Konkurs konkursem, ale trzeba żyć i blogować dalej (przy okazji wspomnę, że głosowanie nadal trwa, aktualną sytuację w kategorii podróżniczej można śledzić na tej stronie; za wszystkie obecne i przyszłe głosy gorąco dziękuję).

Dzisiejsza notka, o nałogach, nie pojawiła się przypadkiem. Ostatnio w moim najbliższym otoczeniu kilka osób rzuciło palenie. Zarówno Turcy, jak i Polacy – ot, taki zbieg okoliczności… a może efekt postanowień noworocznych. Spowodowało to, że jako rasowy pasożyt blogowy postanowiłam wykorzystać zaistniałe okoliczności do napisania notki na temat tureckich nałogów i zachowań obsesyjnych. Dlaczego? Kiedy zaczęłam o tym rozmyślać odkryłam, że znacząco różnią się od naszych. Przynajmniej w niektórych aspektach…

PAPIEROSY /sigara/

Jeśli ktoś lubi palić papierosy, powinien przyjechać do Turcji. Znajdzie się wśród swoich braci i sióstr :) Według statystyk jedna trzecia Turków pali. Większość mężczyzn, ale kobiety też (jak wynika z moich obserwacji) nie pozostają w tyle. Co prawda w maju 2008 roku wprowadzono zakaz palenia tytoniu w miejscach publicznych, a jego złamanie grozi wysokimi grzywnami ale… jak dotąd nie widziałam wielu, którzy specjalnie by się nim przejęli. Turcy palą po prostu wszędzie. Kiedyś już pisałam o papierosach wspominając wydarzenie, którego byłam świadkiem: mężczyzna palący podczas tankowania benzyny na stacji… przez tych kilka lat widziałam to jeszcze kilkakrotnie; zresztą co ja mówię, nagminnie zdarza się, że jadąc gdziekolwiek robi się przystanek na stacji benzynowej i tam ćmi z przyjemnością stojąc metr od plam oleju.
Jeden z moich starych tureckich znajomych zwykł mawiać: Niczego nie potrzebuję do szczęścia, dajcie mi tylko karton papierosów. Prawdziwy filozof, czyż nie?
Pali się ilości hurtowe i to od najwcześniejszych lat życia (co szczególnie zauważyłam u chłopców). Efektem ubocznym są tłumy ludzi z żółtymi zębami i specyficznym kaszlem, ale mimo to zdanka „Sigara varmı?” (Czy są papierosy) tudzież „Ateşınız varmı?” (Czy ma Pan/i ogień) są moim zdaniem jednymi z najczęściej używanych, a niepalenie wzbudza ciekawość (coś w stylu atrakcji zoologicznej).

Na szczęście widać powolne zmiany; już jest zakaz (na razie martwy, ale z czasem pewnie ożyje), a i pojawiły się osoby, które palenie rzucają. Trzymamy kciuki – i przechodzimy do drugiego nałogu, który występuje jako uzupełnienie lub zastępstwo papierosów. A mianowicie:

PRZYGRYZAJKI /kuruyemiş/

Tłumaczenie polskie jest mojego autorstwa; chodzi mianowicie o wszelkiego rodzaju orzeszki i nasiona, w produkcji których (jak i papierosów) Turcja jest światowym potentatem. Począwszy od pestek dyni, słonecznika, poprzez ciecierzycę, orzeszki ziemne, nerkowce, pistacje i inne smakowitości, w porządnym tureckim barze dostaniemy coś takiego do zamówionych napoi (gratis). Można je nabyć w każdym sklepie spożywczym i na bazarach, na wagę – niedrogo. Turcy uwielbiają je przygryzać pasjami – i trzeba przyznać, że jest to bardzo zdrowe (na pewno zdrowsze niż nasze chipsy i paluszki, które występują na każdej niemal polskiej imprezie).
Źródłem mojego niegasnącego podziwu i chęci naśladowania jest sposób (i tempo!) jedzenia pestek słonecznika. Turek zrelaksowany zębami rozgryza skorupkę i wyłuskuje ziarenko w przeciągu 1 sekundy, Turek zestresowany robi to dwa razy szybciej; ja męczę się z jedną łupinką dwie minuty i w końcu rezygnuję. To dlatego pestki słonecznika sprzedawane są w takich wielkich paczkach; wystarczy posadzić dwóch Turków w parku na ławeczce i po 15 minutach paczka jest pusta a pod ławką usypany kopiec z łupinek. Przy okazji wskazówka dla antropologów: w ten sposób można poznać gdzie w mieście czy jego okolicach są popularne miejsca spotkań tureckiej młodzieży.

Pora na coś, z czym przygryzajki i papierosy wystąpić mogą, ale nie muszą, bo TO nie wymaga dodatków:

