A propos poprzedniej notki.
Siedzi sobie na kolacji i herbatce w naszym luksusowym apartamencie trzech mężczyzn, koleżanka i ja. Mężczyźni to znany na blogu Król Pomarańczy i dwóch moich kolegów z pracy, którzy po paru wyjściach na imprezy podczas sezonu letniego, jakoś przypadli do gustu Królowi – z wzajemnością.

Siedzimy więc w domu podczas chłodnej alanijskiej zimowej pogody, pijemy herbatę przygotowaną przez panią domu (czyli mnie; co jak co, ale turecka herbata mi znakomicie wychodzi), i uprawiamy tzw. muhabbet tudzież sohbet – czyli rozmawiamy, żartujemy i cieszymy się życiem.

Ja i koleżanka (produkcji polskiej) przysłuchujemy się męskim pogaduszkom.

Panowie stwierdzają bowiem, że tak się świetnie gada, że musimy to powtarzać regularnie. Z typowym dla Turków entuzjazmem zaczynają ustalać:
– Musimy się spotykać częściej.
– Tak, tak! Na przykład dwa razy w tygodniu.
– Co tydzień będziemy coś robić!
– W piątek?
– Nie (mówi jeden), w piątek jest mój serial.
– O ranyyy (naśmiewają się pozostali) – oglądasz to? No dobrze, to w sobotę.
– W sobotę (odzywa się drugi) – jest mój serial.
– O nieeee (śmieje się reszta). No to… czekajcie… w poniedziałek?
– W poniedziałek jest ten świetny serial! (wołają chórem dwaj z nich)

– No dobrze – ustalają w końcu – wybierzmy chociaż jeden dzień, kiedy nie ma wieczorem żadnego oglądanego przez któregoś z nas serialu.

Przypominam, rozmawiają panowie.
Na ich wytłumaczenie mam jedynie to, że jest zima.
Poza pracą, siedzeniem na Facebooku i oglądaniem telewizji nie ma więcej do roboty. Szczególnie w Alanyi.
Kiedy 3 dni w tygodniu zajmują seriale, czwarty i piąty spotkania ze znajomymi, człowiek nagle zaczyna się robić niezwykle zajęty. Cecha ceniona w zimie…

Dzień „bez serialu” ustalono na czwartek.
Przyszli więc dzisiaj. Zrobiliśmy kuru fasulye, czyli fasolkę bretońską po turecku (niewiele się różni), a tu… mecz.
I to Fenerbahce!

Jesteśmy więc ludźmi niezwykle zajętymi wieczorami.
W samym środku zimy!