Jak co roku w Alanyi w okolicach końca września odbył się festiwal jazzowy (Alanya Jazz Days). Czekałam na niego tak bardzo, że aż zapisałam się na specjalnie utworzonym wydarzeniu na facebooku. Co roku z przyjemnością chodziłam na te koncerty, które nie dość że odbywają się we wspaniałym miejscu (pod Czerwoną Wieżą w porcie), nie dość, że wstęp jest bezpłatny (co gra kapitalną rolę w popularyzacji jazzu), to na dodatek prezentowano tam świetną muzykę, wobec której żaden meloman nie pozostawał obojętny. Stali czytelnicy pamiętają zresztą moje coroczne pełne peanów i zdjęć relacje. Lubiliśmy Jazz Festiwal, bo oznaczał, że w Alanyi nie gra się tylko disco i techno. Nie, żebym miała coś przeciwko disco i techno, ale z racji mojej muzycznej pasji lubię sobie czasem posłuchać dobrej muzyki, szczególnie w formie koncertu na żywo granego przez wykształconych profesjonalnych muzyków…
W tym roku z powodu nadmiaru obowiązków zawodowych o pierwszym koncercie w czwartek kompletnie ZAPOMNIAŁAM. Tym bardziej drugiego dnia zmobilizowałam się i mimo zmęczenia, wraz z dwojgiem czytelników bloga (Michałem i Agą, których niniejszym pozdrawiam :)) udaliśmy się na koncert. A tam… kompletne rozczarowanie. Tym większe, że tytuł piątkowego występu brzmiał „Saz & Jazz”, czyli obiecywał ciekawe brzmienia tureckiego tradycyjnego instrumentu strunowego – sazu – w jazzowych aranżacjach…
Tymczasem… było coś w rodzaju Oktoberfest, tylko nie w październiku a wrześniu i nie z niemiecką muzyką, a tureckimi przebojami. Nucili je widzowie usadzeni gdzie się dało (takich tłumów jeszcze na festiwalu nie widziałam), jedli watę cukrową i popijali piwem, rozmawiali i poruszali ramionami w stylu „kaczuszek” – w rytm słuchanych melodii.
Było kompletnie anty-jazzowo.

Zrobiłam więc zdjęcie, które oddawało istotę sprawy:

IMG_1980
i udaliśmy się, jak to mówią, realizować plan B.
Z cichą nadzieją, że za rok będzie …inaczej?