, a jednocześnie melodyjną i wpadającą w ucho piosenkę „Deli” [Szalona] – zresztą kto nie zna, gorąco polecam tureckiego rocka. W znakomity sposób łączy ostre granie z ładnymi melodiami, i w większości przypadków jest po turecku, więc nie brzmi jak 99% kapel z Europy i USA. Po piąte: naprawdę zagrali, a nie wystąpili z półplaybackiem, jak wielu wykonawców. Po szóste (ale już tak nieoficjalnie, off the record): Wokalista jest przeuroczy :)

Najwyraźniej nie tylko mi się podobało, skoro zdobyli 7. miejsce. Zaskakująco dobrze, jak na rock, prawda? Bardzo się cieszę, chociaż wygrała Rosja (nawet nie pamiętam ich piosenki), to Turcji naprawdę należy się pochwała. Czego zresztą można się innego spodziewać po tak umuzykalnionym kraju? Chyba w żadnej telewizji nie ma tylu programów muzycznych, jak w Turcji. Muzyka zajmuje największą część ramówki, a przynajmniej takie jest moje skromne wrażenie po zetknięciu z tutejszą telewizją. Staram się aby te zetknięcia były jak najczęstsze, bo jednak tv jest bardzo bogatym źródłem informacji i obserwacji na temat obcego kraju – tym bardziej ubolewam, że już nie mam tv… [a teraz ocieram łzy i wracam do tematu]

Na zakończenie jeszcze tylko: podczas występu Turcji, cała dyskoteka zamarła. Ba, zamarli też ludzie na deptaku, którzy przystanęli, aby wysłuchać zespołu. Wyglądało to wręcz komicznie, jakby wszyscy na te kilka minut wrośli w ziemię. Po występie: gromkie brawa.
Podoba mi się taka wersja nacjonalizmu tureckiego; pamiętam to też z zeszłego roku (wystep Kenana Dogulu) – ktokolwiek nie reprezentowałby Turcji poza granicami, zawsze będą mu gorąco i z oddaniem kibicować. U nas jednak – nieco inaczej. Tak a propos – nasza „amerykańsko-polska” reprezentantka na nic się nie zdała – zajęliśmy drugie miejsce – od końca. Za nami była tylko, zdaje się, Wielka Bretania… hm…

ps. Wszystkim Mamom (a szczególnie mojej) życzę wszystkiego najlepszego z okazji ich święta. Mojej mamie życzę już po raz drugi (Seni Seviyorum Annem), bowiem w Turcji Dzień Matki jest 13 maja.