Dzisiejszy temat będzie nudny. Bo o zdrowiu. A może mi się tylko tak wydaje? W każdym razie – potrzebny.

Dlaczego?

Bo lubimy być trochę nierozsądni, a potem zwalać na „zemstę sułtana” albo żalić się, że wakacje nam nie wyszły, bo przechorowane. Wysoki sezon można w branży turystycznej rozpoznać właśnie po tym, że turyści z dnia na dzień anulują uczestnictwo w wycieczkach „z powodu choroby” własnej lub dziecka/męża/kochanki. Przed sezonem lub po takie zdarzenia występują nielicznie, za to drastycznie wzrastają w okolicach połowy czerwca, a dokładniej – przy pierwszych upałach – i utrzymują się do sierpnia.

Kiedyś pracując jeszcze jako rezydentka, w którymś sezonie miałam do czynienia niemal z falą zachorowań, które kompletnie położyły listę uczestników na kilka wycieczek z rzędu. Rozpoczęłam zatem „kampanię informacyjną”. Od tego momentu prowadząc jakiekolwiek hotelowe info (spotkanie z turystami które odbywa się następnego dnia po przyjeździe do Turcji) elementem obowiązkowym było wspomnienie o zdrowiu: jak się chronić, z czym uważać, aby nie zepsuć sobie (i rodzinie!) urlopu. Pozostaje mi się łudzić, że jakieś efekty to przyniosło.

Dziś przyszedł moment na publikację moich doświadczeń na Tur-tur blogu.

Trochę się sama z siebie śmieję, że jeśli w sprawach zdrowotnych w Turcji komuś wierzyć – to mi.

Od początku mojego pobytu w Turcji przeżywałam tutaj różne perypetie, np. lądowałam w szpitalach na ostrych dyżurach, miałam poparzenie słoneczne, podróżowałam taxi z foliową torebką w dłoni („proszę mnie zawieźć do najbliższego szpitala!”), przygotowałam listy transferowe z wenflonem od kroplówki na przedramieniu, infekcją gardła od klimy, i tak dalej.
Prawdziwym testem okazała się jednak wyprawa do wschodniej Turcji, gdzie w eleganckiej knajpie doznałam zatrucia pokarmowego tak poważnego, że dochodziłam do siebie kilka tygodni. Detale tejże jednak historii zachowuję na opowieści przy butelce orzeźwiającego tureckiego piwa :)

Mówiąc krótko: praktyka czyni mistrza, albo i – najlepsza nauka odbywa się na własnych błędach. Po pewnym czasie wiedziałam już co i jak – określone zasady stosuję do dzisiaj. Przyszła więc pora na podzielenie się moją „cenną” (bo zdobytą z bólem :)) wiedzą.

Zemsta sułtana, czyli już w porządku mój żołądku

W Egipcie straszy się zemstą faraona, na którą chorują ponoć praktycznie wszyscy. W Turcji za to ktoś mądry ukuł hasło „zemsta sułtana”, żeby pasowało do kulturowych realiów. Do tego „lokalsi” czy „piloci” mają rozmaite teorie na pozbycie się tej dolegliwości, każda jedna bardziej fantazyjna i… mało prawdziwa (np. picie polskiego alkoholu, zażywanie polskich tabletek na biegunkę itp.).
W rzeczywistości wcale nie jest tak źle. Sprawy wyglądają dużo mniej niebezpiecznie i spokojnie da się ich uniknąć.

  • Najważniejsza rzecz, to różnica pomiędzy Egiptem a Turcją. Nie mam wiele wspólnego z medycyną – mówię jako praktyk: cała zabawa z „zemstą” polega na florze bakteryjnej naszych żołądków. Kontrast wysterylizowanej Europy z Azją czy Afryką bywa bolesny. Za to Turcja jest w tej kwestii dużo bliższa Polsce niż Egipt, Tunezja itp. Nie ma wcale reguły, że każdy turysta w Turcji będzie miał problemy żołądkowe. Ba, większość tych problemów wcale nie ma!
  • Moje doświadczenia pokazują, że:
    • Jeśli coś z żołądkiem dzieje Ci się na początku pobytu, nagle, intensywnie – oznacza to zazwyczaj zatrucie pokarmowe, czyli po prostu zjadłeś/łaś coś nieświeżego
    • Jeśli dzieje się coś z żołądkiem około 7-14 dnia pobytu, oznacza to „zemstę” = innymi słowy nasza flora bakteryjna przestawia się na turecką.
      Trwa to 3-4 dni. Czasem wymaga wizyty u lekarza.
      Turyści przyjeżdżający na tydzień wczasów mogą spać spokojnie, bo nie zdążą się załapać, jeśli przyjeżdżasz na dłużej stosuj się do poniższych zasad.

