Niedzielny wieczór jest porą idealną na to, by chlapnąć jakąś notkę. A jeszcze śmieszniej, jeśli notka będzie dotyczyła nieustająco popularnego tematu, hitu nad hitami… Jeśli mowa o Turcji, jeśli mowa o Riwierze, Alanyi, to zawsze, ale to zawsze (kwestia tylko czy wcześniej, czy później) pojawia się pytanie o TURECKICH CHŁOPAKÓW.
Pytanie o tureckiego boyfrienda zadają mi wszyscy od początku mojej pracy w Turcji. Czy jest? Jeśli nie ma, to dlaczego (pewnie dlatego, że biją kobiety i są zazdrośni). A jeśli jest, to dlaczego (czyżby byli lepsi niż Polacy? – znaczące chrząknięcie)? A czy planujemy się pobrać? A czy się nie boję ?
Czasem pytania podszyte są głęboko ukrytymi emocjami. Czyżby pytająca kobieta również miała w zanadrzu turecki romans? A może nadzieję na taki? A może przeciwnie, negatywne doświadczenia?

Po latach intensywnych obserwacji pseudonaukowych wiem już z całą pewnością. Niewątpliwie „turecki facet” jest zjawiskiem. Modą. Wydarzeniem. W niektórych kręgach warto mieć tureckiego faceta (chociaż w niektórych z kolei lepszy jest Hiszpan, Włoch, bo przecież nie Egipcjanin). Dodaje to naszemu życiu trochę blasku, egzotyki, oryginalności. Ładnie wychodzi się na zdjęciach z tureckim facetem, kiedy on taki ciemny, a przynajmniej brązowooki.

Co innego jednak zdjęcia i ploteczki opowiadane od niechcenia koleżankom z pracy po urlopie, co innego prawdziwe życie. To jeden z takich banałów, które aż szkoda pisać. Ale jednak czasem trzeba, żeby niedzielna notka na blogu trzymała się kupy.

Związki Polek z Turkami można podzielić na kilka kategorii. Niektóre to zwykłe flirty wakacyjne, które sztucznie podtrzymywane przy życiu za pomocą internetu udaje się przeciągnąć do przyszłorocznych wakacji, a przynajmniej sylwestra. Inne to – odwrotnie – znajomości internetowe, które z czasem stają się rzeczywistością, a czasem rozpływają we mgle obietnic przyjazdu, i zapewnień o wiecznej miłości. Jeszcze inne, to coraz popularniejsze związki z projektów, staży, wymian, Erasmusów – czyli miejsc, gdzie spotykają się w miarę podobni do siebie młodzi ludzie.
Najmniej jest zwykłych krótkotrwałych i ulotnych wakacyjnych przygód, bo, jak zauważył kiedyś znajomy Turek: „Polki nadzwyczaj szybko się zakochują”.
I jest w tym sporo prawdy. Jak dowodzą obserwacje w terenie, w ekspresowym tempie dziewczyny są gotowe zmieniać kompletnie swoje życie, rzucać stałą pracę w Polsce, ba, czasem nawet poprzedniego, „nudnego” polskiego chłopaka, aby tylko znaleźć się bliżej ukochanego z Krainy Orientu. Już nie mówiąc o próbach nauki tureckiego i szalonym entuzjazmie do zgłębiania arkan tureckiej kultury!

Zaiste, w wielu przypadkach ten szalony entuzjazm godzien byłby lepszej sprawy.
Niestety, nie owijając w bawełnę, często zakochanym dziewczynom brakuje zdrowego rozsądku i odrobiny samokrytyki. Z jednej strony trudno się dziwić – magia Turcji robi swoje. Ja sama podczas pierwszego swojego pobytu w tym kraju siadywałam z koleżankami z pracy w kawiarni i pożerałam wzrokiem odzianych w białe koszule kelnerów. Z naszych ust wydobywały się tylko ciche westchnienia i refleksje typu:
– Jakim cudem Matka Natura rzuciła tych wszystkich adonisów razem właśnie tutaj?!
A kiedy jakiś adonis przesłał dokładnie zaadresowane do którejś z nas głębokie spojrzenie wilgotnych czarnych oczu – byłyśmy ugotowane.

Wraz z kolejnymi randkami przy dźwiękach tureckiej muzyki, flirtami, bukietami kwiatów i spacerami w świetle księżyca świat stawał się jeszcze piękniejszy. Trudno zresztą się dziwić – która kobieta nie marzy o odrobinie romantyzmu? Tutaj dostawała go w takich ilościach, jakby wspomniana Matka Natura chciała wynagrodzić nam wszystkie „stracone lata”.

