/na zdjęciu: Skylar w swojej pierwszej morskiej kąpieli w roku 2013, koniec maja. Dla złośliwych – tak, zrobiłam peeling i pedicure/

Czas leci jak zwariowany. Dopiero rozpoczynał się sezon, było chłodno i przyjemnie, a już jesteśmy na końcówce czerwca, pocimy się i lepimy do wszystkiego. Dopiero co życzyliśmy sobie wzajemnie „udanego sezonu” i szacowaliśmy jaki on może być (czy lepszy? czy gorszy?), a już teraz wszyscy wiemy że z powodu protestów (których, mam nadzieję, nie ma już wcale; nie wiem bo w ramach protestu nie oglądam już telewizji) i dodatkowo upadku jednego biura podróży (co było tylko kwestią czasu) będzie znów powód do narzekania.
Co prawda w alanijskiej turystyce każdy powód jest dobry, żeby ponarzekać na fatalny sezon (jak co roku), co jakoś bardzo przypomina mi polskie klimaty… ale… faktycznie ja sama widzę negatywne efekty tych wszystkich „wydarzeń”. Pozostaje tylko robić swoje i nie poddawać się zwątpieniu. Oby :)

A propos robienia „swojego” – uprzejmie informuję, że drugie biuro mojej „firmy-matki” zostało już otwarte w centrum Alanyi. Czyli stało się coś, czego nikt się nie spodziewał – po 2 miesiącach zakończył się remont :) Czekając na wejście do nowego biura psioczyłam na lewo i prawo na temat tureckiego poczucia czasu i w ten sposób dawałam ujścia swojej frustracji, ale po konsultacjach z doświadczonymi w temacie przyjaciółmi w Polsce dotarło do mnie, że robotnicy chyba na całym świecie pracują podobnie. Nie wiem czy się z tego cieszyć, czy nie.

Najważniejsze że przeprowadzka stała się faktem, i że teraz nie pracuję już „na wsi”, jak to mówiłam kiedyś, tylko „w mieście”, a więc mam wszędzie blisko, co dla mnie, kobiety w stu procentach miejskiej, ma jednak znaczenie. Pracując w poprzednich sezonach całe dnie w mieszkalno-hotelowej dzielnicy Oba miałam poczucie, jakby całe „życie” działo się gdzieś indziej – wychodząc z pracy o 23.00 po prostu nie chciało się jechać do miasta, tylko pedałowałam na rowerze prosto do domu (w tej samej dzielnicy), i tyle miałam z uroków Alanyi latem. Już nie mówiąc o kąpielach w morzu czy basenie, które mogłam policzyć na palcach.

Teraz nie odpuszczę. Zamierzam niniejszym żyć bardziej estetycznie i więcej korzystać z uroków mieszkania na Riwierze, żeby nie być sfrustrowaną antyreklamą tego miejsca. Myślę, że choćby z powodu bloga i mojej pracy ma to sens, prawda? :)

Póki co idzie mi dobrze: udało mi się osiągnąć średnią jednej kąpieli morskiej na miesiąc (1 x maj, 1 x czerwiec), co wygląda obiecująco, bo przecież czerwiec się jeszcze nie skończył, przygotowuję się także mentalnie i finansowo do kupna mojego własnego osobistego roweru (którego dotąd nie miałam) i pokonywania codziennie dystansu dom-praca-dom na dwóch kółkach (sprawdziłam na mapie – tylko 5 km!) Tu muszę coś dodać: wizja wygląda rajsko, ale i tak mam nieco obaw.  Przyczyny obaw wyglądają tak:

