No, prawie po świętach, bo to dopiero trzeci dzień.
Łatwo być kulturoznawcą, albo blogerem, siedzieć sobie przy biureczku, i pisać (dotyczy mojej poprzedniej notki).
Uważać się za osobę tolerancyjną i spokojnie zdystansowaną.

Łatwo, dopóki nie staniemy twarzą w twarz z pewnymi sprawami, wobec których trudno będzie pozostać obojętnym – och ja naiwna!
Skylar napisała na bloga notkę o Święcie Ofiarowania, zadowolona wyszła sobie z biura, a zaraz obok w dziwnie opustoszałej myjni samochodowej zaskoczył ją wielki plakat „Kurban kesim yeri” (miejsce „cięcia” ofiar). Miejsce, gdzie zakupionego przez siebie na świątecznym targu koziołka, owcę czy baranka przyprowadzamy aby rękoma innej, znającej się na rzeczy osoby, dokonać cięcia. Wedle przepisów nie możemy dokonywać tej procedury własnoręcznie, musimy posiadać ze sobą dokumenty zwierzęcia, jego „zwierzęcy paszport”, certyfikat zdrowia. Wszystko to opisane jest dość jednoznacznie nie tylko przez sunnę ale i bardziej aktualnie, przez lokalne władze, podobnie jak sposób przetrzymywania zwierzęcia – musi mieć ono dostęp do świeżej paszy, nie może być stłoczone z innymi zwierzętami.
Aby otrzymać pozwolenie na utworzenie „kesim yeri” miejsce musi być z dala od oczu przechodniów, z dostępem do bieżącej wody – wszelkie zanieczyszczenia mają być usuwane na bieżąco. Zgodnie z tym nie tylko myjnia koło mojego biura otrzymała takie zezwolenie, ale i… „salon ślubów” usytuowany wprost pod budynkiem w którym mieszkam. Co prawda miejsce to nie pełni tylko funkcji weselno-ślubnej, organizowane są tam również religijne bazarki, oraz inne ciekawe wydarzenia… i jak się okazuje „ofiarowanie baranków”.
Nie dziwcie się więc, że poczułam się dość nieswojo.

W pierwszy dzień Święta o 5 rano obudziło mnie beczenie baranka. Widać był gdzieś przywiązany niedaleko i czuł już nadchodzący los. Rano ulica pod moim domem została zastawiona samochodami dostawczymi i skuterkami, które nie pozostawiały wątpliwości – pora „cięcia” nadeszła! Z mikrofonu rozlegały się śpiewy imama, każde ofiarowane zwierzę bowiem podlega takiej samej procedurze, m.in. powinna zostać wyśpiewana modlitwa, powinno zostać usytuowane w kierunku Mekki, oraz (co istotne!) nie widzieć tego, co przydarza się innym zwierzętom. Jak zdołałam się dowiedzieć kolejki od rana były dość spore, trzeba było najpierw okazać się dokumentami, a potem pobrać numerek.
Po paru szybkich spojrzeniach z balkonu poczułam się tak obco, jak jeszcze chyba nigdy dotąd. Oto plac pod moim blokiem przypominał regularny festyn. Panowie prowadzący zwierzątka, niektóre z nich wyrywały się i trzeba było wołać pomoc, aby przywrócić im właściwy kierunek. Pomiędzy nimi biegające podekscytowane dzieciaki w odświętnych sukienkach i spodenkach, plotkujące kobiety. Stoiska z watą cukrową, ogólnie atmosfera niedzielnego pikniku, raczej odległa od ponurych wyobrażeń Europejczyka. Uświadomiłam sobie wtedy, że naprawdę pochodzę z innego świata – nie dość że wychowana w mieście – nie miałam do czynienia z tak zwanym normalnym życiem, jakim jest zabijanie zwierzęcia, krew, zapachy, przygotowywanie mięsa, itp. To jeszcze od dziecka brzydzę się mięsem bez jakiegoś konkretnego powodu, nigdy nie smakowało mi ani mięso, ani (cytuję moją Mamę) „delikatna chuda szyneczka”, i że prawie nabawiłam się z tego powodu anemii.
Mówiąc krótko francuski piesek, żyjący pod kloszem, jedzący warzywka i mogący funkcjonować bez całej tej mięsnej otoczki.
I teraz gdzie ja, i gdzie ten realny świat i takie święto?

Postanowiłam dokonać ewakuacji. Zaczęłam się szykować do wyjścia, kiedy do moich drzwi zadzwoniły dzieciaki chodzące od domu do domu – ot taka tradycja, daje się im wtedy słodycze lub drobne pieniądze. Błędnie kojarzyłam ten zwyczaj z Şeker Bayramı czyli Zakończeniem Ramazanu, okazuje się że każda okazja jest dobra żeby coś słodkiego wysępić ;) Niestety nie byłam przygotowana – ani cukierków, ani drobnych (grubych zresztą też).  Na dodatek jedno z dzieci uwiesiło się mojego dzwonka do drzwi i dzwoniło tak uporczywie, że kiedy otworzyłam, nie miałam w sobie ani krzty świątecznego zrozumienia…

Moje poczucie obcości wskoczyło na kolejny, wyższy poziom. Wiedziałam, że jest dla mnie tylko jeden azyl.

