Miałam dziś napisać notkę o wyprawie na górę Tahtalı, ale to się nie spieszy, następnym razem. Dzisiaj, pierwszego września, zdarzyło się coś o wiele ważniejszego. I nie – wcale nie chodzi mi o pierwszy dzień szkoły (w Turcji tak samo jak w Polsce).
Ale o… DESZCZ. Który spadł wcale nie z zaskoczenia, bo poprzedzony prognozami i złowrogo wyglądającymi chmurami. Nad górami od wczoraj kłębiło się i kłębiło, a upał i słońce nadal jak zawsze.
A dzisiaj od rana, kiedy akurat wchodziłam do basenu (chcąc odrobić swoją porcję ruchu przed transferami na lotnisko) – zaczęło kropić. No i nic – pływałam dalej, bo tak przecież przyjemniej.
Potem zaczęło wiać. A potem – lać.

Dla Turków oczywiście pierwsze już krople były sygnałem, żeby wszystko schować. Po kilku miesiącach bez deszczu okazuje się że zbyt dużo przedmiotów może doznać szkody pod jego wpływem. To jest oczywiste. Ale paniczne bieganie wokół basenu i chowanie materacy z leżaków? Wydaje mi się lekko absurdalne, w końcu co jak co, ale materace są dość odporne na zamoczenie… A nawet jeśli, to szybko wyschną, w końcu taka ich rola, prawda?
Kiedy wróciłam do mieszkania i weszłam po prysznic, nastąpił ciąg dalszy niespodzianek. Brak prądu. I – o, brak wody!
Tak jakby kilkunastominutowa ulewa wywołała jakieś niesłychane szkody – od razu nic nie działa, nic nie chodzi, na ulicach zrobiło się pusto, muzyka przestała grać, normalnie katastrofa!

Po chwili przemyśleń dochodzę do wniosku, że Turcy generalnie są w kwestiach pogodowych przewrażliwieni i bardzo lubią przesadzać (w nawiasie: w ogóle lubią przesadzać). Są upały, jest gorąco, pali słońce? Będą opowiadać, że to pierwsze takie upały od 20 lat, i że z roku na rok jest coraz gorzej (opowiadają te bajki co roku, moje obserwacje są zupełnie inne). W zimie było chłodno i padał deszcz? Turcy będą zapewniać, że tak zimno to jeszcze nigdy nie było.
Ba, wystarczy sięgnąć do zeszłorocznej prawdziwej katastrofy, nad którą rozpływały się media. Śnieg! W Stambule spadł śnieg. Dosłownie (jak twierdzą świadkowie naoczni) 3 centymetry.
W związku z tą niepodważalną anomalią pogodową zamknięte zostały szkoły i niektóre firmy. Ulice wyludniły się, a w telewizji podawano rady jak się najlepiej ubierać, aby przetrwać.

Wniosek jest jeden – Turcy lubią, kiedy dzieje się coś, co rozbija „ustalony” porządek. Musi być raz na jakiś czas wyjątkowo, inaczej, najbardziej. Potem będzie można wszystko zamieniać w mity, i przez lata opowiadać, jak to pierwszego września w Alanyi spadł 10-minutowy deszcz, i w związku z tym przez godzinę nie było prądu i wody.

Deszcz się skończył, znów jest gorąco i słonecznie. Ale w basenie nikt nie pływa, nikt się też nie opala, bo przecież padało… Wróciła też woda i prąd, dzięki którym mogłam się umyć, wysuszyć i wysłać do Was drodzy czytelnicy taką oto niewielką przewrotną noteczkę.