Najpierw ogłoszenie parafialne: w najbliższy piątek odbędzie się luźne spotkanko blogowe w Poznaniu, przełożone wcześniej z powodu mojego wyjazdu do Turcji. Chętnych proszę o wpisywanie się na listę tutaj: WYDARZENIE


Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o pewnej książce. Ale na początek historyjka związana z samym jej nabyciem, której nie mogę przemilczeć, bo kiedy widzę okładkę, od razu wspomnienia stają mi przed oczami.

Po pierwszych dwóch sezonach pracy w Turcji, kiedy moja fascynacja tym krajem zaczęła przybierać dość niebezpieczne rozmiary, zimowałam w Polsce i kombinowałam, jakby tu do Turcji wrócić – szczególnie do Stambułu, który bardzo chciałam zobaczyć, a dzięki filmowi „Crossing the Bridges” (pamiętacie?), w którym zdołałam się już totalnie zakochać. Przez bloga Tur-tur poznałam wtedy Agatę Wu, czyli Mor Cadi. Rozpoczęłyśmy regularną korespondencję mailową i okazało się, że planuje ona przeprowadzkę do Stambułu. Postanowiłam się do niej przyłączyć, by – może – spróbować życia w wielkim mieście. Decyzja zapadła, a w „szalonej środzie” z LOTu udało mi się upolować stosunkowo tanie bilety. Spędziłam godziny przeszukując informacje o Stambule, oglądając mapy i – marząc. Psychicznie gotowa do podróży, wybrałam się jeszcze – kilka dni przed planowanym wylotem z Warszawy – na koncert z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pobolewał mnie trochę brzuch, więc szybko wróciłam do domu. Po weekendzie ból nie ustępował – i tak skończyłam w szpitalu… z zapaleniem wyrostka robaczkowego! Nie zapomnę tej wściekłości i żalu na los, że spłatał mi takiego figla. Leżąc w szpitalu i dochodząc do siebie po zabiegu wycięcia wyrostka dzwoniłam jeszcze do linii lotniczych by odwołać rezerwację i odzyskać choć część pieniędzy.
Kto wie – myślę czasem dzisiaj – gdyby nie ten nagły wypadek być może mieszkałabym dziś w Stambule i zajmowałabym się czymś zupełnie innym?

Tymczasem po kompletnym wyzdrowieniu (i przy okazji zrzuceniu kilku kilogramów na „lekkostrawnej diecie porobaczkowej”) udało mi się dostać pracę jako rezydentka w dużym biurze podróży – pojechałam najpierw do Maroka, a potem do upragnionej Turcji. Co się odwlecze, to nie uciecze – Stambuł szczęśliwie nawiedziłam kilka miesięcy później; podczas kilku dni wolnego w pracy w Alanyi postanowiłam taką wyprawę zorganizować. Zachwyt nad miastem oczywiście nie miał granic. W księgarni na ulicy Istiklal, nieopodal której dzięki uprzejmości Mor Cadi mieszkałam, postanowiłam kupić sobie w ramach pamiątki anglojęzyczną książkę o Turcji. Cele oczywiście były wzniosłe: 1. Poprawić swój haniebny angielski, którego właściwie nauczyłam się z piosenek i filmów, 2. Dowiedzieć się czegoś o Turcji.
Kupiłam więc „Living Under the Shadow of Two Cultures” pani Hughette Eyüboğlu, opowiadającą życie Kanadyjki z prowincji Quebec, która wyszła za Turka i niemalże całe dorosłe życie spędziła w Stambule. Rozpoczęły się prawdziwe męki z czytaniem i próbą zrozumienia. Po powrocie do Alanyi nieprzeczytaną książkę odłożyłam w przysłowiowy kąt, i tak zarosła kurzem. Znów z nadzieją że pójdzie mi łatwiej, zabrałam się do czytania w samolocie powrotnym z Turcji do Polski po zakończonym sezonie. I tym razem odpuściłam. Nie z powodu nadzwyczajnej trudności, ale raczej niemożności skupienia. Czytanie w obcym języku wymaga go jednak dużo więcej, a i przyda się słownik pod ręką.
I tak książka przeleżała kolejnych parę lat, aż do jesieni 2013, kiedy to wraz z Królem Pomarańczy wybraliśmy się na kilka tygodni na Maltę. Król jechał z mocnym celem poprawy swojego angielskiego – chodził na Malcie na kurs językowy. Ja z kolei nastawiałam się bardziej na zwiedzanie, ale także miałam nadzieję nieco się doszkolić w anglojęzycznym otoczeniu. Zamiast zabrać do walizki inne, czekające na przeczytanie książki po polsku, stwierdziłam że tym razem nie popuszczę :)
No i się udało!
Z tej perspektywy czasu i lat uświadamiam sobie jak do wielu rzeczy trzeba w życiu dojrzeć – nawet do przeczytania książki po angielsku, Allah Allah! Dzisiaj też ma ona dla mnie zupełnie inną wartość – w 2007, kiedy ją kupiłam, nie planowałam nawet zamieszkania w tym kraju, nie mówiąc już o związku z „jakimś” Turkiem! Tematy poruszone w książce, kiedyś średnio dla mnie interesujące: potyczki z biurokracją, kwestia obywatelstwa, szoku kulturowego,  języka – teraz są moją codziennością.

