Tak, przebąblowałam weekend i spóźniam się z dodaniem wpisu. Widzę, że działam już według tureckiego tempa: nie ma co się spieszyć, jeśli nie dziś, to jutro – przecież nic się nie stanie. Zresztą funkcjonuję tak już w każdej dziedzinie życia: pracą też stresuję się o wiele mniej, co ma na mnie dobroczynny wpływ. Więcej śpię, jestem bardziej wypoczęta, niczym za bardzo się nie przejmuję (oczywiście nie oznacza to ignorowania swoich obowiązków, bo tego jako rezydentka-idealistka nie biorę pod uwagę, ale po prostu nie wyolbrzymiam problemów tylko je rozwiązuję i przestaję się zamartwiać). Codziennie przed wyjściem z domu zjadam śniadanie, a i resztę dnia staram się nie spędzać na głodniaka.
Zresztą jest teraz tak gorąco, że trudno się dziwić; wszyscy staramy się jak najmniej spocić. Najlepiej siedzi się w domu, w tym jedynym salonie, gdzie mamy klimatyzację; popija zimne napoje i zagryza owocami. Wyjście chociażby do kuchni gwarantuje termiczny szok. W takich upałach nic się nie chce, wszystko płynie powoli.

Powoli – ale jednak minął. Cudowny, leniwy, wakacyjny weekend. Nie spędziłam – żeby była jasność – ani jednej minuty na plaży (wyjśćie na plażę o tej porze roku uważam za czyste szaleństwo; no chyba że wieczorem). A i tak było cudownie…

Ostatnio coraz częściej zdarza się, że spędzam dużo czasu w tureckim gronie. Nie jest to oczywiste. Wszyscy, którzy z emigracją zetknęli się w większym czy mniejszym stopniu (a przecież ostatnio Polacy z emigracją stykają się regularnie), wiedzą, że pobyt za granicą w pracy często oznacza przebywanie tak jakby nadal w polskim środowisku. Zmienia się tylko otoczenie; na deszczową Anglię czy upalną Turcję; ale ludzie, zwyczaje, rozmowy pozostają te same. Od początku moich pobytów w Turcji nie miałam innego wyjścia, jak przebywać z Turkami – mieszkałam z nimi i pracowałam, a potem pomalutku zaczęłam lubić. Oczywiście mam tu na miejscu sporo świetnych znajomych z Polski, także z innych krajów (np. moja współlokatorka to Słowaczka). Ale, szczególnie ostatnio, ciągle jestem gdzieś wyciągana przez zaprzyjaźnione Turczynki i Turków. Sprawia to, że pojawiła się chęć napisania notki dotyczącej zwyczajów zabawowych przedstawicieli Tureckiej Republiki.
Jak się bawią Turcy? Uprzedzam, różnic kulturowych w bawieniu się znacznych nie ma. Chociaż… może ja ich już po prostu nie dostrzegam.
Oczywiście, to wszystko zależy. Z racji, że moi znajomi to pracownicy mojego biura, czy innych, zaprzyjaźnionych, mam tu do czynienia z nowoczesnymi młodymi ludźmi, którzy nie praktykują raczej podziału towarzyskich ekip na haremlik (część dla pań) i selamlik (część dla panów), jak to w tradycyjnie religijnych środowiskach bywa/ło. Wszystko się miesza, jak i u nas. Zaczyna się od piątkowego popołudnia; biuro i okolice obiega wieść, że w sobotę znów gdzieś się wybieramy. Gdzie? Ustalimy później. Informacje docierają do wszelkich krewnych i znajomych królika, którzy przekazują wieść kolejnym – co gwarantuje tak zwany kalabalık(tłumek). Wiadomo – nie ma sensu wybierać się na imprezę w 3 osoby, musi być tłoczno, bo jak jest tłoczno, to jest i wesoło.

