Dzisiaj zachęcę Was do przeczytania pewnej książeczki. Celowo nie szukałam na jej temat nic w internecie, aby nie mieszać sobie w głowie. Przeczytałam ją bowiem dwa razy (choć, jak mawiał mój Dziadek, dobrą książkę powinno się czytać trzy razy: raz, by zapoznać się z treścią, drugi, by zrozumieć i trzeci, by wyrobić sobie na jej temat własne zdanie).

Książka nazywa się „Most” a jej autorem jest holenderski pisarz Geert Mak (wyd. Czarne, 2011). Kiedyś natknęłam się na informacje o niej na jakimś forum poświęconym Turcji (chyba), zanotowałam i tak odpłynęła w moje nieskończone zbiory notatek, karteluszek i rzeczy do przeczytania,  aż niedawno, cudownym zbiegiem okoliczności, ktoś po prostu dał mi ją do rąk i powiedział: „Znasz to?”  – zalety bycia okularnikiem, ludzie sami przynoszą ci książki :)

Książka została wydana po holendersku w 2007 roku, a napisana wcześniej (obraca się jeszcze milionami, a więc przed denominacją w 2005 r.), mimo wszystko parę lat temu, a jednak nadal jej wymowa jest aktualna. Jest to doskonały reportaż, opatrzony zresztą na tylnej okładce wypowiedziami jedynych autorów-reporterów piszących po polsku o Turcji (Maxa Cegielskiego i Wojtka Szabłowskiego – naprawdę jest ich tylko dwóch?!). Na pierwszej stronie okładki za to cudne, czarno-białe, pełne nostalgii (czyli  „hüzünu”) zdjęcie fotografa Ary Gülera przedstawiające most Galata.

I o tym jest ta książeczka. O życiu na/pod/przy słynnym Moście Galata w Stambule. Holenderski pisarz, jak się domyślamy, spędził wiele dni w tych okolicach wraz ze swoim tłumaczem, po prostu przysłuchując się historiom ludzi. Ludzie ci, co istotne, to osoby, którym Most „daje” chleb, a przynajmniej usiłuje dać. Kto był w Stambule i przechodził przez Most wie o co chodzi. Kto nie był – bezwzględnie przejść pieszo musi, i to najlepiej kilka razy. Niezliczona ilość łowiących a potem sprzedających ryby, mnóstwo dziwnych handlarzy tym i owym – od tandetnej chińszczyzny, przez skarpetki, zegarki, radia tranzystorowe, losy na loterię. Pojawiające się i znikające jak efemerydy wózki z jedzeniem: simity, kofte, wata cukrowa i inne cuda. A pomiędzy tym wszystkim turyści i zwykli „flaneurzy”, jak niżej podpisana ;)

W tunelach pod mostem już prawdziwa Azja w takim naszym polskim sensie – tłum, tłum: spieszących w interesach Stambulczyków, doskonale zakamuflowani kieszonkowcy, sprzedawców ciąg dalszy (prawdziwy plastik we wszystkich kolorach tęczy, buty z gumy, podróbki i inne paskudztwa).
Nasz autor rozmawia z nimi, przypatruje się temu tłumowi, a pomiędzy obserwacje i anegdoty wplata historię Stambułu i opowieści kronikarzy tego miasta. Poprzez kolejne strony jednocześnie zapoznajemy się z bohaterami – handlarzem książkami, wąchaczem kleju, sprzedawcą wkładek do butów – i ich dramatycznymi historiami o przetrwanie, opowieściami o życiu poniżej absolutnego socjalnego minimum, rozterkami serca (miłość!) i poglądami na temat Europy, Turcji, rodziny, ekonomii… A za chwilę pojawia się włoski pisarz de Amicis i jego teksty o moście sprzed lat. Jedno dopełnia drugie. Nasz obraz mostu, a może i Stambułu staje się bogatszy, nabiera jakiejś spójności. Po chwili orientujemy się, że to tylko pozory…

Z wieloma teoriami w tej książce bym się zgodziła, czytając niemalże przytakiwałam na głos. Mak, jako Holender, jako yabancı ma ten dystans do Turków i ich cech, którego nie ma turecko-niemiecka autorka „Słodko-gorzkiej ojczyzny” (pisałam o tej książce latem). Poruszone przez niego kwestie, np. poważne, czarno-białe podejście do honoru, zakorzenione w historii ludzi na moście mają sens. Wydaje mi się to wszystko bardziej zrozumiałe, a przy okazji potraktowane z dystansem, bez oceny. Na przykład gdy pisze „Jeśli jest się biednym jak mysz kościelna, honor jest ostatnią rzeczą, o jaką warto dbać” – trafione w sedno, zaczynamy troszkę pojmować to inne od europejskiego, nie podlegające dyskusji, rozważaniom i negocjacjom pojęcie honoru i dumy.