Jak wspomniałam wyżej Hughette, dziś stateczna emerytka działająca w Stambulskiej organizacji kobiet – cudzoziemek, poznała swojego przyszłego męża koresponencyjnie! Mówiąc krótko „mailowali” sobie (w tradycyjnym sensie), kiedy oboje chodzili do szkół. Starsze pokolenie (mam na myśli od rocznika 80. w górę) czytające bloga pewnie jeszcze pamięta zjawisko „pen pal” czyli możliwość wybrania sobie zagranicznego przyjaciela, z którym pisało się tradycyjne listy, aby między innymi nauczyć się języka. Pamiętam że i sama korespondowałam z paroma osobami (dopóki wrodzony leń nie przejął nade mną kontroli).
Hughette – autorka i bohaterka książki oraz jej mąż, Mehmet, są więc prototypami dzisiejszych par poznanych przez internet :)
Chociaż… różnic niż podobieństw jest mimo wszystko więcej. Dzisiaj powszechność internetu powoduje, że niemalże każdy może poznać każdego, i nierzadko, jak sami wiemy, pary w ten sposób powstałe szybko się rozpadają, kiedy okaże się jak bardzo młodzi są niedopasowani. Nie dość, że inne kultury, to jeszcze inne środowisko, wychowanie, poziom wykształcenia – można by mnożyć.

Hughette miała niemalże luksusową sytuację – Mehmet pochodzi z elitarnej rodziny, jego ojcem był słynny malarz i pisarz, matka również była malarką. Ich rodzina i znajomi to towarzyska i intelektualna śmietanka Stambułu. Sama bohaterka, z wykształceniem medycznym pracowała jako laborantka i hematolog w stambulskich klinikach, a w końcu otworzyła swoją. Mimo, że jak opisuje, początkowo finansowo nie radzili sobie dobrze, posiadali przecież tak zwane „zaplecze”, z którym żyje się, przyznacie, na pewno inaczej. Cóż, na pewno nie można ich sytuacji porównywać do życia wielu mieszanych par współcześnie…
Co więcej, w ówczesnych latach (lata 60. XX wieku) biorąc ślub z Turkiem ‚yabancı’ automatycznie zyskiwała drugie obywatelstwo, co rozwiązywało problem legalności pracy – a raczej praktycznie on nie istniał. Dzisiaj nawet małżonki czy małżonkowie Turków muszą odczekać 3 lata aby nabyć prawo do obywatelstwa i tym samym legalnej pracy.

Książkę czyta się dobrze (po pokonaniu problemu lingwistycznego – he, he), mnóstwo anegdotek przybliżających – co dla mnie szczególnie cenne – codzienne życie w Stambule w latach 70. czy 80., w czasach terroru, przewrotów wojskowych, problemów z dostępem do wody, prądu czy najprostszych sprzętów domowych. Przybliża też – czasami mrożące krew w żyłach – realia pracy w służbie zdrowia w tamtych dniach.
Opisuje też Turków okiem dziarskiej Kanadyjki i swoje potyczki na tle obyczajowym – kiedy jej mąż poszedł do wojska spędziła samotnie dwa lata z małym dzieckiem, jednocześnie pracując!
Na temat wielu spraw mogłabym z nią dyskutować. Turcja z jej perspektywy jest zupełnie inna niż mojej; autorka ma raczej dość elitarystyczne myślenie w kilku tematach. Mam wrażenie, że nigdy nie jadła na sofrze rozłożonej na podłodze, czy rozmawiała z Turczynkami w chustkach, które nie potrafią czytać; wciąż obracając się w kręgach elity.
Natomiast w którymś momencie aż podskoczyłam. Hughette opisuje Turków – w życiu zawodowym czy naukowym – jako rozleniwione „primadonny”. Czasem wystarczy jedynie dyplom wyższej uczelni, czy jakiś złożony „tytuł”, by się nimi stali. Wielu z nich jest według niej rozpieszczonych, uważających się za prawdziwych geniuszy, i jednocześnie wrogich wszelkim innowacjom, zmianom, czy nawet samej zdrowej konkurencji. Odbierają je jako zagrożenie dla ich pozycji. Na najlżejszą nawet krytykę są uczuleni.
Hmmm przyznam, że w najbliższym tureckim otoczeniu znam wiele takich osób – i pewnie i wielu z Was znalazłoby w swoim gronie, prawda?

Hughette w momencie wydania książki w 2004 roku była już 44 lata po ślubie – i jednocześnie 37 lat w Turcji. Optymistyczny wynik ;)