Od czwartku jestem już z powrotem „w domu”, czyli w Alanyi. I czuję się, jakbym wróciła zza granicy. Spędziłam 10 dni w zupełnie innym świecie, otoczona innymi ludźmi, ba, nie mówiąc już nawet o potrawach, muzyce, jedzeniu!
Z takiej perspektywy Alanya wydaje się niemalże europejska, a na pewno „nieturecka”, neutralna, pozakulturowa…

Potrzebuję teraz trochę czasu żeby ogarnąć myśli. Raz, że nadal jeszcze nie mam mieszkania, znajduję się więc w jakże znanym mi i tyle razy już przeżywanym stanie: „na walizkach”. Dwa, że będąc w podróży dotknęło mnie zatrucie… tak, to dowód na to, że alanijska flora bakteryjna jest zupełnie inna nie tylko od tej w Polsce, ale także południowo-wschodniej Turcji. Znajduję się więc aktualnie na oczyszczającej dietce, obchodzę się z sobą jak z jajkiem, piję turecką herbatę bez cukru, na kolację jadam suche gotowane ziemniaki lub makaron a na deser biały jogurt – jednym słowem raj.

Wyprawa, jak to z wyprawami bywa, pełna była przygód i tak zwanych niespodziewanych zwrotów akcji. O niektórych z czasem opowiem, przeplatając zdjęciami. Wyszło trochę inaczej niż miało być – przez chorobę kilka rzeczy mnie ominęło. Po raz kolejny potwierdza się banał, że „najważniejsze jest zdrowie” :) Ale i tak jestem zadowolona – udało się zobaczyć miejsca, które były na mojej liście ‚must-see’ od dawna. Udało się chociaż na chwilkę zanurzyć w klimat zupełnie odmiennego świata.
Jak to ja, już szkicuję plan kolejnego wypadu. Teraz już pod zupełnie innym kątem, z innym nastawieniem, innymi zamiarami. Bo przecież ile można siedzieć w miejscu, prawda? Jeszcze żeby pieniędzy na te wszystkie plany starczało – to już w ogóle byłby ideał :)