Plaża.

A na plaży Kleopatry sami obcokrajowcy. Cisza, brak muzyki, albo grająca cicho, spokojne morze, piękne, październikowe słońce. Poczułam, że wreszcie się relaksuję. Oczywiście taka ucieczka nie brzmi fajnie dla kogoś, kto jak dotąd był wielkim obrońcą tego co tureckie, kto zawsze starał się znajdować jasne strony w nawet najdziwniejszych lokalnych obyczajach, ale cóż – ten klimat zdecydowanie mnie przerósł.

Pobyt na plaży podładował moje baterie i wieczorem byłam już gotowa na trochę więcej. Wiedziałam czego się spodziewać pod moim biurem i domem, wróciłam do równowagi. Oczywiście przegapiłam mięsną kolację z moją turecką rodzinką, ale oni też przyzwyczaili się do tego, że w kwestii potraw mięsnych jestem po prostu „dziwna” :)
Nie przeszkodziło to nam spędzić wspólnie miłego wieczoru w drugi dzień świąt pałaszując razem – bezmięsne – ciasto marchewkowe mojego autorstwa.

A dziś, w dzień trzeci, jest już wszędzie czyściutko i spokojnie. Ofiary „ścina się” w pierwsze dwa dni a pozostałe dwa przeznaczone są na wspólne rodzinne ucztowanie i odpoczynek. Choć oczywiście od wczoraj już cała prawie Alanya funkcjonuje normalnie, sklepy, kawiarnie, bary, jedynie poza bankami czy urzędami.

Jeśli ktoś z Was jest ciekaw ile zakupienie takiego ofiarnego zwierzaka kosztuje, podpowiem, że oscyluje w granicach 500-1000 lir tureckich, zależnie oczywiście od masy i innych czynników, o których nie mam pojęcia. Niektóre banki oferowały kredyty na zakup ofiary, co może i kłóci się z muzułmańską ideą (według sunny ofiarę składa tylko osoba zamożna, nie posiadająca nigdzie długów), ale idealnie odpowiada tureckiej mentalności – tutaj na kredyt/raty można było do niedawna kupić wszystko, nawet ciuch za 50 lir w taniej sieciówce (z tego co wiem pomalutku od tych procederów się już odstępuje). Inna ciekawostka czysto językowa, zauważyłam pisząc tę notkę wciąż mam problem ze słownictwem: nie powinnam używać słowa „zabicie” tylko „ofiarowanie” i podobnie to nie baranek czy słodka owieczka, albo bardziej ogólnie zwierzę, ale „kurban” czyli ofiara. W języku tureckim nie ma tu wątpliwości co jest czym i dlaczego, i dlatego łatwiej poruszać się w takiej rzeczywistości niż w języku polskim, nie mającym odpowiedników na tę okazję (trudno się zresztą dziwić).

Na koniec gdyby ktoś z Was zapytał, dlaczego się tak ekscytuję – w końcu Święto Ofiarowania jest co rok? Przypomnę, że co roku wszystkie święta muzułmańskie przesuwają się o około 12 dni „w górę”. Co oznacza, że na przykład w 2005 roku święto było w styczniu. W 2009 roku, kiedy formalnie mieszkałam już w Turcji, obchodzono je 27 listopada, kiedy zazwyczaj spędzałam posezonowe „wakacje” w Polsce (jak i większość moich polskich znajomych) lub podróżowałam wydając moje ciężko zarobione latem pieniądze ;) Nigdy nie wiedziało się jak dokładnie wygląda ten Bayram, ale na wszelki wypadek woleliśmy gdzieś pojechać, aby go nie oglądać.
W zeszłym roku rozpoczęło się 15 października, i nie dość że jest to już prawie koniec sezonu (posezonowy marazm) to na dodatek mieszkaliśmy wtedy na osiedlu w dzielnicy obleganej przez Europejczyków – nigdy nie rzuciło mi się w oczy żadne przygotowane miejsce, choć owszem, słychać było beczenie owieczek przed świętem.
W tym roku, nazwijmy to, prawdziwym zetknięciem. Co roku będzie jeszcze wcześniej i wcześniej, i oznacza to ni mniej ni więcej, że po prostu trzeba się będzie przyzwyczaić… albo uciekać rytualnie na plażę ;)

Spodobało Ci się tutaj? Zostań moim Patronem!

Już za 10 zł miesięcznie, lub za dowolną jednorazową kwotę możesz zostać moim Patronem i mieć wpływ na to, co pojawia się na blogu i Kanale YouTube. Kliknij w obrazek poniżej i dowiedz się o co chodzi ;)