IMG_4537
Bywalcy Alanyi pewnie wiedzą co to. Jest to prawdziwy pogrom na kółkach. Pojazdy te nazywają się „my pet” tudzież pieszczotliwie „cıv cıv” (choć nie wiem dlaczego). Bestia ta żywi się energią elektryczną – ładuje się je przez kilka godzin, by potem przez 2-3 godziny mogła być postrachem ulic i chodników wsi i miast. Jak na zdjęciu – można na nich siedzieć, ale większość korzystających woli wersję „stojącą”, można wtedy ekscytować się prędkością tegoż potwora. Nie jest może oszałamiająca, ale wiatr we włosach (o kaskach zapomnijcie) zachęca do rozpędzania prędkości. Mamy więc potem urocze obrazki z walki o przetrwanie na alanijskich deptakach: rowerki, motorki, powoli i szerokim stadem spacerujący turyści z małymi dziećmi, i pomiędzy tym (jakby tego było mało!) dzikie my pet’y a dokładnie ścigający się na nich zarówno miejscowi, jak i turyści. My pet jest cichy, więc nigdy nie wiadomo kiedy zaatakuje. Niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku.

Przyznam szczerze że jako maniaczka rowerów miejskich nie rozumiem kompletnie miłości do my petów, choć pisząc to pewnie strzelam sobie w stopę: w końcu w naszym biurze w Oba kolega H. regularnie je wynajmuje i nie narzeka na brak zainteresowania.
Problem nie jest jednak pewnie w my petach, ile w totalnie nieuporządkowanym i niebezpiecznym systemie poruszania się po alanijskich drogach i chodnikach, który jest synonimem transportowej dżungli. Napisałam „systemie” – tak, to nie pomyłka, urząd miasta Alanya dwoi się i troi aby przypominało to system… ale efekt jest nieprzekonywujący.
Szerokie chodniki wzdłuż morza – promenady – wszyscy powitaliśmy z radością. Przenieśli się na nie, jak wspominałam wyżej, piesi, rowerzyści, my-pedziści, a także – o zgrodzo – skuterkowicze. Z czasem na deptaku pojawiła się wymalowana linia odgraniczająca, przynajmniej w teorii, drogę rowerową od pieszej. Drobiazg, że na drodze rowerowej rosną drzewa, parkują auta (szczególnie taksówki), albo wbite są słupki. Dałoby się to pokonać, gdyby nie moda na my pety, dla ktorych nie narysowano żadnej osobnej drogi (zresztą nie byłoby gdzie :)) – ba, promenada to jedno, widziałam nawet pół nagiego wikinga, który śmigał sobie my petem po ulicy – tak, pomiędzy samochodami!
Nawet jakbyśmy już machnęli ręką na te utrudnienia – w końcu to miasto turystyczne, dużo ludzi, normalne, niech się bawią – dochodzimy do ostatniego problemu, który dotyczy wszystkich równo. Promenada biegnie przy morzu, a wzdłuż niej ruchliwa ulica. Trzeba przez nią przejść aby dojść do domu czy hotelu. Nie ma innego wyjścia. Czasami stoję z rowerem (czy bez) dobrych kilka minut zanim uda się przebiec na drugą stronę szosy. Brak pasów, brak świateł, brak kultury kierowców, którzy uważają przechodzących przez ulicę za nic nie znaczące elementy krajobrazu.  I to w mieście, które ma ambicję być miastem sportu i „miastem rowerów” (jak donoszą artykuły w lokalnej prasie po zawodach kolarskich czy triathlonowych). W takich momentach zazdroszczę pieszym i rowerzystom w jakimkolwiek europejskim kraju – tak, nawet w Polsce! Naprawdę macie dobrze!

Na koniec tej nieoczekiwanie drogowej notki zdjęcia pierwszej i chyba jedynej drogi rowerowej w Alanyi, która ma – uwaga – długość jakieś 50 m i ciągnie się wzdłuż sznura zaparkowanych samochodów i z drugiej strony bardzo ruchliwej drogi – tylko samobójca rowerzysta wybrałby ścieżkę. Mam wrażenie, że ktoś namalował tą drogę dla żartu… ale to nie byłam ja :)

IMG_3193
IMG_3195

IMG_3191
W następnej notce też będą zdjęcia, ale ładniejsze :)