„Zemsta sułtana”w Turcji. Jak zapobiec?

  • zaszczepiamy się lokalnymi bakteriami, czyli: codziennie jemy: arbuzy, turecki biały jogurt (nawet małe ilości, ale regularnie), pijemy ayran – wszystko to działa jak probiotyk, warto więc częstować tymi smakołykami także dzieci!
  • wbrew pozorom polska wódka i w ogóle alkohol nie załatwiają sprawy, wprost przeciwnie, z alkoholem w upałach należy uważać!
  • nie stosujemy polskich tabletek bo mogą nie działać (inne bakterie!), lepiej kupić na miejscu, jak będą potrzebne
  • pijemy dużo więcej niż w Polsce wody niegazowanej butelkowanej, unikamy napojów niewiadomego pochodzenia (np. wściekle kolorowe soki z hotelowych dystrybutorów) oraz LODU do napojów! Dobra jest woda mineralna z dodatkiem soku z wyciśniętej cytryny, wspaniale gasi pragnienie.
  • nie eksperymentujemy z lokalną kuchnią za wszelką cenę. Lepiej stopniowo przyzwyczajać się do jedzenia, jeść rzeczy świeże (np. sałatki ze świeżych warzyw), uważać z przyprawami, jeśli nie jemy ich na co dzień!

I jeszcze uwaga: bardzo wiele osób uważa, że w Turcji owoce jak i zęby muszą być myte wodą z butelki – że woda z kranu może być skażona i narazić nas na problemy. To nieprawda. W Turcji woda z kranu jest przyzwoitej jakości. Owszem, nie pijmy jej surowej (choć ja piłam i żyję).

A na ewentualne problemy żołądkowe w Turcji pomogą nam:

  • cola (na zgagi, nudności itp.) – nie zimna, bez lodu, a nawet wygazowana
  • arbuzy i jogurt (na zneutralizowanie kwasów żołądkowych) – w temperaturze pokojowej!
  • woda sodowa (w Turcji tzw. soda, w małych szklanych buteleczkach) – na dyskomfort po tłustym, obfitym posiłku
  • duże ilości wody mineralnej – nie z lodówki i bez lodu
  • biały turecki chleb – ekmek (tzw. „buła” :)) – zmęczony żołądek dobrze go zniesie
  • w ostateczności, jeśli problemy nie mijają po kilkunastu godzinach: wizyta w aptece (eczane) albo w szpitalu (kroplówka z serum postawi na nogi, więc warto skorzystać, a wcześniej zgłosić w ubezpieczalni. Nie bójcie się, tureckie szpitale są dużo lepsze od polskich ;)).

Słoneczko nasze rozchmurz się – czyli o opalaniu

Dla lubiących słońce będzie kilka niedobrych wiadomości. To znaczy: dobrych, chociaż na pozór tak nie wyglądają.
Opalanie w Europie a opalanie w Turcji to dwie różne sprawy. Co chyba jest oczywiste, ale kiedy widzę prażących się na plaży turystów zaczynam w to wątpić.
Na południu Turcji nie trzeba dużo „robić”, żeby się opalić. Właściwie trzeba się starać, żeby się nie opalić. Nawet na zwykłym spacerze przez miasto można się spiec na tak zwanego raczka.
Dlatego warto pomyśleć o swojej skórze i zdrowiu.

