1. Wczoraj w nocy oglądaliśmy z K.P. dokument BBC emitowany w tureckiej telewizji prywatnej. Niezwykle ciekawy, świetnie nakręcony, o życiu w buszu. Występujące w filmie osoby – członkowie małej społeczności – spacerowali przed kamerami bez bielizny i odzieży wierzchniej. Jak im było nie wstyd! I to zarówno kobiety i mężczyźni. Ośmielili się też pokazywać całemu światu palenie ichniejszej odmiany fajki. Oczywiście domyślamy się tego z kontekstu, albowiem intymne części ciała zostały umiejętnie rozmazane przez realizatorów, a dym z fajki zastąpił animowany kwiatek, który już kiedyś pokazywałam na tym blogu.
I w ten prosty sposób to co szczere, prawdziwe i naturalne (czyli, nie bójmy się tego słowa, ludzkie ciało) stało się zakazane i niegodne oglądania. Bardzo chciałabym posłuchać argumentacji tego, kto wprowadził takie zasady dotyczące nie tylko filmów obyczajowych nadawanych o 20.00, ale poważnego dokumentu emitowanego o 2 w nocy!!!

2. Paradoksalnie ostre zasady nie dotyczą wiadomości telewizyjnych, gdzie od samego rana epatuje się brutalnymi scenami z rozmaitych zamieszek, wypadków i starć z całego świata. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi i bez cenzury.

3. Pierwszego sierpnia zaczął się ramadan, w Turcji ramazan. Dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego. W tym roku post jest wyjątkowo ciężki do przestrzegania: dzień trwa ponad 15 godzin, co więcej panują w naszym regionie paskudne upały, już nie wspominając o wysokiej wilgotności. To dlatego osób przestrzegających postu jest dużo mniej niż zwykle – trzeba by było cały dzień przespać, żeby jakoś przetrwać, a nie każdy może.
K.P. pracuje wieczorami, w ciągu dnia nie będąc przypisanym do żadnego konkretnego miejsca pracy, a pozostając jedynie w zasięgu telefonu, stwierdził więc, że post trzymać spróbuje.
Zamieniło to nasze życie w koszmar :)
Do południa przestrzegający postu są zazwyczaj nieszkodliwi i potulni jak aniołki, będąc jeszcze średnio przytomnymi po śniadaniu (sahur) o 4 rano. Potem zaczynają przysypiać. Im bliżej godziny wieczornego posiłku (iftar), tym odczuwa się większą nerwowość. Typowe teksty do nie przestrzegających postu bliskich:
– Nie rozmawiaj ze mną o tym teraz, porozmawiamy po iftarze.
i:
– W ogóle lepiej mnie o to nie pytaj, zaschło już mi w gardle od odpowiadania.
i jeszcze:
– No nie, nie dość że jestem cały dzień bez jedzenia i picia, to jeszcze wszyscy mnie denerwujecie!

Wczoraj jadąc samochodem na iftar do restauracji w centrum, gdzie byliśmy umówieni z grupą turystów K.P. jechał trąbiąc przez całą drogę (mieliśmy spóźnienie) i przeklinając wszystkich po kolei: kierowców samochodów, autokarów i dolmuszy a także pieszych. Sygnalizacji świetlnej też się dostało.
Kiedy dostało się także mnie, w postaci czepiania się każdego wypowiedzianego przeze mnie słowa, stwierdziłam, że już się nie będę odzywać. Uświadomiwszy sobie absurdalność i komizm sytuacji K.P. zwolnił i refleksyjnie przyznał:
– O rany, ale mam agresora.

Kiedy dorwał się już do talerza zupy wszystko wróciło do dawnego porządku.

4. Bardzo ciekawe jest to, że Turcy uważają, że my Polacy (a szczególnie Polki) jesteśmy gadułami. Przekonanie to bierze się zapewne stąd, że z naszej paplaniny niewiele rozumieją. Kiedy odbijam piłeczkę opowiadając o tym, jak to wkurzają mnie tutejsze wielogodzinne rozmowy na jeden temat argumentują, że przynajmniej oni mówią wolno, a my trajkoczemy bez opamiętania.
Akurat!

5. Codzienne obserwacje życia w naszej dzielnicy za jakiś czas stanowić będą zupełnie świeży materiał na nową książkę. Szczególnie pikantnie zapowiadałby się rozdział dotyczący branży lokalnych (czy jak niektórzy wolą: ulicznych) biur podróży. Oto na jednej ulicy mieści się pięć biur wycieczek. Co więcej w dość spokojnej wczasowej dzielnicy, gdzie ruch jest dużo skromniejszy niż w centrum Alanyi. Przy takim natężeniu w stosunku do niewielkiej liczby spacerujących turystów trudno się dziwić, że konkurencja patrzy sobie wzajemnie na ręce. Na początku sezonu wszyscy byli spokojni i mówili sobie dzień dobry: każdy sprowadził polskojęzycznego pracownika (słusznie uważając, że Polacy jak mało kto lubią zwiedzać). Po jakimś czasie przez dzielnicę przetoczyła się fala policyjnych kontroli i większość cudzoziemców deportowano lub odesłano do domu. Rozpoczęła się więc walka innymi metodami. Na donosy, na nieprzepisową wielkość szyldu, na wysyłanie straży miejskiej. Przestano sobie mówić dzień dobry. Dodatkowo rozpoczęło się patrolowanie okolicy. Pan z biura X wsiada kilka razy dziennie na motorek i objeżdża ulice. Pani z biura Y wsiada kilka razy dziennie na rower i również objeżdża ulice. Cel: Sprawdzenie jak się ma konkurencja. Pozory: uśmiechamy się szeroko i kłaniamy życzliwie całemu światu. Skutek: frustracja.

6. A tak poza tym życie w Alanyi toczy się normalnie. Pioruńsko gorąco, jak zawsze. Nawet zaczęłam używać klimatyzacji w domu. Wilgotno też paskudnie, a wszystko lepi się do wszystkiego. Turyści jedni mili i tacy, że chciałoby się im nieba przychylić. Inni zdystansowani i krytyczni nie twarzą w twarz, tylko dopiero na forach internetowych. Jednym słowem: wszystko po staremu. Tylko teraz odwrotnie: kiedy byłam rezydentką marudzono mi na lokalne biura (czyli, powtórzmy jeszcze raz, uliczne). Kiedy pracuję w lokalnym (ulicznym) biurze, marudzi mi się na rezydentów.
Ogólnie chodzi o to, żeby marudzić.
Co i mnie zaczyna się udzielać, czego dowodem jest niniejsza notka.