Z czasem, jeśli weszło się w prawdziwy związek, człowiek zaczynał zauważać kulturowe (i nie tylko) różnice. Wymuskany kelner w białej koszuli okazywał się chłopakiem w wolnym czasie noszącym paskudne sportowe szorty ze sznureczkiem w pasie i do tego nie pasujący kolorystycznie t-shirt. Romantyczne randki w restauracjach zamieniły się w banalne kolacje w domu z niezmiennie dużą ilością białego tureckiego chleba (nawet do makaronu) i mlaskania. Polska kuchnia w naszym wykonaniu budziła jedynie udawany zachwyt. Okazało się też, że trzeba było się pogodzić z paroma obyczajowymi drobiazgami. Na przykład będąc w mieście zachowujemy się przyzwoicie, nie obłapiamy partnera, a już brońcie bogowie od publicznego całowania! Musimy też uważać na własny strój (co niektórym przychodziło łatwo, jeśli nie miały nigdy ciągot do minispódniczek), a szczególnie na męsko-damskie przyjaźnie. Zostawało się pouczonym, że każdy turecki mężczyzna chce od nas tylko jednego (co akurat nie mija się za bardzo z prawdą), i w związku z tym najlepiej, abyśmy ograniczyły kontakty nawet z kolegami z pracy.
Jeśli delikwentka jest zakochana, takie rzeczy nie będą dla niej problemem. Ba, można przecież wszystko to potraktować jako wyraz miłości i troski ukochanego! To, że nie pozwala jej nigdzie samej chodzić (i odwozi ją i przywozi w każde miejsce o każdej porze). To, że wymieniają się hasłami do skrzynek e-mailowych (w końcu to dowód zaufania). To, że zakładamy bluzki bez dekoltów (och, on jest o mnie tak uroczo zazdrosny!).
Nie mówiąc już o tym, że kiedyś wreszcie kończą się tematy pod tytułem „kocham Cię kochanie moje” i okazuje się, że po prostu nie ma o czym gadać. A może i nawet – że jesteśmy kompletnie inni. Zaczyna być widoczne, że Polka z wyższym wykształceniem i świetnie zapowiadającą się karierą to świetny awans dla Turka z Riwiery po podstawówce… Paradoksalnie wielu takim dziewczynom wydaje się odwrotnie: że to je spotkało niezwykłe szczęście, w postaci boskiego przystojnego i oddanego mężczyzny, że to one dostały prezent od losu…

I tak dalej, i tak dalej.

Konserwatyzm czy kompleksy partnera albo niedopasowanie poziomem intelektualnym to tylko jedne z przykładów bolesnych rozczarowań. Nie wymądrzałabym się tak, gdybym sama w życiorysie nie miała takiego. A przecież jest tyle innych wersji zakończeń polsko-tureckich przygód. Niektóre o wiele bardziej dramatyczne: kłamstwa, inne dziewczyny, ba, oficjalne żony i nie mniej oficjalne dzieci, przemoc, wyciąganie pieniędzy pod pozorem rodzinnych tragedii i tym podobne.
A czasem po prostu ciężko sobie wyobrazić życie w „takim kraju jak Turcja”. Bo o ile można w Anglii, to przecież nie w dzikiej Azji…

U mnie, na szczęście, sercowy zawód i negatywne nastawienie do tureckich mężczyzn nie przeniósły się na spadek zainteresowania Turcją. Cóż, tym lepiej, poznałam obyczaje tradycyjnych macho od podszewki, i, jak widać, mogę o tym nawet pisać notki na bloga (zresztą popełniłam już kiedyś jedną w 2008 roku). Znam też sposoby, jak się maskują – najczęściej udając niezwykle wyedukowanych, światłych i zeuropeizowanych (kiedy w rzeczywistości w życiu przeczytali dwie książki i niezliczoną ilość magazynów piłkarskich, a ich opinie to zlepek sądów wygłaszanych przez gwiazdy tureckich mediów). Oczywiście pomijam tych NAPRAWDĘ wyedukowanych, światłych i zeuropeizowanych, ale ich znaleźć ciężko. Nie wystają na czatach i skajpach, zagadując nieznane sobie dziewczyny. Nie pracują przez lata w kurortowych barach jako naganiacze czy kelnerzy. Nie bajerują, że „dzięki nam czują się tak, jak nigdy w życiu się nie czuli” i nie zapewniają, że „tu jest pełno podrywaczy, ale ja jestem inny”, lub też, że „dzięki tobie się zmieniłem”.
Znów banalne stwierdzenie, ale naprawdę im takich czarów po prostu nie trzeba. A życie z takimi prawdziwymi Turkami? Takimi nie-kurortowymi, nie-chłopcami-z-plaży?

Cudownie normalne. Raz wspaniałe, czasami nudne, a jeszcze innym razem po prostu trudne.
Bez zakazów i nakazów, bez napadów zazdrości, z rozmowami o życiu, z dyskusjami o kulturowych różnicach. Z tolerancją, przyzwoleniem na inność i wolność osobistą drugiej strony.
No… po prostu jak to z prawdziwym mężczyzną. Nawet to, że Turek, jakoś specjalnie nie przeszkadza. Bo przecież mógłby być Polak, jakie to ma znaczenie?

Dobry chłop, to dobry chłop, niezależnie od narodowości.
Czyż nie?