Znów nie miałam dostępu do internetu – uroki ciągłych przeprowadzek. Wreszcie się udało, i oto mogę nadrobić ogromne zaległości. Nie będę pisać o tym, że od jakiegoś czasu jestem z powrotem w Turcji (wyjechałam z Polski w pierwszy dzień opadów śniegu, udało się zdążyć przed anulacją lotów). Przyjadę do Ojczyzny znów na Święta (bo w Turcji nie miałoby to dla mnie uroku).

Ponieważ wraz z zamieszczaniem na blogu zdjęć z wyprawy na wschód Turcji moja relacja z niej ciągnie się w nieskończoność, postanowiłam sprawy nieco przyspieszyć. Zdjęcia pojawiać się będą na blogu tylko na zaostrzenie apetytu; cały zbiór (który wciąż porządkuję) będzie do obejrzenia w jednym miejscu.

Ostatnio opisywałam pobyt w Mardin; jest to jedno z miast, do których odwiedzenia odtąd bezwzględnie będę wszystkich zachęcać. Sama koniecznie muszę tam jeszcze pojechać, spędzić kilka dni, cała okolica jest bardzo inspirująca. Tego samego dnia pojechaliśmy jeszcze do Midyat i Hasankeyf. Midyat jest także interesującym miastem, pełnym krętych uliczek, domów otoczonymi kamiennymi murami. Zaraz na początku spaceru przyczepiła się do nas zgraja wyszczekanych dzieciaków, które udawały przewodników (faktycznie rzucały hasłami, nazwami i datami wybudowania kościółków które w Midyacie się znajdują). Wszystko to w celu zarobienia paru groszy…
Midyat poza kościołami chrześcijańskimi, niedużym starym miastem, schowanymi za murami rodzinnymi fabryczkami wina i innymi drobnymi zakładami, słynie także z wyrobu srebra. Piękne, delikatne „ażurowe” wyroby (które widziałam także w Maroku) można kupić w jednym z wielu sklepików-atelier.

Po tych kilku dniach wyprawy rozstaliśmy się z naszymi kurdyjskimi gospodarzami i ruszyliśmy dalej. Kolejny dzień (czy właściwie dwa) był bardzo intensywny. Pożegnaliśmy się z Diyarbakir przed północą i pojechaliśmy do Sanliurfy – autobusem, w którym byliśmy jedynymi pasażerami. Steward mimo to czynił nam honory, zagadując, wypytując i częstując napojami. Podobała mi się jego reakcja na naszą narodowość:
– Jesteście z Polski?! To nie powinniście być w Alanyi?!
Nie mieściło mu się w głowie, że ruszyliśmy gdzieś – ot tak, bez wycieczki – „w kraj”.

Do Sanliurfy dotarliśmy po około 3 godzinach, i zaraz na dworcu doskoczył do nas naganiacz. Po krótkich targach udało się wynegocjować rozsądną cenę za nocleg jak i taksówkę. Hostel, który wybraliśmy całkowicie w ciemno okazał się być w samym centrum Urfy, w zaadoptowanym domu. Kurdyjski gospodarz i jego żona byli nieco… dziwni. Jedząc śniadanie byliśmy pod ostrzałem ich spojrzeń – potem okazało się, że po pierwsze ja (występując jako tłumaczka naszej grupki) nie przypadłam mu do gustu (przez sam fakt bycia kobietą), po drugie nasza odmowa skorzystania z organizowanych przez niego wycieczek. Po spędzeniu przedpołudnia na wstępnym zachwyceniu się miastem ruszyliśmy w kierunku Nemrut Dagi. Naszą bazą noclegową była Kahta. Jadąc busem do tego miasteczka budziliśmy (jak w wielu miejscach) sensację podszytą jednak sympatią:
– Dokąd jedziecie?
– Na Nemrut Dagi.
– Ale dlaczego?! Tam jest zimno!
Zadawano nam też mnóstwo pytań, wykorzystując moją znajomość tureckiego. Dla mnie wielkim zaskoczeniem było to, że także tamte okolice są niemalże całkowicie kurdyjskie. Na każdym kroku było słychać tylko ten język.

Jak się później okazało, owszem, było zimno, ale co to dla nas, Polaków! Nemrut Dagi było jedynym punktem, kiedy naprawdę zmarzliśmy. Poza tym podczas całej wyprawy świeciło piękne słońce i było ciepło, wręcz gorąco, a także, w przeciwieństwie do wysokiej wilgotności Alanyi, bardzo sucho.
Wyprawa na Nemrut Dagi, czyli usypany niegdyś przez króla Nemroda kopiec, w którym umieszczono jego grobowiec, to ciekawa historia. Ciężko się na górę dostać samemu. Oznaczałoby to ponad 20 kilometrowy spacer. Można ewentualnie skorzystać z noclegu u stóp kopca, który jest już dużo droższy. Dlatego najlepszym pomysłem jest zamówienie kierowcy minibusa, który przy okazji obwozi delikwentów po terenie całego parku Nemrut Dagi (zdecydowanie wart zobaczenia). Kierowców jest sporo, pomagają przy okazji załatwić hotel w Kahcie i rywalizują ze sobą o klientów. Obserwując scenki w Domu Nauczyciela w którym mieliśmy przyjemność nocować, cieszyliśmy się, że polecony nam przez znajomą kierowca okazał się naprawdę rzetelny i sympatyczny…
Pod wieczór będąc w Kahcie, zanim zjedliśmy kolację w barze naprzeciwko hotelu (pyszna zupa z soczewicy i domowy ayran!), porozmawialiśmy trochę z innymi podróżnikami, była już północ. A… o 3.30 zaczynała się wyprawa na górę. Nasz kierowca w całkowitej ciemności zawiózł nas do podnóża góry, skąd po wypiciu rozgrzewającej kawki trzeba już było wspiąć się piechotą. I tam czekać na wschód słońca. Widoki są oszałamiające…
Kiedy wróciliśmy kompletnie wyczerpani z wycieczki do Domu Nauczyciela, było po godzinie 9. Zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się z powrotem do Sanliurfy, a właściwie najpierw przez Urfę – do Harranu, wioski pod samą granicą syryjską. Harran słynie ze stożkowych glinianych domków, w których nadal mieszkają ludzie. Można też tam obejrzeć ruiny wielkiego meczetu. To w Harranie usłyszałam po raz pierwszy zastanawiające dźwięki orkiestry, coraz głośniej i głośniej. Towarzyszyły nam także już później, w Urfie – nasz hotel znajdował się naprzeciwko Urzędu Miasta, w którym – tak, odbywały się próby orkiestry… Wszystko to z okazji zbliżającego się 29 października, Święta Republiki.
W Harranie można poczuć już niesamowity arabski klimat. Mieszkańcy o ciemniejszym kolorze skóry, bardzo spontaniczni, gościnni i dowcipni zaprosili nas do „pokazowego” glinianego domu, ubrali (jak ponoć wszystkich odwiedzających) w tradycyjne okazałe stroje, nakarmili i napoili, podzielili się anegdotkami. Byliśmy też (jak zwykle) atrakcją dla dzieciaków, które przywitały nas klasycznymi zawołaniami o pieniądze. Na szczęście okazało się, że kiedy poczęstowaliśmy je paluszkami czy pestkami słonecznika, były przeszczęśliwe.
Do Urfy dotarliśmy wieczorem, kompletnie wyczerpani po tak długim dniu.

/cdn/

Przydatny tekst? Kliknij w poniższy obrazek by postawić mi kawę ;)

paypal