Dziś o piłce. Bo, jak wiadomo, Turcy to taki naród, co piłkę kocha z całego serca i okazuje to na każdym kroku (powstrzymajmy się tu od jadowitych porównań do alanijskich podrywaczy). Jak wspominałam kiedyś przy okazji meczu o puchar Turcji w maju ( http://tur-tur.blogspot.com/2008/05/alanya-news-ii.html ) większość ludzi dzieli się na tych, co trzymają za Galatasaray, i tych, co kibicują Fenerbahce czy ewentualnie Besiktasowi. Bycie po stronie którejś z tych drużyn to sprawa niemal egzystencjalna. To trzeba wiedzieć, gdy się kogoś poznaje.
Szczególnie, gdy poznaje się skrajność i przegięcie w postaci „fanatików” (wiernych fanów), którzy w swoich domach kompletują strój klubowy, znają na pamięć hymn drużyny, nie przegapią żadnego meczu, a tym bardziej, gdy mieszkają w Stambule (kupują wtedy całoroczne karnety – najtańsze ok. 4 tys złotych). Po każdym ważniejszym meczu rozwieszają w oknach albo na balkonach flagi ulubionej drużyny (im większa tym lepsza, często więc flagi zasłaniają pół ulicy).

Wczoraj odbył się właśnie taki ważniejszy mecz, derby tureckiej ligi. Stambulskie Fenerbahce zmierzyło się z Galatasaray (a właściwie rozgromiło ich 4:1 po naprawdę emocjonującej grze).

Już żałośnie opustoszała Alanya (sklepy czynne do 18, pozamykane bary i dyskoteki, lokale „na sprzedaż” i pustki na plaży mimo fantastycznej pogody) wieczorem zaroiła się od ludzi w klubowych koszulkach, zmierzających do knajp na mecz. Tylko zdezorientowani zagraniczni turyści błąkali się bez celu po cichych ulicach. W niektórych piłkarskich lokalach ustalono osobne miejsca dla fanów obu drużyn; w innych fani byli przemieszani, co gwarantowało gorętszą atmosferę :)
Co ciekawe, wśród kibiców jest tu bardzo dużo dziewczyn – nie jestem oczywiście w stanie stwierdzić na ile jest to poważne zainteresowanie, a na ile chęć zrobienia wrażenia na chłopcach czy oko na walory konkretnego piłkarza. W każdym razie było ich sporo, też poprzebieranych w „formy”, czyli oryginalne koszulki (a propos, projektanci strojów Fenerbahce wprowadzili damski fason dla kibicek co uważam za znakomity pomysł :)

Turcy kibicują żywiołowo (łatwo przewidzieć, znając Turków). Komentarze podczas gry padają często i są dosadne. Można się wtedy nauczyć całej gamy tureckich przekleństw, no chyba że nieopodal siedzą panie. Ciekawostka, że piwo wcale nie jest obowiązkowe przy takich okazjach. Pije się wszystko, często też klasyczne herbatki, a gdy ekipa jest większa, zamawia się się ucztę w rodzaju stosu przekąsek (zresztą w tureckich barach rzadko tylko się pije, jak u nas – zawsze musi być jeszcze „coś na ząb” – owoce sezonowe, orzeszki, frytki).
Sytuacja, kiedy pada bramka, zawsze mnie na tureckich meczach zaskakuje. Całe towarzystwo zrywa się z miejsc. Prawdopodobnie jestem wtedy jedyną osobą w knajpie, która siedzi (och ci zimnokrwiści Europejczycy). Ludzie skaczą, wiwatują, a operator telewizora/telebimu rozkręca głos do maksimum… a już po meczu rozpoczyna się świętowanie w postaci uroczystego przejazdu autami przez miasto i trąbienia klaksonem bez ograniczeń, często z towarzyszeniem głośnej muzyki. Do tego wywiesza się wszelkie możliwe flagi, oczywiście.
Nie byłam na żadnym meczu „na żywo” ani w mieście w tym czasie, więc nie będę się wypowiadać na temat bójek i niebezpiecznych aspektów meczy. Ja sama, w oazie spokoju jaką jest pod tym względem Alanya, nigdy nie czułam się zagrożona.

Po wczorajszym meczu nastąpiło masowe wysyłanie złośliwych sms-ów do przyjaciół z przeciwnej frakcji, a kelnerzy w kawiarniach kibicujący przegranym byli proszenie o stawianie czegoś „od firmy” dla tych ze strony wygranej. Zagrywki analizowano do późnych godzin nocnych.
A dzisiaj… oczywiście gazety trąbią, kibice Fenerbahce się cieszą, bo tradycji stało się zadość. Te dwie drużyny zmierzyły się ze sobą kolejny raz w historii, a od 10 lat za każdym razem Galatasaray przegrywa (mimo że w europejskich rozgrywkach radzi sobie dużo lepiej niż Fener). Złośliwi mówią, że Galata po prostu strasznie się przed meczem stresuje… Za to przegrani próbują ratować honor naśmiewając się z kolei z 70-letniego trenera Feneru, Louisa Aragonesa, który w trakcie meczy przysypia na ławce :)

Po internecie krąży też dzisiaj przeróbka piosenki słynnego tureckiego piosenkarza Orhana Gencebaya zestawiona z popularnym tu też obrazkiem płaczącego dziecka, któremu domalowano koszulkę wczorajszych przegranych. W tle łamiącym się głosem melodeklamacja pod tytułem „No dlaczego jestem za Galatasaray?!” i dopisek „To oni sprawili że płacze”.

Ja tam nie wiem dlaczego.
Ja jestem za Fenerbahce*.

*I to wcale nie z powodu bramkarza Volkana Demirela!

PS. Usłyszałam też wczoraj od jednego z fanatików prawdziwie dramatyczną historię. Po meczu ukochanej drużyny wystawał 5 godzin po autograf. Aż zebrał – od wszystkich zawodników i trenera, na klubowej koszulce. Powiesił nad łóżkiem jako relikwię. Po paru miesiącach przyjechał do rodzinnego domu. Mama wiele nie mysląc wrzuciła koszulkę do prania… [chwila ciszy]. To mogłaby być reklama proszku…… [minuta ciszy].

PS.2. I zupełnie nie napisałam o tym, że dziś „cała” Turcja oficjalnie świętuje rocznicę śmierci Ataturka. Turcy na portalu Facebook wrzucają zdjęcia ojca narodu do swoich profili (jeśli ich jeszcze nie mieli). Gazety publikują wspominki i „niepublikowane dotąd zdjęcia” Aty.
Ataturkomania ma w Turcji niesłychane rozmiary, ale w miarę upływu czasu staje się coraz mniej zrozumiała. Jest to temat na osobną notkę, którą może kiedyś, jak poczuję się na siłach, wysmalę. Aby zdać sobie sprawę ze skali tejże manii, polecam zajrzeć na fotobloga pewnej pani turkolog: http://ataturk.blox.pl

A oto jedno z „niepublikowanych dotąd zdjęć” (ściągnięte z http://milliyet.com.tr).