Podoba mi się dokładnie omówiona w książce specyficzna hierarchia i system zasad, które rządzą na moście, zainspirowane teoriami któregoś z handlarzy. Kto jest wyżej, kto niżej, kto z kim, i dlaczego. Trochę przenosi się na hierarchię Stambułu i samej Turcji, sygnalizując to historycznymi wątkami.

Bo most dla nas – miłośników Turcji, takie wytarte i banalne, a jednak właściwe porównanie – to taki symbol Turcji i Turków – ciągle w rozdarciu pomiędzy tym co europejskie a tym co azjatyckie, nowoczesne i tradycyjne, islamskie i laickie. Mak przytacza krytyczne wypowiedzi jednych osób na temat „tych drugich”, nie kryguje się tu i nie ma upatrzonej teorii, pisze o wszystkim: o Ormianach, o Ataturku, o tureckiej hipokryzji, o islamie (np. tym, że jak wspomina jeden z kelnerów wiele Turków nie wie nic o islamie, ale są gotowi za niego umrzeć). Jest i trochę o kobietach, o chustach, obyczajowości i małżeństwie. Kompletny misz masz, którego klamrą jest ten jeden punkt: Most Galata.
Pojawia się w książce także Elif Şafak, która ostrzega autora, by nie przenosił zasłyszanych na Moście historii na całą Turcję, w końcu most handlarzy to przyczółek mężczyzn, to oni tam pracują – kobiety są nieliczne, praca jest zbyt ciężka, nawet niebezpieczna. Mak przywołuje więc kilka postaci kobiecych, opowiada ich historie, głównie w kontekście chust, mężów, rodziny.

A przez całą książkę przetacza się ten cały hüzün, pojęcie które rozreklamował Orhan Pamuk w swoim „Stambule” (też polecam, szaleńczo dobra książka)…
Podsumowując więc tą pseudo-recenzję, chciałabym zachęcić miłosników Stambułu i osoby, które szukają dobrej literatury o Turcji, do przeczytania tej zgrabnej książeczki. Czyta się ją jednym tchem, nie można przestać. Jest to w moim mniemaniu bezwzględna szkoła reportażu. Co więcej, jak wspominałam wcześniej, reportażu, który nie ocenia, nie pasie się sensacją, po prostu opisuje. Owszem, autor wyciąga wnioski, snuje własne refleksje, ale zawsze mamy tu świadomość, że jest to tylko jego zdanie, z którym możemy się nie zgadzać. To właśnie przeszkadza mi często w wielu tekstach o Turcji – upatrzone z góry stanowisko, które autor być może przyjął łagodnie i nieświadomie (!) poddając się wpływom osób, z którymi rozmawia. Goniąc za sensacją, za akcją, zatracamy niezbędny dystans. Zresztą nie tylko piszący o Turcji przejawiają taką cechę – ale także obcokrajowcy w Turcji mieszkający, czy często ten kraj odwiedzający. Przeczytawszy dwie książki na krzyż i znając piętnaście zdań w tym języku uważają, że posiedli wszystkie rozumy :) Ba, nie szukając daleko, nawet tu, na blogu…
Ech, gdyby to było takie proste. Turcja to nie kraj, który da się ogarnąć i podsumować jednym zdaniem. Za to szufladkowanie aż kusi. Eytkietki się mnożą. Najłatwiej jest je przypiąć do swoich myśli i spać spokojnie.

Sama coraz bardziej uświadamiam sobie, że o Turcji wiem tyle co nic. Żadna tam ze mnie specjalistka. Wciąż „wyskakuje coś”, co można zgłębić, co szokuje, kompletnie zmienia dotychczasowy pogląd. Wciąż nie potrafię niczego zawrzeć w paru zdaniach (tak jak teraz :)) bo jest tyle do zastrzeżenia, dodania, ujęcia z innej strony. I pewnie tak jest w przypadku wielu krajów, choć Turcja ma te swoje sprzeczności, które wszyscy tak bardzo lubimy – ale które jednocześnie trudno pojąć. Dochodzę wręcz do wniosku, że wszystko, co wiem o tym kraju, ma znaczenie jedynie z mojego punktu widzenia. Jest to suma moich przeżyć, doświadczeń i refleksji. Dla kogoś innego, np. kogoś z Czytelników, te doświadczenia będą błędne, a opinie mylne. I vice versa. Każdy ma w sobie swój prywatny obraz Turcji (albo Polski, Francji, itp…) utkany z własnego życiorysu.
Śledzenie tych obrazów, podpatrywanie się nawzajem, jest chyba najbardziej inspirujące.

Życzę więc zatem przyjemnej lektury – warto dołączyć ten zeszycik do swojego tureckiego zbioru przemyśleń.

Chińszczyzna w tunelach pod mostem Galata.

Tuż przed wejściem na Most.

Hurdaci, czyli Pan sprzedający i skupujący złom. Widziałam go kilkakrotnie na moście podczas różnych pobytów w Stambule.

Galata i wędkarze. Esencja.