Wjazd w kierunku na Medinę, czyli stare miasto. Mgła nie pozwala zobaczyć gór Atlasu Wysokiego a szkoda, bo ośnieżone wyglądają bosko.


Dresiarz marakeski.


Kochamy niemieckich turystów (szczególnie za te kapelusiki).


Ruch uliczny w Marrakeszu – po prostu kreatywnie.


Ruch uliczny w Marrakeszu – po prostu elastycznie.


Ruch uliczny w Marrakeszu – po prostu idź, gdzie oczy poniosą.


Berber podczas sjesty.


Berber spieszący w interesach.


Wejście do jednego z mnóstwa riadów (domów) na marakeskiej medynie.


Parka w parku, czyli lans w Marrakeszu – on rysuje, ona pisze.


Taksiarz. Wanna ride?


Pracownie farbiarzy na suku. Kolorrr.


Tu też.


Nad placem Skazańców, czyli Djemma-el-Fna. Deszcz, anteny satelitarne i góry w tle.


Nigdy nie jest zły moment na małą partyjkę warcabów (warcab?) na kartonie, czyli kolejna odsłona cyklu: Marokańczycy w pracy.


Teraz już wszyscy wiemy, dlaczego Marrakesz zwą Czerwonym Miastem.

ps. Mało piszę, bo zdjęcia, jak myślę, najlepiej oddają tutejszy klimat. A nie będę się bawić w opisywanie brudu i smrodu wielu tych nie-turystycznych zaułków. Chyba że będziecie chcieli o tym czytać… No, ale niedługo już do Polski. Widząc na zdjęciach tutejszą aurę czytelnicy mogą się dziwić, że odliczam dni (a odliczam). Maroko jest fantastyczne, jest ciekawe, a widoki zapierają dech w piersiach (te niektóre). Jest ciepło i słonecznie. Jest sjesta od 12 do 15, która znakomicie ułatwia życie (powinno coś takiego być wprowadzone w Polsce, wydajność pracy byłaby większa). No i jest po prostu INACZEJ.
Na wakacje – na pewno.
Ale życie tutaj, w Maroku, dla osoby z Europy nie jest łatwe. Dla porównania – w Turcji te różnice są o wiele mniejsze. Ale to już temat na zupełnie inną bajkę.