Przyszedł czerwiec i pogoda jest czerwcowa – mimo obaw zapobiegliwych turystów, którzy jadąc do Alanyi śledzą z wypiekami na twarzy prognozy pogody, na żadne większe zmiany (np. deszcze) liczyć nie można. Jest gorąco, duszno, a przede wszystkim strasznie wilgotno. Z racji, że zrobiło się tak z dnia na dzień niemalże, nasze delikatne ludzkie organizmy się buntują ;) W Alanyi rozpanoszyła się jakaś inna wersja popularnej zemsty sułtana, która dotyka także Turków (a może i przede wszystkim ich). Śmiejemy się, że widocznie nie są przyzwyczajeni do tutejszej flory bakteryjnej. Dostało się nawet Królowi Pomarańczy; prawie cały tydzień spędził o chlebie i wodzie, śniąc o soczystej posypanej papryką baraninie.

Trzeba się nagle przestawić na picie ogromnych ilości wody, bez tego boli brzuch, boli głowa, człowiek jest jakiś śnięty, niedzisiejszy, niekumaty. Włosy puszą się w wilgotnym powietrzu i już nie wiem jak je układać, makijaż spływa z twarzy, krążenie krwi zwalnia. Uparcie jeżdżę na rowerze, aby mieć wyrobione minimum ruchu tygodniowo, ale po ostatniej kilkunastokilometrowej wycieczce, kiedy bezmyślnie spaliłam sobie plecy, robię przerwę.

Ale przecież nie jest źle, jest świetnie, a to dlatego, że Polska gra dobrze a będzie grać jeszcze lepiej – i to dziś, miejmy nadzieję ;) Niesamowicie ogląda się w Turcji mecze z komentarzem Szpakowskiego („przyczajony Tytoń”) i to razem z innymi Polakami (turyści, pracownicy różnych biur i sklepów, porozumienie ponad podziałami – mam nadzieję :))) – oj, są emocje.

Wraz z rozpoczęciem tak zwanego wysokiego sezonu zrobiło się także swojsko pod innym względem. W rejony naszego biura zaczynają podjeżdżać rozmaici znajomi których nie widzieliśmy od lat, na motorach, albo innych mechanicznych koniach. Na tylnym/bocznym siedzeniu nieodmiennie przedstawicielka płci zwanej piękną, w stroju wskazującym na fakt bycia turystką (maksimum ciała, minimum materiału, przecież trzeba korzystać ze słońca). Zsiadają z pojazdów i ruszają ku nam, spoglądającym z popłochem na siebie, rycząc:
– Brrrrachuuuuuu czeeeeeść!
A potem zwracają się do swojej towarzyszki łamanym angielskim/rosyjskim/tarzańskim:
– To jest mój najlepszy przyjaciel, a to jego dziewczyna, zobacz, razem prowadzą biuro! – i bezpośrednio o mnie:
– Jest dla mnie jak siostra! (Na co ja prawie się duszę ze śmiechu, bo gdybym miała takiego brata, to chyba uciekłabym gdzie pieprz rośnie).

Rozsiadają się na kanapie, opowiadają po turecku niepowiązane logicznym ciągiem historie, szpanują, a zagraniczna koleżanka reaguje w dwójnasób:
a) zafascynowana ale nie rozumiejąca uśmiecha się uwodzicielsko, głaszcząc swojego ukochanego po ręce
b) zdenerwowana że nic nie rozumie, wychodzi na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza

W obu przypadkach koleżanki nie wiedzą pewnie, że znamy się z ich chłopcem ledwo co, że w ogóle się nie lubimy, że to tylko taki pokaz i szpan i gra, w którą chcąc nie chcąc gramy także my. Turecki loverboy w jego mniemaniu robi na kobiecie wrażenie światowca znającego CAŁĄ (CAŁĄ!!!) Alanyę, salonowego lwa, nieprzemijającej gwiazdy i osoby, której się pożąda.
Dziewczyny nie wiedzą, choć pewnie się niektóre domyślają, że takie obwożenie jest typowe dla zakompleksionych podrywaczy, którzy nie potrafią dziewczynie w inny sposób zaimponować, niż przedstawiając ją całej gromadzie dalekich kolegów.

Powtarzalność tego zjawiska jest zadziwiająca. I uniwersalność; dotyczy zarówno wystrojonych jak koguciki barmanów, kelnerów i sprzedawców wycieczek, jak i żonatych oraz dzieciatych panów w starszym wieku, z brzuszkami, koszulkami z kołnierzykami i spodniami w kancik. Skala rażenia dziewcząt w różnym wieku, o różnym wyglądzie i statusie majątkowym, z różnych krajów (z UE i poza UE), też skłania do refleksji.

Czasami sobie myślę co by było, jakby któraś z tych pań trafiła na tego bloga, i miała wrażenie że piszę o niej – ale pewnie byłoby nic. W końcu jest to najlżejsza historia, którą opowiadam, z wrodzonej wrażliwości uważając, by nikogo nie urazić. Ciężko przecież zakochaną kobietę przekonać, że świat wygląda inaczej, niż jej się wydaje – to my zostajemy wtedy nazwani zazdrośnikami i zimnymi do bólu racjonalistami, którzy nigdy nie zaznali prawdziwej miłości. Dużo bardziej skrajne historie nigdy nie ujrzą światła dziennego – na pewno nie na blogu, choć nadają się na filmy. W sumie można by nawet stworzyć książkę z tych bohaterów i kuriozów, które w Turcji przychodziły pogadać czy prosić o pomoc. Jedynie zmieniając imiona i dane charakterystyczne. Ale wtedy musiałabym chyba wyprowadzić się z Alanyi i zatrzeć po sobie wszelkie ślady – a póki co jednak mi tu całkiem nieźle ;)

Pozostańmy więc w słodkiej realności, wypijmy herbatkę rumiankową (papatya) dobrą na żołądek (tak na zapas) i nastawiajmy się bojowo na wieczór. Polskaaaaa! Polska!!!! :)