Aby uniknąć udarów i poparzeń w Turcji, należy:

  • unikać słońca w godzinach południowych, najlepiej schodzić z plaży ok 11 i wracać o 15
  • zaczynać opalanie od małych ‚dawek’, i stopniowo zwiększać ekspozycję na słońce (czyli np. zacząć pobyt od wycieczek fakultatywnych, zwiedzania miasta w kapeluszu, drugą połowę pobytu spędzić na plaży, lub robić to na zmianę)
  • smarować się dużo wyższymi niż w Polsce filtrami (najlepiej mineralnymi, zdrowszymi dla ciała i środowiska)
  • przykrywać głowę i włosy, nosić okulary przeciwsłoneczne z filtrem
  • pić duże ilości wody (niegazowanej, niesłodzonej)
  • uważać z alkoholem na słońcu!
  • najchętniej powiedziałabym, żeby opalać się pod parasolem, w cieniu, ale wiem że większość popuka się w czoło ;) Cóż, ja przez lata opalałam się w cieniu (potem przestałam praktycznie zupełnie). Wracałam do Polski po sezonie z piękną brązową opalenizną, bez poparzeń i schodzącej skóry.
  • uwaga: w sezonie na Riwierze często niebo od rana jest zamglone lub zachmurzone, ale uwaga – opalić się/sparzyć można tak samo. Ochrona zalecana taka sama jak podczas słonecznych dni.

Przeziębienie latem przy 40 stopniach? Dlaczego nie?

Kolejne z najpopularniejszych dolegliwości: ból gardła, zapalenie ucha, infekcja gardła, przeziębienie. Wydaje się to nieco paradoksalne, aby mieć takie dolegliwości w upałach, ale zdarza się często, i mnie się zdarzało, dopóki pewien turecki lekarz nie podzielił się ze mną „złotą myślą”, kiedy nawiedziłam go po raz kolejny kompletnie bez głosu i sił do życia:

Wy, Europejczycy, jak Wam gorąco to pijecie zimne, rozbieracie się prawie do naga, a potem się dziwicie, że jesteście chorzy. Dla naszych organizmów to szok.

Cóż. Miał chłop rację :)

Kluczowe w tym wypadku są różnice temperatur. Przyjeżdżając do Turcji wydaje się nam, że jest tu tak „gorąco”, że nawet w kwietniu włączamy klimę w hotelach, chłodzimy się za wszelką cenę, zamiast powoli przestawiać się na inny klimat. Pijemy lodowate napoje z lodem. Wracamy z plaży prawie że parując od 40-stopniowych upałów na zewnątrz i wchodzimy do pomieszczeń, w których jest 20 stopni. Nasz organizm nieprzyzwyczajony do takich różnic temperatur przeżywa szok i próbuje się bronić. Dodajmy jeszcze do tego trochę wody, która nalała się do ucha podczas pływania w basenie lub na raftingu, potem chwila drzemki pod otwartą klimą, i infekcja gotowa.

A zatem jak się nie przeziębić latem w Turcji?

  • klimatyzacji używamy w ostateczności
  • regulujemy temperaturę klimatyzacji na wyższą niż mamy ochotę
  • nie ustawiamy się pod strumieniem powietrza klimy
  • bezwzględnie wyłączamy klimę w nocy! (pomińmy naprawdę gorące miesiące jak np. sierpień). Przed pójściem spać po prostu schładzajmy sobie pokój przez godzinkę, a potem – koniec.
  • podsumowując: klima to zło :)
  • pijemy napoje bez lodu, jeśli zimne i z lodówki to powoli, małymi łykami
  • sprawdźmy jak smakują napoje ciepłe (np. turecki çay) – wbrew pozorom ciepłe napoje są dobre w gorącym klimacie. Beduini na pustyni nie piją ciepłych napoi bez powodu!

Po początkowym zdziwieniu może się okazać, że potrafimy znakomicie radzić sobie bez klimy i bez napojów z lodem. Co więcej, organizm łatwo przyzwyczaja się wtedy do upałów i lepiej je znosi. Sama wiem – stosuję od lat i nie pamiętam już kiedy chorowałam latem. Teraz znacie już odpowiedź na częste pytanie o muzułmanki:

„Ojej, te biedne panie w długich spódnicach i chustach – jak one mogą tak się męczyć”?

Te panie się nie męczą – są przyzwyczajone. I doskonale ochronione od palącego słońca :)

Życzę wszystkim dużo zdrowia :)
I wspaniałych, nie zmąconych problemami wakacji!