/spolszczone od słowa „yemekleri” – jedzenie, czyli yemeki/


Najpierw śniadanie. Można powiedzieć klasyczne. Wygląda na stole tak ładnie, bo podawały Europejki, więc chleb jest z góry pokrojony, a nie położony wprost na stole i oddzierany po kawałku. Istotna obecność zieleniny, którą wcina się tak bez krojenia. Na talerzach rozłożona jajecznica. Brakuje herbat – już w drodze…


A teraz słodko: profiterol, czyli coś w stylu budyniu/musu czekoladowego z zatopionym w środku rodzajem ciastka… Obłędnie słodkie, ma swoich fanów – mi wystarczą dwie łyżeczki.


Tarta jabłkowa, niby standard, a także szalenie słodka. Na „przepłukanie” zwykła kawa. W tureckich kawiarniach i domach podaje się przede wszystkim: turk kahvesı, czyli kawę po turecku (mała, mocna, słodka, do tego od razu szklanka wody mająca na celu postawić na nogi) oraz nescafe – czyli normalną kawę rozpuszczalną z mlekiem lub bez, przez wszystkich tak właśnie zwaną.


Lavaş, czyli to, co kochamy w tureckim serwisie. Do większości obiadowych dań dodaje się jakieś „pieczywo” – może być zwykły ekmek, może być pide, ale najlepszy jest lavaş. Podawany na ciepło na drewnianej desce przypomina balon, który po chwili opada i jest (oczywiście) rozdzierany rękami. Smakuje wybornie z meze (przystawkami), na przykład cacıkiem (jogurt z ogórkiem i miętą), ezme (ostrą mieszanką paprykową), albo czosnkowym masłem.


Kiremitt – specjalne naczynie w którym zapieczony został tavuk (kurczak) przykryty ciągnącym się serem. Dużo sosu, soczyste, smakowite.


A oto tavuk w naturze.


Iskender kebab – jeden z chyba kilkudziesięciu rodzajów podania mięsa/baraniny typu kebab: z jogurtem, z pomidorowym sosem, ułożone na pide.


Gözleme – wiejski cienki placuszek, naleśnik, z nadzieniem z serka białego lub puree ziemniaczanego. Tutaj oba dodatki występują razem. Polecamy spróbować z ayranem gdzieś na świeżym powietrzu lub w prostej tureckiej knajpie w górach, tak smakuje najlepiej :)


Po posiłku należy przemyć dłonie limon kolonyą, aby pozbyć się zapachu jedzenia. Na zdjęciu: limon. Afiyet olsun!

Oczywiście jadłam i piłam dużo więcej, popuszczając pasa… tylko nie zawsze, pochłonięta degustacją, pamiętałam o zrobieniu zdjęcia. Ba, piłam nawet – pierwszy raz w życiu – anyżówkę rakı (namawiana przez Króla Pomarańczy z okazji Walentynek) – i mi smakowała. O kulinariach będzie jeszcze przy innych okazjach, bo jak wiadomo temat jest niewyczepany… a ja dopiero odkrywam w sobie pasję do jego zgłębiania…