ÇAY /herbata/

Turyści przyjeżdżający na wakacje do Turcji są zwykle bardzo zaskoczeni, kiedy dowiadują się, że to herbata jest napojem pitym przez tubylców najczęściej. Słynna kawa po turecku jest mocna i podawana w specjalnych okolicznościach, natomiast herbatę pije się zawsze, wszędzie i litrami. Mam na myśli herbatę czarną, parzoną w specjalnych czajniczkach. Rytuał parzenia nie jest trudny, ale wymaga odrobiny wyczucia. Czajniczki są różnej wielkości; w dolnym gotuje się woda, a w górnym, mniejszym, napar. W zależności od preferencji można pić herbatkę słabą, średnią albo mocną, dlatego podaje się ją w szklaneczkach, aby ocenić kolor. Cukier dodaje się obowiązkowo – goryczka jest specyficzna, w końcu to prawdziwa parzona herbata, a nie torebkowa, do której większość z nas jest przyzwyczajona.
Kiedy żyje się i mieszka z Turkami widać, że herbata jest nieodłacznym elementem każdego dnia. Tak jak ja nie wyobrażam sobie dnia bez wypicia kawy po śniadaniu, tak Turek nie wyobraża sobie dnia bez wypicia po śniadaniu przynajmniej dwóch szklaneczek çayu (oceniając mój zwyczaj picia kawy przed południem jako „amerykański” – phi!). Potem çay pojawia się jeszcze wielokrotnie do wieczora, jako idealne uzupełnienie rozmów i spotkań ze znajomymi czy prowadzenia interesów, dobijając do ilości kilkunastu wypitych szklaneczek dziennie.
Przy okazji: Turcy tak naprawdę piją bardzo mało tych „słynnych” owocowych herbatek (jabłkowych, z granatu i jeszcze w pięćdziesięciu innych smakach) – te są głównie dla turystów. Prawdziwy Turek czy Turczynka będą bardzo wymagający wobec smaku herbaty, musi być odpowiednio wyparzona, o idealnym aromacie – dlatego nie znam chyba osoby, która nie uległaby namowom na wypicie herbatki słysząc, że jest taze, czyli świeża. Na samą myśl mnie samej zaczyna cieknąć ślinka…

Jeśli już „siedzi się” na çayu i rozmawia o interesach, pojawia się często kolejna uwielbiana i nałogowa czynność:

SNUCIE PLANÓW / MARZENIE

Ile to już razy dałam się ponieść magii słowa belki (być może)! Turcy szafują nim bez opamiętania. Zarówno w pracy jak i w życiu prywatnym, ciągle słychać tylko szalone plany okraszone tym małym słówkiem. Fantazjowanie to jakieś narodowe hobby: Może pojadę tam. Może pojadę tu. A może sprzedam samochód i kupię dom. A może się uda załatwić to i tamto. Może zmienię pracę? A może w przyszłym roku już tu nie zostanę!
Miło się słucha takich opowieści, z doświadczenia słuchacza wiem, że wtedy nie zauważa się tego „może”, traktując wszystko za plan, który opowiadający zamierza zrealizować. Wcześniej czy później (raczej później), ale zamierza.
Jakie jest potem nasze zdziwienie, kiedy… no właśnie. Okazuje się, że to było tylko takie gadanie. Przy herbatce.

Ale czasami gadanie przekształca się faktycznie w realny plan. A jak wiadomo w życiu na realizację planów potrzeba pieniędzy. Idziemy więc do banku i…

KREDI KARTI /karta kredytowa/

Gdyby być wścibskim i zaglądać wszystkim znajomym Turkom do portfeli, można by było zobaczyć w nich mało pieniędzy (jakieś drobne çay parası) – ale dużo kart kredytowych. Zawsze robiło to na mnie wielkie wrażenie (tak, zaglądałam niektórym Turkom do portfeli, z przyczyn naukowych), gdyż ja na kredyt nie mam najmniejszych szans ze względu na brak stałego zatrudnienia. W Turcji najwyraźniej uzyskanie karty (i to nie jednej) jest bardzo łatwe. Co śmieszne, większości na to nie stać. Kiedyś znajomy zdradził mi, że są tego świadomi, ale nie mogą się opanować… No ale jakoś sobie radzą. Wielokrotnie byłam świadkiem składki pieniędzy od znajomych po to, by opłacić ratę; a po kilku godzinach wyciągnąć pieniądze z bankomatu i oddać dług :)
Oczywiście w każdym prawie sklepie można kupić wszystko na raty, począwszy od drogich sprzętów (co zrozumiałe), skończywszy na sweterku czy dżinsach, co zawsze mnie bawiło.

Jednym z ciekawszych sprzętów, które ma praktycznie każdy jest:

CEP TELEFONU /telefon komórkowy/

… i nie rozstaje się z nim na krok. Ciągłe zmienianie aparatów (kupowanie i sprzedawanie) to normalka. Najlepiej mieć kilka (szczególnie widzę to w Alanyi), żeby chwalić się posiadaniem telefonu firmowego. Ale nawet prywatnie Turcy mają po kilka numerów: każdy na potrzeby innych sieci (albo innych osób; w to nie wnikajmy). Słowem-kluczem jest kontör, czyli impuls. Jeśli zabraknie konturów, przekłada się kartę z innym numerem i problem z głowy. Dlatego trzeba czasem odbierać telefony od nieznanych nam numerów :)
Turcy, szczególnie mężczyźni, mają prawdziwego fioła na punkcie telefonów. Najnowszy model, który kupił ktoś znajomy doprowadza niemal do zbiegowiska – każdy chce dotknąć – a pozycja właściciela telefonu rośnie i rośnie… Zresztą Turcy uwielbiają rozmawiać, dlatego nawet jadąc dolmusem mają komórki w dłoni – bo a nuż zadzwoni; w kieszeni nie byłoby słychać [co jest zastanawiające zważywszy na to, że często dzwonki to ustawione na maksymalną głośność tradycyjne melodie tureckie albo jakieś dzikie wrzaski].

Obsesji i nałogów można by wymieniać wiele, znalazłoby się pewnie jeszcze kilka takich, których dużo więcej zauważyłam u Turków niż u Polaków. Ale już nie będę takim złośliwcem… Przyznam, że piszę to wszystko z zazdrości, bo nie mam ani jednej karty kredytowej, tylko jeden telefon komórkowy, herbatę piję z torebki, bo tak łatwiej, a na dodatek nie potrafię rozgryźć łupinki słonecznika w przepisowym czasie.
I tu leży pies pogrzebany…