Nie piszę na blogu dużo i często jak obiecywałam, gdyż znajduję się obecnie w ciężkim okresie zwanym wakacjami. Po odwiedzinach z Polski część pierwsza, nastąpiły odwiedziny z Polski część druga, i właśnie wtedy uroczyście zakończyłam wraz z całą super-ekipą sezon letni 2008 w Turcji. Rozpoczęło się to, co tak długo było oczekiwane i niemal wyśnione podczas tych kilkunastogodzinnych dni pracy w trybie ni to jawa ni to sen podczas kursów biuro-lotnisko-hotele-telefony-lotnisko-hotele-biuro, i tak dalej.
Mam więc czas. Dużo czasu. Od rana do wieczora nie muszę robić nic (i w nocy też, maşallah). Telefony nie dzwonią, ba, zostawiłam dziś komórkę w domu, wychodząc do miasta na kilka godzin – i nic się nie stało! W porównaniu do sytuacji kiedy wchodziłam z telefonem niemalże pod prysznic, jest to doprawdy diametralna odmiana.

Będąc turystką w Alanyi po tym, jak zwykle tu pracuję, odkrywam jak wszystko wygląda z drugiej strony (będąc rezydentem czy pilotem łatwo o tym zapomnieć). Jak trudne mogą być zakupy. Rany boskie, całe to targowanie, te rozmowy: A skąd jesteś, a jak masz na imię – coś okropnego! Mieszkając tu na codzień chodzę tylko do wybranych sklepów, gdzie albo a) mam zaprzyjaźnioną obsługę, albo b) się nie targuje . Tak samo w restauracjach. A jak oszukują! Będąc turystą łatwo nie zauważyć jednego czy dwóch lirów mniej w ręce, kiedy przyjmuje się resztę.
No i sam fakt: co tu robić (jeśli 90% znajomych już wyjechało). W Alanyi poza jednym wzgórzem Kale z przyległościami nie ma żadnych zabytków. Są meczety do odwiedzenia, są bazary, gdzie dostaje się podróbki wszystkiego w absurdalnych cenach. I oczywiście dyskoteki. Ale w ciągu dnia? Co tu robić? Można tylko iść na plażę, rozłożyć się pod parasolem, czytać gazety i dawać się zagadywać beach-boysowi-od-leżaków, wołającemu „Bira, cola, fanta, ice cream”…

Dlatego w odpowiednim momencie przyznaję, jakby specjalnie dla mnie, w Alanyi odbył się szósty festiwal jazzowy. W momencie, kiedy ta bezczynność 24 h na dobę dotkliwie dawała się we znaki w formie prawie że egzystencjalnego kryzysu, zagrał jazz w Alanyi.
Dla miłośników tego miasta może być to niezły szok, znane jest ono bowiem głównie z intensywnego klubowego grania, mówiąc wprost: z dyskotekowej łupanki serwowanej na każdym rogu. A tu niespodzianka. Co ciekawe, w porównaniu do ubiegłorocznego, festiwal tym razem naprawdę zaskoczył poziomem i urozmaiceniem. Nie była to co prawda bardzo wysoka półka gatunku, ale jak na Alanyę – odpowiednia. Pod Czerwoną Wieżą ustawiono scenę i gustownie – na biało/srebrno przybrane plastikowe krzesełka, które zapełniły się wieczorami Turkami i wielką ilością yabanci posiadających tutaj mieszkania.

Publikę usadowiono także na wygodnych poduchach, w celu jeszcze łatwiejszego odpłynięcia z rytmami.

Większość muzyków festiwalu stanowili Turcy; ale Polska miała swoją reprezentantkę – świetną perkusistkę Monikę Bulandę w zespole Tony Jones Trio.

Trzeciego dnia odbyło się znakomite jam session – pojedynek na dwa tureckie bandy,

A ostatniego dnia był smaczny latin-free-jazz, czyli zespół turecki z Kubańczykiem w składzie:

Akumulatory naładowane, cztery dni festiwalu za mną. Można na nowo zatopić się w dyskotekowym gąszczu… chociaż w klubach niby pełno, ale lednak pusto. Jakoś tak… żałośnie? Chyba wobec tego przejdę się do bardzo popularnego w tym sezonie tureckiego klubu dla fanów komunizmu (tak!) – Çello.
A wrażeniami podzielę się być może następnym razem. Za to na pewno – będą zdjęcia z Alanyi, na robienie których wreszcie mam czas. I to jest ta dobra strona bycia na wakacjach.