Zima w pełni, nie tylko w Polsce. Także tutaj, w południowej Turcji ostatnie dwa tygodnie to temperatura sięgająca nawet 4 stopni na plusie! Nie mówiąc już o innych rejonach kraju, gdzie śniegu i mrozu wbród (wystarczy spojrzeć w kierunku wschodnim, niekiedy w nocy dochodziło tam do minus 20 stopni, to tak odnośnie stereotypu Turcji jako kraju ciepłego :))

Tu w Alanyi kiedy w ciągu dnia temperatura czasami osiąga 20 stopni w słońcu, a powietrze pachnie wiosną, zaraz po zapadnięciu zmroku spada dość mocno i robi się przenikliwie zimno. Trudno się dziwić, że przy takiej pogodzie, nawet w najcieplejszych miejscach kraju, zdarza się zachorować… na grypę! I jeśli spytacie, co Skylar robiła w ostatnim tygodniu, to odpowiedź będzie prosta i mało ekscytująca: siedziała grzecznie w domu, nie mając siły na cokolwiek, fundowała sobie napary do nosa i gardła, rozpuszczała lekarstwa i popijała ciepłe herbatki. Jednym słowem: szaleństwo.

Na szczęście dzisiaj zaczęłam już dochodzić do siebie, czego objawem było nagłe rzucenie się za zarośnięte brudem mieszkanie. Co prawda po wypolerowaniu całości padłam znów zmęczona, ale znając rozmiary tureckich mieszkań trudno się dziwić :)

Żeby notka nie pozostała całkowicie bez sensu, postanowiłam ją ubarwić dwiema sprawami. Pierwsza to lektura do poczytania dla „tureckich manyaków”… i nie tylko. Przemyski Przegląd Kulturalny cały swój ostatni numer poświęcił Turcji. Świetne zdjęcia, dużo do czytania, m.in. mój tekst o zjawisku „Oka proroka” a także wywiad ze mną jako Polką żyjącą w Turcji (a po nim ciekawy wywiad z Turczynką żyjącą w Polsce). Polecam! Żeby poczytać kliknijcie tutaj.

Druga sprawa to tylko taka zajawka, informacja dotycząca nowego sezonu. Być może niektórzy pamiętają, kiedy pisałam latem, że planuje porzucić pracę rezydenta. Tym razem mówiłam serio i… niniejszym nastąpiło. Nie oznacza to końca przygody z Turcją czy turystyką, wręcz przeciwnie. Sama rezydentura to świetna praca, którą bardzo lubiłam, ale jednak przez te sześć sezonów w dwóch krajach (Turcja i Maroko) i w różnych biurach zdążyłam się nieco… wypalić. Zawód rezydenta nie jest zbyt pozytywnie postrzegany, a raczej niedoceniany – dla pasjonatów tej pracy nie jest to zbyt komfortowa sytuacja. Dlatego postanowiłam zaryzykować i rozpocząć zupełnie nowy etap w swojej „turystycznej karierze”… Pracę na własny rachunek. Czeka mnie (nie pierwszy już raz) zakładanie własnej działalności gospodarczej i duża niezależność, na czym najbardziej mi zależało. Może też uda się pracować przez cały rok, a nie tylko latem? W planie mam kilka przedsięwzięć, którymi będę na pewno „chwalić się” na blogu. Pierwszym z nich i najważniejszym jest współpraca z Turkami, a przede wszystkim z Szanownym Królem Pomarańczy – efekt tej współpracy w postaci internetowego (i nie tylko) biura podróży wkrótce pojawi się w sieci o czym niezwłocznie Czytelników powiadomię :)

A więc… ciąg dalszy nastąpi. Trzymajcie kciuki.

Dokonawszy tej niesłychanej autopromocji Skylar oddaliła się w kierunku kuchni, nastąpiła bowiem pora na pichcenie.