Turcja jest krajem, który kojarzy się z plażą, morzem, słońcem i autochtonami o ciemnej karnacji. No, może jeszcze palmami. Zazwyczaj zaskoczenie budzi więc informacja, że 2/3 powierzchni tego kraju jest regularnie nawiedzane przez opady śniegu. I to nie takiego, który spadnie i zaraz się rozpuszcza, o nie! Mam tu na myśli obfite opady, zaspy, nieprzejezdne drogi, i tak dalej. Jednym słowem, a raczej dwoma: prawdziwa zima.

Ba, kolejną ciekawostką są ośrodki narciarskie, które znajdują się w różnych punktach, tak przecież odległych od „czarterowej” mapy Turcji. Poza jednym – niedaleko Antalyi mieści się Saklıkent, gdzie można całą zimę jeździć na deskach – z czego skwapliwie korzystają mieszkańcy Riwiery.
Mieszkańcy Kayseri w środkowej Anatolii szusują po stokach nieczynnego wulkanu Erciyes, Stambulczycy jeżdżą się lansować do Bursy – Uludağ. Na wschodzie, w Erzurum, odbywała się dwa lata temu zimowa uniwersjada a reklamy głoszą, że tej zimy także Polacy będą mogli korzystać z uroków tamtejszej infrastruktury.

Nigdy nie miałam możliwości zobaczyć żadnego z tych ośrodków; czekam na dobrą okazję. Za to wiele razy już miałam do czynienia z tureckim śniegiem, zazwyczaj w okolicach miasta o niewiele mówiącej nazwie Seydişehir. Zazwyczaj wiązało się to z utykaniem w zaspach międzymiastowego autokaru (miasto to wypada po drodze jadąc na przykład ze Stambułu lub Ankary do Alanyi) – albo z obserwowaniem przez szyby jak utykają inne pojazdy: przeładowane ciężarówki lub samochody osobowe. W tych rejonach podróżując z północy na południe (i na odwrót) należy się ‚przebić’ przez pasmo gór Taurus, co oznacza jazdę na wysokościach ponad 1500 m n.p.m. Kulminacją jest przełęcz Alacabel znajdująca się dokładnie na granicy województwa Antalyi i Konyi – punkt na 1825 m, pod który podjeżdżając wyraźnie czuje się zmianę ciśnienia i inne powietrze.

We wtorek wcześnie rano wraz z Królem Pomarańczy wybraliśmy się do Ankary. Śledząc ostatnie wiadomości z deszczem w roli głównej sprawdziliśmy prognozy pogody zarówno dla stolicy jak i Konyi, będącej po drodze. Nie wpadło nam do głowy sprawdzić górskich miejscowości. Wybieramy się więc naszym autkiem z całorocznymi oponami…

Zaczęło świtać, kiedy przed nami pojawiły się pierwsze… ośnieżone szczyty. Pocieszaliśmy się, że przecież droga jest poniżej, a poza tym wciąż nawierzchnia była czarna. Po jakimś czasie okazało się, że jedziemy po lodzie, zwolniliśmy więc tempo czekając na przełęcz Alacabel, po której jest już „z górki” – a tymczasem robiło się coraz bielej… i bielej… potem minęła nas odśnieżarko-piaskarka. A potem zobaczyliśmy kolejną, którego obsługa wyciągała z zaspy osobowy samochód z antalijską rejestracją. Pewnie też miał całoroczne opony takie jak my :)

Przełęczy nadal nie było widać, ale zaczął się większy ruch w stosunku do wcześniej pustej drogi (była już w końcu ósma rano). Przed nami jechała ciężarówka – nagle zwolniła gwałtownie, Król nacisnął hamulec – i myk – my też wylądowaliśmy w zaspie. Ciężarówka, sprawca zamieszania, oczywiście przyspieszyła i tyle ją widzieliśmy.

W naszym letnim alanijskim samochodzie był ręcznik plażowy i para japonek, ale niestety nie było łopaty, ani żadnego innego sprzętu do wyciągania samochodów z zasp w środku gór Taurus. Po paru nieudanych próbach podskakiwaliśmy na lekkim mrozie i zastanawialiśmy się, co robić dalej – ale za to widoki zapierały dech w piersiach.

Tu warto zaznaczyć, że Turcy są niesamowicie bezinteresownym i życzliwym narodem. Minęły nas cztery pojazdy i kierowcy wszystkich zatrzymali się, żeby zapytać, czy w czymś pomóc. Jednym z nich był kierowca, którego sami wcześniej obserwowaliśmy w zaspie. Pocieszył nas:
– Sąsiedzie (w końcu też z rejonu Antalyi)! Wyciągali mnie drogowcy, zaraz tu będą! Powodzenia!

Zanim jednak przyjechali podjechał minibusik z czterema wesołymi monterami na konijskiej rejestracji. Wszyscy z nich trzymali w zębach papierosy, mieli czarne włosy i krzaczaste brwi i nosili typowe tureckie swetry. Zrozumieliśmy, że przysłała nam ich Opatrzność :) – Popchnęli nam samochód raz-dwa, tak, że wyjechaliśmy z powrotem na drogę.

Dotarliśmy do przełęczy niewiele później – a potem było już coraz lepiej. Po zjechaniu do miasteczka Seydisehir droga była sucha i ani śladu śniegu, a na niebie piękne słońce. I jak tu nie lubić Turcji? :)

IMG_7843

IMG_7844

IMG_7845

IMG_7848