Przepraszam wszystkich regularnie zaglądających na bloga, że nie piszę regularnie. Kiedy palce lepią się do klawiatury ciężko się skupić na czymkolwiek, a co dopiero na pisaniu. Pot cieknie mi po czole i pod nosem. A klawisze laptopa (a szczególnie ta przestrzeń, gdzie się puka opuszkiem palca, jak to się nazywało?) – są po prostu ciepłe.
Nie mogę tego znieść.

Mój komputerowy termometr pokazuje 32 stopnie. Ponoć jest dużo więcej, tak około 38. Ale to jeszcze nic; dodajcie do tego 75% wilgotności powietrza. Dodajcie lekki katar wywołany klimatyzacją i/lub wiatrakiem. Jeśli nie podchodzi się do nich za blisko, ocieka się potem. A jeśli się podejdzie – przeziębienie murowane.

W takiej sytuacji trudno się dziwić, że codziennie marzę o tym, żeby uciec z biura na jakiś rejs statkiem, albo coś podobnego. Tak, żeby wokół było pełno wody, w której można by się bylo wykąpać. I żeby wiał ciepły przyjemny wiatr. A muzyka w głośnikach grała (niezbyt głośno) jakieś fajne: bum, bum, bum.

Co byłoby warte życie bez marzeń :)

Jak narazie największym wyzwaniem jest doprowadzenie się do jakiego takiego stanu używalności. O ułożeniu włosów nawet nie myślę bo przy tej wilgotności wyglądam jak kurak. Myślę generalnie o wyglądaniu jakoś. No i faktycznie osiągnęłam stan JAKOŚ – kiedy wyjdzie się spod prysznica i wyprasuje sukienkę już po chwili znów jest się mokrym.

Wiem, że mi nie uwierzycie, ale dałabym dużo, żeby się teleportować tak na 3-4 dni do Polski, najlepiej nad polskie morze. Założyć polar i wypić polskie piwko na brzegu.

Hmmmm….