Şanlıurfa (czyli ‚wspaniała’ Urfa) była naszym kolejnym bazowym punktem na trasie. Już kiedyś, słysząc samą nazwę, wiedziałam że to miasto przypadnie mi do gustu. Potem, studiując przewodniki i zdjęcia przed wyjazdem, wpadłam w stan niecierpliwego oczekiwania. Miasto będące swoistym odpowiednikiem polskiej Częstochowy, z powodu kilku dość istotnych miejsc dla muzułmanów. Z tego względu mieszkańcy Urfy przyzwyczajeni są do turystów, choć jednak przede wszystkim Turków… lub z krajów arabskich. Najciekawsze zabytki mieszczą się w pobliżu „Balıklı Göl” czyli stawku zamieszkanego przez ogromne ilości… karpi (w które wedle legendy ponoć zostały zamienione polana ze stosu Abrahama/Ibrahima). Stawek ten i mieszczące się w pobliżu meczety są najistotniejszymi miejscami, dlatego oglądając tłuste kotłujące się w wodzie karpie trzeba szybko wyzbyć się europejskiej perspektywy ;)
Miasto pełne jest (oczywiście) zawiłych uliczek, domów typowo po arabsku ukrytych za grubymi murami, z widocznymi jedynie fantazyjnie przyozdobionymi masywnymi drzwiami – najczęściej niebieskimi (taka magiczna funkcja). Często nad nimi znajdują się wykaligrafowane wersety z Koranu – też pewnie w celach „zabezpieczających”. Piękny widok gwarantuje wspięcie się na Urfa Kalesi (twierdzę), kolejny z najbardziej istotnych zabytków.

W Urfie nadal słyszeliśmy na każdym kroku kurdyjski, ale także arabski – a może to był tylko inny akcent tureckiego… Fakt, że miasto etnicznie jest na pewno mocno „wymieszane”. Duże, gwarne, ale oczywiście bardzo tradycyjne – procent kobiet w chustkach jest tu bardzo duży. Choć najwięcej było widać chustki w romantycznym kolorze lila – także u mężczyzn! Jak dowiedzieliśmy się od mieszkańców Urfy, taki kolor chust noszą Kurdowie. A dlaczego mężczyźni? Oto luźno zarzucona na
głowę chusta, z końcówką niekiedy fantazyjnie przewieszoną przez ramię, to kurdyjski odpowiednik arabskiego męskiego nakrycia głowy. Służy w obu przypadkach po prostu do wszystkiego: jako ochrona od słońca, obrus, ściereczka do rąk lub do stołu, i tak dalej – podejrzewam że zastosowanie ogranicza tylko wyobraźnia noszącego.

Widzieliśmy także kobiety w bajecznie połyskujących ubraniach. Jak się okazuje kurdyjskie wieśniaczki, które wyszywają swoje sukmany cekinami, robią to w celu zaprezentowania poziomu zamożności swojej rodziny (przyszłemu kandydatowi do ślubu) i… chodzą tak na co dzień.

Dużo czasu spędziliśmy na bazarze – takim już typowym, prawie że arabskim, ‚suku’, gdzie stragany są, jak być powinny, rozmieszczone tematycznie. Fioletowo-liliowych chust była tam cała jedna „uliczka”. Trafiliśmy też pod opiekę sprzedawców butów, którzy oczywiście musieli nas poczęstować herbatą i wypytać o wszystko.

O Urfie można by opowiadać bardzo dużo, mimo, że przecież wcale nie byliśmy tam długo. O prostych ludziach, którzy zapraszali nas do swoich sklepików i opowiadali: o swoich rodzinach, polityce, tym, jak istotne jest wykształcenie i że na świecie najważniejsza powinna być tolerancja.
Trzeba też wspomnieć, że nasz pobyt przypadł akurat w czasie, kiedy w Urfie rozpoczynał się festiwal Sıra Gecesi. A jest to rodzaj muzyki, pieśni, często religijnych, wykonywanych przez artystów ustawionych w półokręgu. Taka muzyka kojarzona jest właśnie z Urfą. Niesamowicie było udać się na pierwszy koncert (oczywiście bezpłatny) festiwalu, zostać poczęstowanym mocną kawą (mırrą), rozdawaną wszystkim widzom, zobaczyć rozmaitych Vipów i Prezydenta Miasta. Gdzie zresztą, co warto zaznaczyć, byliśmy pewnie jedynymi cudzoziemcami, budząc sensację :)
Niestety… nie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Przed koncertem udaliśmy się na kolację do restauracji. Tu uwaga: w podróży zazwyczaj nie jadalismy w restauracjach, tylko zwykłych jadłodajniach czy na ulicy (a czasem prosto ze straganu, bazaru itp.). Tak najlepiej; można ocenić czy w danym miejscu jest dużo klientów, czy panuje tam ruch (a jak ruch, to i „przerób” żywności). Taką taktykę zalecam i taką mi zalecano.
Kolacja w ostatni wieczór w Urfie była wyjątkiem. I to niestety bolesnym. Pięknej, klimatycznej restauracji nie zapomnę do końca życia – zatrułam się tam potrawą, której też nigdy już nie zapomnę… Co więcej, zatrucie poczułam po kilku godzinach, najpierw dostając wysokiej gorączki. Pozostałe atrakcje pojawiły się poźniej… Ciężko było, oj ciężko. Z tego też powodu pozostała część wyprawy (Syria i powrót do Turcji) wyglądała zupełnie inaczej niż planowałam… Leczenie żołądka, dieta, syryjski lekarz a potem w Alanyi antybiotyki i znów dieta… Cóż. Na pociechę wmówiłam sobie, że zawsze mogę do Syrii jeszcze wrócić i wszystko nadrobić. Wmówiłam sobie z takim przekonaniem (dni z kisielkami, suchym chlebem i gotowanym ziemniakiem dały mi dużo do myślenia), że wręcz zaplanowałam ponowny wyjazd do Syrii. Ale już nie z przechodzeniem na przejściu granicznym w Kilis. Już nigdy, nigdy żadnego Kilis. O tym dlaczego… w następnym odcinku :)


IMG_3681
IMG_3533

IMG_3477

IMG_2950