1. Strój /kıyafet/

Jak na całym świecie, mamy tu zastanawiającą dwubiegunowość. Panowie spokojnie pojawiają się w t-shirtach i dżinsach, panie pół dnia wcześniej przeprowadzają akcję upiększającą (fryzjer, maseczki, zakupy). W efekcie panie wyglądają tak, jakby szły na Niezwykle Ważną Imprezę; panowie, jakby wpadli przypadkiem przechodząc obok. Ale i to nie zawsze: alanijscy mężczyźni lubią się stroić. Zresztą tu TRZEBA się wystroić, aby nie zginąć w tłumie przekolorowanych i wystrojonych do granic niemożliwości turystów. Najbardziej typowym męskim zagraniem jest eksponowanie owłosionej klaty (tzw. moherku) za pomocą rozchełstanej koszuli w niekiedy intensywnych kolorach. Kolczyki w uszach (np. cyrkonie), oraz korale na szyi – mile widziane. Niektórzy, z racji bliskości portu i legendy o tym, że niegdyś Alanya była bazą piracką, zakładają bandanki, czarne koszule, i „robią się” na idealną kopię Johny Deepa z „Piratów z Karaibów” (włącznie z makijażem oczu). Na szczęście moi znajomi nie preferują takich ekstremalnych strojów…
Dziewczyny tureckie wybierają niekiedy suknie typu beza, znane nam z przyjęć weselnych. Na zwykłe „disko” będzie może mniej okazały strój, ale nadal strój. Żadna z koleżanek nie ubierze się w dżinsy, bo nie wypada. Pewnego razu na imprezę wpadła koleżanka koleżanki, w zatrważająco wysokich butach na koturnach. Niestety nie była w stanie w nich tańczyć – tańczyła na boso, ale co tam – efekt na wejściu był piorunujący. Dziewczyny wzorują się na gwiazdkach pop i prezenterkach telewizji śniadaniowych, które występują w tv o 8 rano w strojach niemalże sylwestrowych, z włosami jak z katalogu fryzur. Wyglądają bajecznie, trzeba przyznać, ale różnimy się w kwestii zasadniczej: mi się po prostu nie chce :)

2. Rozmowa /konuşma/

Jak już pisałam wielokrotnie, Turcy kochają rozmawiać. Mam wrażenie, że rozmawiają czasami tylko po to, by słuchać brzmienia tych wszystkich tureckich słów i zwrotów, których ilość, wydawało by się, jest nieskończona. Na imprezie sam taniec i puszczanie do siebie oczek nie wystarczy – musi być też rozmowa, bo to przecież czysta przyjemność, nawet jeśli o tak zwanym niczym. Dlatego wcześniej, przed potańcówką, moi znajomi umawiają się na spotkanie w spokojniejszym miejscu. Można tam poczekać na wszystkich spóźnialskich (których zawsze jest więcej), można wejść w odpowiedni nastrój za pomocą odpowiedniej rozmowy. Alkohol nie powoduje tutaj upłynnienia dialogów. Przeciwnie, wielu naszych kolegów i koleżanek na imprezach popija wodę sodową czy colę, a potem szaleje do rana bez dodatku jakichkolwiek procentów. Uważam to za jedną z bardziej znaczących różnic kulturowych. W Polsce generalnie (niestety) spotyka się, by czegoś się napić. W Turcji generalnie spotyka się, by po prostu dobrze się pobawić.

3. Taniec /dans/

Z tańcem sprawa wygląda jasno. Turków nie trzeba namawiać do wyjścia na parkiet. Nie zasłaniają się nieśmiałością ani niedostateczną ilością wypitych trunków. Wystarczy dobra muzyka i jeszcze ktoś do towarzystwa, by od razu zaczęli strzelać palcami i wyskakiwać na środek sali. Szczególnie, jeśli jest to muzyka turecka. Dodatkową atrakcją są przekomarzanki Turków, czy aby do danego utworu dany taniec pasuje, czy może powinno się tańczyć inaczej (wszyscy jak wiadomo uważają się za znawców tureckiej kultury ludowej). Gdy mamy natomiast do czynienia z muzyką zagraniczną, bywa trudniej, ale i nadal nie pojawiają się tu większe problemy. Jeśli towarzystwo jest dobre, bywa, że i przez kilka godzin nie schodzimy z parkietu. Zakwasy w mięśniach nóg murowane, ale takie zakwasy, to czysta przyjemność.

4. Zupa /çorba/

Po dobrej imprezie chodzi się na zupę. To taki odpowiednik naszych polskich nocnych wyjść na kebaba (!) czy zapiekankę. Zamiast rozsypującej się budki z pełnymi starego tłuszczu przysmakami fast-food mamy więc przyjemną knajpę, gdzie jest się obsługiwanym przez kelnerów, zjada się całą gamę przystawek, a na główne danie idealną o tej porze (w końcu mamy już prawie poranek) kremową zupę. W Alanyi generalnie uderza się na ulicę, którą nazywam właśnie „ulicą çorbową” – od ilości knajp z podawanymi tam zupami. Posiedzenie podczas konsumpcji przystawek, zupy, sałatki i herbatki trwa kolejną pełną rozmów i wygłupów godzinę, co jest najwyraźniej tureckim minimum jeśli chodzi o fast-food :)
Wychodząc z knajpy jesteśmy na ogół świadkami kolejnego specyficznego zachowania: kłótni o rachunek. Obecni w grupie mężczyźni zaczynają się dość intensywnie spierać, kto ma rachunek zapłacić (chcą wszyscy). Nigdy jako kobiecie nie udało mi się tego fenomenu zrozumieć – przecież chyba najlepiej zrzucić się po parę lir na osobę, prawda? Ale, jak wiemy, w kwestii płatności wchodzi w rachubę sprawa honoru – a z tą sprawą lepiej nie zadzierać…