Miałam dzisiaj napisać o czymś innym, miałam już temat, tylko zbierałam dodatkowe informacje ;) Tymczasem wybrałam się w ramach opisywanego przeze mnie wcześniej Festiwalu Filmów Dokumentalnych na arcyciekawy materiał pt. „Bu ne güzel demokrasi” [Co za wspaniała demokracja].

Tytułem wstępu: wszystkie filmy miały być nadawane z napisami angielskimi (tak to było objaśnione w programie) – ale okazało się to tylko teorią ;) Najwyraźniej pan obsługujący sprzęt stwierdził po zlustrowaniu sali, że 100% widowni to osoby znające turecki… Fakt, że najbardziej widoczne były grupy uczniów ze szkoły, które chyba musiały „zaliczyć” festiwal w ramach zajęć. Obcokrajowcy (czyli ja i para Niemców) idealnie wtopili się w otoczenie (chociaż ciężko mi sobie wyobrazić czym mielibyśmy się wyróżniać ;))
O ile pamiętam na zeszłorocznym festiwalu było tak samo… cóż, pozostało zmobilizować się intelektualnie i starać zrozumieć. Szkoda, bo na pewno wiele istotnych rzeczy mi umknęło. Trzeba się uczyć tureckiego – taki wniosek :)

Film przedstawia sylwetki kilku kobiet, które w wyborach w 2007 roku kandydowały do parlamentu tureckiego. Kamera śledzi, jak prowadzą wyborcze kampanie. Każda kobieta kompletnie inna, startująca z ramienia innej partii: jest reprezentantka kurdyjskiego ugrupowania DTP, która jeździ po wioskach na wschodzie Turcji, i nie zna kurdyjskiego. Jest młodziutka dziewczyna, świetnie wyedukowana, znająca biegle angielski i francuski, przedstawicielka CHP, reklamowana jako „najmłodsza kandydatka”. Z ramienia (ostatecznie zwycięskiej) AKP trochę chłodna dama w typie businesswoman. Film jest bardzo ciekawy, bo pokazuje kulisy kampanii w Turcji od zupełnie innej strony – tej kobiecej. Pojawia się mnóstwo tematów (głównie związanych z prawami kobiet i ich statusu) poruszanych na spotkaniach wyborczych prowadzonych w domach, na uniwersytecie, na ulicach, w sklepikach – zarówno w centrum Stambułu, jak i w wioskach gdzieś daleko na wschodzie.
Są jeszcze dwie kandydatki, które od początku budzą największą sensację. Nie tylko w filmie – ja sama oglądając film z napięciem czekałam, kiedy znów pojawią się na ekranie. Pamiętałam reportaż Witolda Szabłowskiego w „Wysokich Obcasach”, który opisywał właśnie historię tych dwóch pań. Jakich pań? Cóż, w Turcji nazywają się je hayat kadinlari, czyli przekładając trochę kulawo na nasze, „kobiety życiowe”. Byłe prostytutki, zmuszone okolicznościami życiowymi do pracy w domach publicznych, postanowiły spróbować swoich sił w wyborach.
Film znakomicie pokazuje aferę, która się wokół nich rozpętała. Trzeba przyznać, że Ayşe i Saliha uderzyły mocno, używając bezpośrednich metod. Spacerowały po ulicach Stambułu z wielkimi afiszami, ubierały się w więzienne stroje i przewiązywały ręce łańcuchami. Jedna z nich – z dzieckiem-lalką na ręku (po kilku aborcjach nie może być matką), druga w muzułmańskiej chustce na głowe, obie z kolczykami w nosie. Wszystko to budziło oczywiście skrajne reakcje; mężczyźni stawali na ulicach z wyrazem kompletnego zaskoczenia na twarzach, wiele razy słychać było gdzieś w tle cmokanie (będące wyrazem dezaprobaty) i słowa: „Hayret birşey ya” [coś w stylu: „Nieprawdopodobne”].

Nie byłoby może w tym nic nadzwyczajnie interesującego, gdyby nie fakt, że owe panie dotknęły jednego z największych tabu w Turcji. Genel evleri, czyli domy publiczne, korzystanie z usług prostytutek to rzecz najzupełniej normalna dla wielu mężczyzn w tym kraju. Wszystko odbywa się legalnie, pracowniczki są zatrudnione na umowy o prace… Ba, ponoć ogromna większość chłopców (mają oni bowiem po 16-17 lat), przechodzi tam swoją inicjację seksualną… Oczywiście nikt nie mówi o tym otwarcie. Teraz powoli się to już zmienia – Turcja jak wszyscy wiemy europeizuje się i amerykanizuje, i zmienia się też podejście do „przedmałżeńskich kontaktów”… co może zepchnie domy publiczne na dalszy plan.
A może nie.

Fakt, że dzięki dwóm dość trzeba przyznać odważnym kobietom (świetnie sobie zresztą radzącym przed kamerami mediów), pewne dotąd ukrywane sprawy wyszły na światło dzienne. Co prawda do parlamentu nie zostały wybrane, ale udało się trochę „namieszać” i uświadomić, że nie każda hayat kadını sama ten „fach” wybrała. Ponoć byłe prostytutki prowadzą teraz schronisko dla osób o podobnie pogmatwanej przeszłości.

Po projekcji, kiedy wszyscy wychodzili z sali kinowej, było głośniej niż zwykle – taki gwarek, szmerek, kiedy wszyscy są poruszeni. Na schodać któraś z pań mówiła koleżance:
– Bardzo mi się podobało, znakomite. Musiałyśmy to obejrzeć.

Zgadzam się :)
Kolejny przykład na niesamowitą różnorodność ludzi mieszkających w Turcji.
A z drugiej strony warto pamiętać, że kolejny dowód, że to kraj jak każdy inny – ani lepszy… ani gorszy.

ps. Następnym razem, obiecuję, będzie już coś „lżejszego” ;)